środa, 24 grudnia 2008

dukla

To było parę dni temu, prawdopodobnie sobota wieczór, choć nie poręczę, bo zima drwi sobie okrutnie z ustalonych pór dnia. Siedziałam bezczynnie przy biurku, kontemplując nad konsystencją niczego, co zdarza mi się często i dzieje przeraźliwie długo. Siedziałam nie robiąc nic. Paradoksalnie miałam dużo do zrobienia. Ponieważ Aleksandra robi się ostatnimi czasy nadzwyczaj przewrotna, otworzyła więc pierwszą książkę, która odciążyła ją tej soboty od zbędnego balastu pieniędzy. (tu deja vu)

Miała tak ładne ilustracje i wiedziałam, że nie oprę się zbyt długo. Przeczytanie pierwszego zdania nie miało jednak znamion nie-oparcia się, to raczej uderzające poczucie ciepłej bezwładności rozchodzącej się do wszystkich tkanek, rozkoszne poddanie się i łagodne dryfowanie w próżni, w zgodzie, spokoju, bezpieczeństwie. Po następnym akapicie westchnęłam z miłosną rozkoszą, jakie wydobyć mogę li i jedynie kiedy literatura przekracza mnie, wypełnia wszystkie bruzdy mojego zmysłu estetycznego, koi mnie i układa do snu o najwyższej perfekcji.

Po pierwszej stronie byłam odurzona, po następnych dryfowałam lekko nad ziemią i rzeczywistością, znajdując w rozkosznym uniesieniu jakiś niesprecyzowany spokój, ciszę, szczęście. Spokojna przystań po tysiącach błędnych tułaczek, wydających się za cel mieć sobie Nikąd. Nie chcąc popaść w sienkiewiczowską egzaltację, do której skłonności mieć mogę po lekturze Quo Vadis, nie chcę wspomnieć nawet że zwyczajne wzruszenie złapało mnie za gardło, ale boże! Tak właśnie było.

Podróż po zwyczajności w opiumowym wręcz transie, wszystko nabiera wymiaru i głębokości, światło emanuje jakby intensywniej, awans do nieodczuwalnej nigdy metafizyki. Szeptany mistycyzm, ukłon w stronę świata, brak banalności, banalność która nudzi mnie i przyprawia o niesmak, tu jej nie ma. Tu wszystko jest na swoim miejscu, wszystko ma sens i pomysł, od pierwszego zdania „O czwartej nad ranem noc unosi czarny tyłek, jakby obżarta wstawała od stołu i szła spać”aż po okładkę.

wtorek, 23 grudnia 2008

persona

Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudziałą ziemię przykrywał dziurawy, przetarty, za krótki obrus śniegu. (...) Dni stwardniały od zimna i nudy, jak zeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tępymi nożami bez apetytu, z leniwą sennością*

A ja tkwię w monotonii tych zmurszałych dni i znajduję w nich przyrdzewiały urok, błyskający zalotnie, jeśli popatrzy się pod specjalnym kątem. Tu jest tak mało filmowo, że sama muszę aranżować życie, robię to tak nieudolnie. Mogę chyba wzbudzić tylko czułość albo politowanie. A problem z filmami jest taki, że ich wymowa jest zazwyczaj zbyt oczywista, abym potrafiła powiedzieć o nich cokolwiek mądrego. Czasem udaje mi się musnąć o sedno, ale to tylko przez pseudo-intelektualny bełkot, jasne zdania błądzą i są satyrą samym sobie, oczywistość ich bezsensu razi w oczy tym bardziej, że są tak proste.

Persona” Bergmana zostawiła mnie w stanie uniesionej dezorientacji, cichej adoracji, zdziecinniałego niepokoju o niemożność wytłumaczenia mojej oślej afirmacji. Mówię, że to przemyślę, ale to nieprawda, zostanie tylko opadłe z zapachów Wrażenie, intensywniejące z chwilą wspomnienia o filmie zupełnie przypadkiem, może w parze z Westchnieniem, tak czy inaczej nie rozumiem nic. Albo to zbyt proste by starać się wytłumaczyć całą słynną złożoność rzeczy. Tak czy inaczej ukłony w pas w afekcie dla Bergmana, ta scena kiedy Elizabeth nawiedziła pielęgniarkę w nocy i obie schyliły się ku sobie w jakiejś niezrealizowanej czułości, w stłumionych i niewypowiedzianych lękach, a ona wyglądała jak jakaś bogini, przestraszona ale dumna i piękna.

godz. 00:09

Tej nocy chyba umrę z własnych fantazji.

*Bruno Schulz - Ptaki

niedziela, 21 grudnia 2008

w zaułkach przyzwoitości

Przyznać się do najbrudniejszych fantazji to jak nadawać im prawo do marnej pół-egzystencji, wyjścia z zaułków nocnych przedsionków nieświadomości, podświadomości, nadświadomości. Niebytu.

Nadałam im lekkość i uleciały.

Ja też odciążałam, tak myślę. Rozdziewiczona ze skórki mandarynka pstrokaci to biurko, groteskowo zmarłe fragmenty skórek wydzielają jeszcze ten miłosno-wulgarny aromat.

Dlaczego przyjemność boli.

Jeszcze nigdy mój sen nie owity był w tak wstydliwe perwersje, z dziennej perspektywy wspominane z tym większą rozkoszą, bo bez nocnych niepokoi, strachów i rozpaczy. Było ich dwóch, ja sama, jeszcze jakaś starucha o pozorach matczynej opieki, były jakieś puszki pod brudnym tapczanem, krew w słoikach i woda cieknąca z niedokręconego kranu. Teraz zresztą trudno oddzielić senną prawdę od porannej fantazji, być może, zapewne, wyglądało to zupełnie inaczej, może jeszcze wulgarniej i niepokojąco, tak czy inaczej byłam przestraszona i słaba; w końcu, by ukrócić straszliwe gry wstępne czy nieuchronną kulminację do jakiej zmierzały konsekwentnie wszystkie obleśności, ja sama poprosiłam o beznadziejnie rozkoszny koniec. Ale nie czułam prawie nic, oprócz żałosnej pustki i własnej głębokości,

on w dodatku był chyba czarnoskóry, albo czarnoskórym był raczej ten, który siedział w fotelu pod ścianą. Zostawił mnie leżącą na brzuchu, wyblakłą i niedokończoną, potem ta szemrana starucha pomogła mi uciec, chociaż nie wiem przed czym, bo wszystko już się stało. W tapczanie zostały potłuczone szkła.

To wcale nie jest tak śmieszne jakimi były te gry słów i aluzji, w które z Jaredem bawiłam się jeszcze przed snem, podszyte miłosnymi aluzjami, ale to było tylko o grze w karty, tylko o grze w karty.

(A teraz patrzcie na akapit pierwszy i podziwiajcie miejsca, w które mnie zaprowadziły. )

godz. 21:23

Tam zostałam napoczęta. Naruszona. Nie żebym myślała o tym zbyt wiele, za bardzo tkwię w teraźniejszych nieprzyzwoitościach, by wąchać ulotne zapachy tych przeszłych. Mogłabym nawet opisać szczegóły, może nawet sam strach przed ich odkryciem byłby mniejszy niż same konwenanse, których tak idealistycznie chciałabym się wyzbyć. Zresztą, czy to w ogóle ma coś do rzeczy (ma) i czy nie powinnam raczej tym rozkoszniej pobłażać spuszczonej ze smyczy podświadomości (nie powinnam). Gdzie mój surrealizm, gdzie mój ulubiony surrealizm, zresztą to wszystko nie ma znaczenia, to tylko marna pożywka dla mojej pisaniny, i nawet jej nadać nie potrafię godnej zainteresowania powagi i wzniosłości. Po co wznosić upadłe podniety.

Obejrzałam dziś dwa filmy i wypełniły mi jakoś ten podziurawiony w pustkę dzień. Z całą niemożnością przeniesienia Schulza na ekran, Sanatorium Pod Klepsydrą wypadło nadzwyczaj korzystnie, gubiąc sens czasu i zależność przyczynowo-skutkową, tam było dymiące miasto, Żydzi i Adela rozpustnica. Niepokojący i zwodniczy, tylko zbyt rozciągnięty w czasie. Potem było Jules et Jim, uroczy dramat z cyklu Nouvelle Vogue, z Catherine chcącą mieć na własność nawet co, co juz dawno jej się znudziło. Brzmi znajomo. Jules był tak dobry, szlachetny i wierny, że aż ciężko było nim nie pogardzić, więc utożsamiam się z Catherine, albo z Jimem, ostatecznie to on zachował największy dystans, cierpliwy i znudzony. I przystojny, co przesądza sprawę.

środa, 17 grudnia 2008

jestem zgubiona

Stwarzam pozory metafizyki tych nędznych chwil oscylujących wokół mojego permanentnego malkontenctwa. Poddać się prądowi czy ironizować, that is the question. Przestaję pojmować własną pisaninę, o ile kiedykolwiek opanowałam to w stopniu zadowalającym. Powiedziałabym, że to smutne, ale żeby nie być zbyt lakoniczną... Smutne jest to, że gdzieś po drodze zgubiła mi się umiejętność ekspresji. Albo chaos w mojej głowie zmętniał jeszcze bardziej, teraz często sklejam z niego i tworzę wygodne podsumowanie, rozkoszną afirmację rozbrajającej bierności; jestem z g u b i o n a.

I tak sypią się ołowiane dni, niezgrabnie i ospale, i płodzą następne szeregi łgarstw i wyrzutów sumienia, tyjemy pod urokiem tych próżniaczych dni, wypluwają nas oślinionych w fałszywe pozory idylli, na śliską od śnieżnej papki ulicę, na bruk.

Jeszcze nigdy moje idiotyczne metafory nie były tak bardzo pretensjonalne, nie będąc jeszcze na skraju załamania drżę o szczyty moich możliwości. Nie pozostając niewzruszoną na napierającą z zewsząd świąteczną tandetę, oddałam hołd bożonarodzeniowemu konsumpcjonizmowi w najmniej wyrafinowany sposób; pooglądałam komedię romantyczną. Siedem różnych historii o miłości, siedem tak samo słodkich happy endów. Takiej dawki szczęścia moja zbolała i zgniła od nihilizmu dusza (uh.) nie potrafiła przyjąć bez widocznych oznak niestrawności. By zrównoważyć jakoś poczucie dobrego smaku, potraktuję się już jutro czystą poezją spod znaku Ukrytego Pragnienia, a potem Sanatorium Pod Klepsydrą.

(bez puenty.)

sobota, 13 grudnia 2008

list do ciebie (zamieniamy jedyną moją na jedynego mego, a poza tym hats off to julio cortazar)

Jedyna moja, nie kocham cię dla ciebie, dla siebie ani dla nas obojga – nie kocham cię też z nakazu krwi, kocham cię, bo nie jesteś moja, bo jesteś na tamtym brzegu i wzywasz mnie bym skoczył, ale nie mogę skoczyć, gdyż w momencie najgłębszego posiadania nie ma cię we mnie, nie dosięgam do ciebie, nie przekraczam twojego ciała, twego śmiechu i są chwile, kiedy męczy mnie, że mnie kochasz (jakże lubisz używać tego czasownika „kochać”, z jakimś brakiem umiaru upuszczasz go na talerze, prześcieradła, siedzenia autobusów), męczy mnie twoja miłość, która nie jest dla mnie żadnym pomostem, bo nie istnieją pomosty umocowane z jednej strony, ani Wright, ani Le Corbusier nie zbudowaliby nigdy takiego pomostu, i nie patrz na mnie tymi ptasimi oczami, dla ciebie operacja „miłość” jest taka prosta...wyzdrowiejesz prędzej niż ja, jakkolwiek kochasz mnie bardziej niż ja ciebie. Jeszcze jak wyzdrowiejesz, ty żyjesz w zdrowiu, po prostu po mnie będzie ktoś inny, zmienia się to jak biustonosze. Taka smutna, słuchająca cynicznego Horacia, który szuka miłości-paszportu, miłości-przepustki, miłości-klucza, miłości-rewolweru, miłości, która by mu dała tysiąc argusowych oczu, wszechobecność, ciszę, od której poczynałaby się muzyka, korzenie, od których można by było zacząć splatać nowy język. Głupio się składa, bo wszystko to po trochu drzemie w tobie, wystarczyłoby zanurzyć się w szklance wody, abyś niby japoński kwiatek niepostrzeżenie zaczęła wypuszczać kolorowe płateczki, nabierać form, obrastać w piękność.

Dawczyni nieskończoności, przebacz mi, nie umiem brać. 1

1Cortazar, Gra W Klasy, rozdz. 93

środa, 10 grudnia 2008

ad we grow fat on tha charms of our idle, dreary days

and I know winter will pass by slow
without my heart
what can I do
you're in the halls
the bell gives way to a larger swell
without my heart

what can I do, oh

and we grow fat
on the charms of our idle dreary days

seen the shadows grow
see an ominous display
with no alarm
could we say we'd have expected this way
our desires have died
give incent to play
wroclai

Znów całkiem przypadkiem przegapiłam moment, kiedy zrobiło się ciemno. Popołudniowe drzemki czynią mnie jeszcze bardziej obolałą i skłonną do skrzętnie ukrywanych wynaturzeń. Ociężałe zmysły są, paradoksalnie, tym bardziej podatne na wszelkie bodźce z zewnątrz i wewnątrz. Jeden z tych dni, których mogło by nie być gdyby nie to, że są; wpadam więc w ten rozkoszny, rutynowy trans, dryfuję w zawiesinie o konsystencji błogiego próżniactwa, chociaż to raczej błogie próżniactwo o konsystencji zawiesiny, kto rozróżnia te niewidzialne subtelności.

Z braku nowych płyt, no dobrze – z braku chęci do eksplorowania nowych płyt, odgrzewam stare, niedojedzone kotlety, i tak oto odkrywam tak długo skrywane piękno nowej płyty Paavoharju, płynę na jej kojących fluidach, jest mi tak dobrze i sennie, i ciepło w tej nostalgii, złowrogości, psychodelicznym czarze i macicy stłumionych dźwięków, pierwotnych uroków i pierwszych zgnilizn.

W tym domu ciasnym dziać się zaczynają dziwne rzeczy. Pożyczyłam sweter mamy zgodnie z zasadę, że czego się nie dowie to ją nie zaboli, po czym skryłam w bezpiecznej otchłani szafy planując ułożyć go w pozycji pierwotnej i stworzyć pozory nieruszalności przy pierwszej okazji. Ale przy pierwszej okazji sweter zniknął sam, bez słowa jego ani kogokolwiek innego. Potem, a raczej przedtem, znalazłam długo poszukiwany długopis, który okazał się milcząco służyć jako zakładka do Gry W Klasy, ale z mojego szczęścia znów rozpłynął się w powietrzu. A potem chciałam wyciąć z Wyborczej artykuł o Buñuelu, ale już wieczorem Buñuel znikł pozostawiając za sobą li i jedynie tragiczny ślad w postaci groteskowo postrzępionego miejsca wyrwania.

Absurdalne lęki wyplute przez podświadomość nie dawały mi spać spokojnie, w periodycznych okresach snu biegłam przez miasto kupując absurdalne rzeczy, ale na miejscu spotkania nie było ani Niego, ani Jej ani pani O., było za to trzech druidów których spotkałam na ulicy, i och, to byli właśnie oni. A potem zbudziłam się godzinę za wcześnie gotowa by wstać, wstałam więc by paść bezwładnie na łóżko po rozszyfrowaniu czasu i boleśnie zbudzić się o właściwej porze.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

a rano...

Rano leżę jeszcze chwilę w łóżku, walcząc z niezidentyfikowaną siłą zamykającą mi na powrót oczy. Nawiedzają mnie wtedy przemyślenia natury czysto egzystencjalnej, robię krótki przegląd nieszczęść ostatnich dni i obliczam prawdopodobieństwo następnych, wnioski więc oscylują wokół konkluzji, że jednak dobrze byłoby się zabić. Ewentualnie zasnąć i nigdy nie wstać, taki tam powrót do pra-życia.

Dochodzę do wniosku, że pisanie wczesnym rankiem nie wychodzi mi najlepiej, bo chcąc ogarnąć jakoś chaos po-senny, gubię po drodze składnię i brzmienie zdań (na co sama jestem beznadziejnie uczulona, a z czego większość polskojęzycznych ignorantów zwyczajnie sobie kpi.) Sama nie wiem. Szumi mi w głowie i jestem dziwnie sama. Oba stany nieznośnie przewlekłe.

czwartek, 4 grudnia 2008

traktat o lolicie, część ostateczna

Lolita. Lo-li-ta. Światło mego życia, płomieniu mych lędźwi.

Temat tak delikatny i święty, że boję się i waham swojej interpretacji. Niezdarność, w jakiej babram się, tarzam, żałośnie i nie bez wstydu, to grube i wielkie łapsko, które z całą swoją miłością i potrzebą wyrażenia palącego afektu, z całą nabrzmiałą czułością potrąca i tłucze kruchy posążek, obiekt drgań i gorączkowych ułud.

Śledzę linie wyznaczające jej wątłość, poddaję się nieodczytanym wieloznacznościom. Żałuję, przebiegłam powieść posiłkując się wrażeniami podsycanymi przez własne fantazje, które znowuż siliły się na godną refleksję bezbarwnej rzeczywistości. Dlaczego tak bardzo upadłam, uciekając się do szukania lolicich odpowiedników, czy to skłonność do artystycznego zgłębiania oczywistych płycizn, czy raczej sposób zrozumienia.

Oba powody są zresztą tak samo marne.

Ile realizmu mieści się w Lolicie? Lub inaczej – na ile Lolita mieści się w wąskich ramach realizmu? Ciężko jest uchwycić moment, kiedy spowiedź Humberta Humberta przestaje być wiernym odtwarzaniem zdarzeń a zmienia się w psychopatyczne urojenia wariata. Obłąkanie wydaje się mieć początek w końcu, dokładniej w końcu życia z Lolitą, kiedy żałość i bolesna miłość znajdują swój koniec w maniakalnym strachu mącącym granicę pomiędzy realnością a koszmarem, a nimfetki zdają się być pożądane przez wszystkich skrytych świntuchów mijanych na ulicach, w sklepach i hotelach, a wreszcie nazwiska w hotelowych księgach gości nabierają kształty erudycyjnej gry słów, cynicznej i wyrafinowanej, zbyt nieprawdopodobnej dla mnie, a zbyt oczywistej dla zbolałego Humberta.

A może raczej początków obłędu należałoby doszukiwać się w czystym uczuciu do Annabell Leigh, w zbyt oczywistym nawiązaniu dla utraconego kochania, zepchniętego w śmierć przez zazdrosnych aniołów. W nagłym schyłku nie skonsumowanej miłości, w rozpalonym a nieugaszonym pożądaniu, w zawieszeniu przed finałem który nigdy nie miał już nadejść, tam zaczaił się przecież zarodek choroby, rozrosłej później do obłędu zapuszczającego swoje korzenie poza granicami udręczonego umysłu.

Miłość do Lolity jest bardzo dwuznaczna, jej charakter wcale nie oczywisty. Może to kunszt Nabokova (z pewnością to jego kunszt), ale mimo fizycznych ciągot do jej niedojrzałego piękna, to przecież poemat dla jej uroku, daleki od gorszącego pożądania , pełen za to troski, oddania, czułości dla jej kruchości i niestałości. Obok bezkresnego uwielbienia jest też pobłażliwość dla dzieciństwa i pewna bolesna słabość wobec zmory o jej utracie.

Nad historią snutą przez skazanego Humberta od początku ciąży zresztą cień wielkiego fatum, rozkładającego się i panoszącego u samych początków jego obłędu, a rzucającego coraz dalszy i ciemniejszy cień w miarę posuwania się akcji. Poprzez zastosowanie tej retrospekcji wyczuwalny jest nieuchronny i konsekwentnie postępujący upadek, mający swój finisz w tragedii zapowiedzianej pośrednio już śmiercią Annabell.

Czy może podwójne nazwisko Humberta jest zarazem znakiem jego rozdwojenia jaźni jak i wieloznacznego odczytywania (zarówno) jego uczucia dla Lolity jak i jego własnej zawiłej osobowości, stwarzającej wiele problemów przy bajkowym podziale na dobro i zło. Humbert nie jest przecież człowiekiem złym, a raczej bezsilnym i pełnym skruchy dla żądzy i beznadziejnej miłości, których bezładną szarpaninę spowodowało pojawienie się małej nimfetki. Z tłustymi włosami, siniakami na kolanach i miłością do kolorowych magazynów, Lolita nie jest przecież pozbawiona świętej otoczki, więcej, Humbert wynosi jej istnienie do rangi boskości, i nawet gwałtowne wyprowadzenie jej z bezpiecznego dzieciństwa nie chwieje jej niewinnością. Po uzyskaniu świadomości o władzy nad biednym Humbertem, początkowe przywiązanie zamienia Lolita w grę wymuszeń, zachcianek i oczywistych kłamstw, ale nawet kiedy miłość do Lolity przybiera kolory destrukcyjnej i pustoszącej, nawet kiedy Lolity braknie, chory od straty ojczym nie narusza boskości, jaką ją naznaczył.

Nie ma tu jednak zbędnego patosu i uniesień. Jest pozornie prosta historia, będąca w rzeczywistości kłębowiskiem uczuć, niepoprawnych pasji, niejednoznacznych póz, o tysiącach znaczeń i aluzji. Nie ma tu ckliwości, która zważywszy na temat przewodni, zdaje się być nieuchronna. Jest bolesne ubolewanie, jest przeszywająca pasja, ale są one tuż obok pewnej dozy autoironii, cynicyzmu, pobłażliwości, nad tymi wytwornymi substratami zawisło wytworne wysublimowanie i czułość o kojącym wpływie, która pozostawia mnie zwijającą się z bólu i piękna (jako dwóch pokrewnych doznań) nad kunsztem i powabem Lolity.

Lolita w wersji Kubricka, z całym mym rozczarowaniem, jest filmem złym. Lolita straciła w nim wszystkie atrybuty rozbrajającego dzieciństwa, bo przedstawiona została jako niebieskooka lalka ze skręconymi lokami. Humbert (ah, ten szargany namiętnościami Humbert!) stał się nagle zupełnie pasywnym i bezbarwnym w swej bierności staruszkiem, nieco nawet obrzydliwym w swych szarmanckich manierach i w częstych chwilach, kiedy jedynym głębszym uczuciem jakie wydaje się żywić jest kompletne zdezorientowanie. Cała fabuła potraktowana jest bardzo pobieżnie i powierzchownie, zostałam oszukana oglądając na w p ó ł p r z e m i l c z a n ą historię.

Chyba, że zamiarem kubrickowej Lolity było właśnie ukazanie jej w krzywym zwierciadle, pełnej zniekształceń i wątków pokątnych, takiej nieopisanej; spójrzcie tylko na kreację pani Haze jako potwierdzenie tej niebezzasadnej teorii. Jej kreatura była jednym z nielicznych udanych aspektów tej wersji.

Jak dobrze wypada więc wersja Adriana Lyne'a w konfrontacji z jej starszym odpowiednikiem! Jest skrajnie różna, to fakt. O ile Kubrick pokazał historię z punktu widzenia przypadkowego przechodnia (bo na dobrą sprawę nie wiemy nic, sceny wyzute z uczuć, motywy pozbawione sensu) tak Lyne skupił się na próbie wejścia w umysł Humberta (a tu świetny, świetny, świetny Jeremy Irons). Dzięki takiej perspektywie utożsamianie się z zagubionym czterdziestolatkiem jest nie tylko łatwiejsze, ale i całkowicie naturalne. Wszystkie motywy stają się jasne, o ile powiedzieć można o jasności widząc przebieg zdarzeń całkiem subiektywnie. Mogę zachwycić się Lolitą pomimo że jest brudna (a przede wszystkim – w tej wersji znacznie bardziej autentyczna), mogę poczuć niepokój okalający całą niefortunną historię (na myśl przychodzi miłość z filmiku Old Love Haunts Me In The Morning), jej magię i psychodelizm (scena kiedy Humbert i Lolita huśtają się w bujanym fotelu, arcy), czułość, żal, szaleństwo, wreszcie melancholię, a na końcu zamieramy z Humbertem po zabójstwie Quilty'ego, tak samo spustoszeni i wyzuci z uczuć, tak samo zniszczeni i ukojeni jak on sam.


Skąd bierze się moja rozkosz dla Lolity? Czy posiłkowana jest tą rozbrajającą erotyką, czy grą słów i znaczeń, czy przez ckliwie wyryty smutek (o nie), czy przez erudycję i kunszt Nabokova, czy przez transową atmosferę, ekstazę i niepokój, czy niejednoznaczność i enigmatyczność samej Lolity...? Czy dlatego, że zupełnie podświadomie (dawniej, teraz świadomie) chcę być zarówno udręczonym Humbertem i niewinnie kapryśną, rozpieszczoną niewinnością jaką była Lolita; osiągnąć stan czciciela i obiektu kultu zarazem. Skłaniając się bardziej w kierunku Lolity, w białej sukience, zepsutej i rozkosznej, naiwnej i słodkiej.

Lolito. Lo-li-to.


Myślę o żubrach i aniołach, o tajemnicy trwałych pigmentów, o proroczych sonetach, o schronieniu się w sztuce. I to jedyna nieśmiertelność, jaką możemy ze sobą podzielić, Lolito.

środa, 3 grudnia 2008

lo-li-ta

Pod jakimś zupełnie błahym pretekstem (gdyż była to nasza ostatnia szansa i właściwie nie liczyliśmy się już z niczym) wymknęliśmy się z tej kawiarni na wybrzeże, znaleźliśmy odludne miejsce na piaskach i tam we fioletowym cieniu kilku czerwonych głazów, tworzących coś na kształt jaskini, spędziliśmy trochę czasu na łapczywych pieszczotach, za świadka mając tylko parę zgubionych przez kogoś okularów słonecznych. Klęczałem i już byłem gotów posiąść moje kochanie, kiedy dwaj brodaci kąpielowicze, staruch morski i jego brat, wynurzyli się z morza, wydając obleśnie zachęcające okrzyki, a w cztery miesiące później ona zmarła na tyfus na wyspie Korfu.*

Dlaczego Lolita jest tak czarująca. Dlaczego kusi mnie tak bardzo jak biednego Humberta, dlaczego nęka mnie swoim rozkosznym jestestwem, swoim słodkim, ciepłym i zepsutym bytem. Dlaczego tak gorączkowo tęsknię do zmarłej Annabell, którą wyżsi krewni zabrali i zamknęli w głuchym grobowcu.

Lolita. Lo-li-ta. Ja jestem Lolitą. Ja chcę nią być. Cierpię na syndrom Lolity.

Pachnę i dryfuję, na płaszczyźnie wyższej od gruntu rzeczywistości odkrywam fantazje o słabości, poddaniu, słodkiej niewiedzy. Teraz chcę jasno białych sukienek, niedociągniętych pończoch, czekolady wokół ust. By pozwolić sobie na tej rozbrajający, dziewczęcy cynizm, słodką ignorancję i błogą ufność. Pachnieć dzieckiem i znaleźć własnego Humberta umierającego od fizycznych podniet, jakie stwarzam mu nieświadoma swojego bezpretensjonalnego uroku. Mieć w nim udręczonego wyznawcę, czciciela, doktrynera. Ubóstwiana, rozkoszna, kapryśna; jedyna i słuszna Doktryna.

Ale ja chyba znalazłam Humberta. Oto dlaczego tak lgnę, lgnę bezrosądnie i ślepo.

(To coś na kształt parafrazy, tylko tutaj nie Humbert pragnie Lolity.)



*
Nabokov “Lolita” rozdział I

poniedziałek, 1 grudnia 2008

zimno wciąż

Idzie mróz, bo spijam więcej życiodajnej wody niż w najuciążliwszy upał. Słucham na przemian pana o imieniu Joose Keskitalo (który to pan nagrał płytę tak dobrą, że jej okładka zasłużyła na radosny pląs z moimi tekstami) i Hala Strana, którego okładki płyt są nie mniej czarujące i godne admiracji. Kiedy zresztą odkryłam, że piosenki noszą imiona po tytułach opowiadań Schulza, ta muzyka była już moja, a raczej ja zaprzedałam się jej. Rzeczywiście, ta płyta to cudowne uzupełnienie Sklepów Cynamonowych. Nazwijcie to jak chcecie, a najpewniej chcecie nazwać to skrajnym subiektywizmem, ale nasza biedna mowa nie obejmuje boleśnie dużo i wciąż tak wiele zjawisk pozostaje bezimiennymi.

niedziela, 30 listopada 2008

spać, kurwa mać

noc z wtorku na środę – pomiędzy 5 a 6 godzinami snu

kawa (słaba, za słaba)

wuef (męczący, zbyt męczący)

brak koncentracji (doskwierający)

noc ze środy na czwartek – 6 godzin snu

zgodnie z normą trwania snu, 4 godziny w plecy

zgodnie z moją potrzebą, w plecy całe wieki

dziwny szum przechadza się od ucha do ucha, wewnątrz głowy,

jakby była wypełniona czymś gęstym i lepkim.

I nie jest to żaden wiersz do własnej bezsenności, ale przemawiająca do wyobraźni, kilku zdaniowa substancja treściwie oddająca mój stan dzisiejszego poranka.

W oczach piasek

rzut oka na resztki wychłodzonej z niedawnego ciepła pościeli

boli straszliwie

chcę już popołudnie


godz. 19:12


Po tej litościwie żałosnej inwokacji porannej nie pozostaje mi raczej nic innego prócz jej konstruktywnej kontynuacji, nadal beznadziejnie tkwię w tym bolesnym dysonansie a następne bezsenne godziny czynią go tylko bardziej mętnym i nieprzystępnym.

Popołudniowe godziny przespane pod kocem, o których tak gorączkowo marzyłam w szkole czując gęstą, lepką treść przelewającą się boleśnie i ciężko przez moją ołowianą głowę (i czyniąc mnie nieprzyzwoicie otępiałą), te właśnie godziny, choć zaaranżowane z pedantyczną dbałością, nie znalazły swojego finału w lekkim dryfowaniu wśród słodkich, odciążających snów. Przeciwnie; siłę grawitacji odczuwam nieznośniej niż zazwyczaj.

Nawet mój umysł nie opiera się urokowi siły ciążenia i schyla się niemu z pewną konsekwentną beznadziejnością. Ułożenie konstruktywnego zdania spełniającego minimum mojego poczucia językowej estetyki zajmuje mi dziś znacznie dłużej niż zająć powinno.

godz. 23:28

Aleksandro, ty skończona debilko.

sobota, 29 listopada 2008

bla, bla, bla

Chyba zdołował mnie fakt, że już nie potrafię nawet wyrecytować dobrze wiersza. Albo cytując mojego nauczyciela z muzyki; był to raczej Czynnik Dodatkowy Dobijający. Nie zostałam spytana z historii, co oznacza, że całą sprawę Polski w I WŚ przebrnęłam w bólach i jękach całkowicie na próżno, a w dalszej konsekwencji zgłębić będę musiała dalsze fakty z naszej ekscytującej historii naznaczonej tak boleśnie dużą liczbą upadków, że aż niemiło się uczyć.

Odbyłam z moją nauczycielką z polskiego intelektualną rozmowę na temat literatury amerykańskiej. Ma u mnie plusa, bo nazywa mnie Aleksandrą.

Też nie lubi Whartona i ogólnie, z paroma wyjątkami (do których też się zgadzamy), nie przepada za amerykańską literaturą, na marginesie nie lubi też Coehlo, i chwała jej za to wszystko.

Pewnego dnia dowiodę naukowo, że nuda jest znacznie bardziej męcząca niż jakiekolwiek zajęcie, żywym przykładem byłam ja, rozkładająca się, przeciągająca się, ziewająca, bazgrająca, kręcąca, zblazowana i oddająca sprawdzian na 45 minut po 5 minutach. Tak bardzo zmęczyłam się w ciągu tych dwóch godzin, że zaczęła boleć mnie głowa, a to chyba o czymś świadczy (a jeśli nie świadczy, to tak czy inaczej nadal czuję ten ból).

Zaczynam chyba naprawdę mieć wszystko w dupie. Wysilam (och, to już szczyty wszystkiego, by wylatywały mi z pamięci polskie wyrazy a pozostawały w głowie tylko angielskie odpowiedniki; jak jest po polsku numb, numb, numb...) mój odrętwiały umysł by znaleźć coś, na czym jeszcze zależy mi wystarczająco, żeby naprawdę o to dbać, i ze zgrozą zauważam, że coś ciężko przychodzi mi wymyślenie czegokolwiek. Uczę się mało i beznamiętnie, zarastam własnymi paranoidalnymi strachami, pogrążam się we własnych perwersjach, nie dbam o znajomych (starych i potencjalnych, czym konsekwentnie ukrócam ich listę dzień po dniu; z przerażeniem stwierdzam, że w porównaniu z sytuacją jeszcze sprzed roku, teraz jest mi to więcej niż obojętne). Ci wokół mnie są zbyt mało interesujący, ci, których znajomość bynajmniej by mi nie przeszkodziła wydaje się być poza moim zasięgiem (fizycznym i towarzyskim). Więc bierność przede wszystkim.

Idąc za ślepą miłością do Paavoharju (nie jestem w stanie zapamiętać nawet nazwy) pościągałam sobie jakiegoś fińskiego folkloru i bardzo miło się mi tego słucha, ot, teraz leci Joose Keskitalo z paroma boskimi kawałkami, nawet te dwie kropeczki nad a w fińskim wydają się takie słodkie i bajkowe.

I napisałabym jeszcze o moich dziecięcych sentymentach do ścieżki dźwiękowej z Muminków, które teraz znajdują odzwierciedlenie w jakichś niesprecyzowanych tęsknotach za tymi motywami w muzyce jaką eksploruję. Ale to innym razem (czyli pewnie nigdy). I tak zbyt długiego wafla tu dziś wyprodukowałam.

piątek, 28 listopada 2008

i lost myself

Czy to nie podeptanie własnych zasad bym o tych nocach pisała, sama tkwiąc jeszcze w lepkim, roztargnionym poranku? Następny dowód na niezaprzeczalność reguły, że drwię sobie zwykle z pożywek literackich, jakie daje mi życie, ostatnio wyjątkowo w takowe obfite, zupełnie natchniona jestem tylko pisząc o niczym. Chyba trochę boję się wyjść poza ten do bólu bezpieczny i wyświechtany temat, tak bardzo nie chcę popaść w banał i kicz.

Ale czy bardzo niewybaczalnym jest fakt, że w obliczu wszystkich tych adoracji i czci, wyniesiona na ołtarze i zwana sweetheart, doll, i rozkoszną. To jest boleśnie miłe i tak samo destrukcyjnie, on konsekwentnie psuje mnie i uniezależnia od siebie, czy wspomniałam że to wszystko runie gdy powstanie zbyt wysoko? Podczas gdy on wstaje i zasypia z myślą o mnie, ja zastanawiam się gdzie zgubiłam granicę, między uczuciem a rozsądkiem, a może to nigdy nie szło w parze. I co bardziej ubóstwiam – czy przypadkiem nie fakt, że on ubóstwia mnie?

I dlaczego to wszystko dzieje się w tym wymiarze, gdzie jak bardzo byśmy tego nie chcieli, oboje pozostajemy nieznośnie nietykalni, odkryłam zawodność słów i... Eh.

I boję się, i popadam w to tym głębiej i beznadziejniej, zastanawiam się, w którym miejscu straciłam kontrolę, gdzie dokładnie I lost myself.

Czytam Lolitę każdej nocy zanim odłożę ją po omacku i zwalę ciężką głowę na źle zbyt miękką poduszkę, znajduję w tym nieopisaną przyjemność jakiej dawno nie dostarczyła mi żadna książka (Sklepów Cynamonowych nie biorę pod uwagę jako że urosły w mych oczach do dzieła z zaświatów). Puszczam przy tym Marissę Nadler, tępię do znudzenia jej Annabell Lee bo to zintegrowana część tej książki, przy tym ta muzyka i ta powieść są stworzone do wspólnej rozkoszy. Wciąż na nowo odczytuję pierwsze zdania: Lolita, światło mego życia, płomieniu mych lędźwi. Mój grzechu, moja duszo. Lo-li-ta: czubek języka schodzący w trzech stąpnięciach wzdłuż podniebienia aby na trzy trącić o zęby. Lo. Li. Ta.

I albo robię się ckliwa, albo to naprawdę jest takie piękne.

środa, 26 listopada 2008

Migala - Asi Duele Un Verano (1998)

W przypływie wewnętrznej potrzeby napisałam swoją drugą pierwszą recenzję. Jestem z niej dumna, chociaż wciąż wolę pierwszą. (Inspirowana Cortazarem, ale cała płyta taka jest).



To parawizja, odczuwam zdolność do wyjścia z siebie po to, ażeby móc objąć się spojrzeniem od zewnątrz albo od wewnątrz,
ale na jakimś innym planie,
jakbym była kimś innym, kto na mnie patrzy.
Z nogami wyciągniętymi na południe wydmuchuję dym z tkanek płucnych na świat i donikąd, dyfuzja raz jeszcze przypomina o swoich prawach, ale natłok myśli pracuje w sposób odwrotnie proporcjonalny zagęszczając się z kolejnym wydechem. Będąc w ich epicentrum wszystko jest mętniejsze ale bardziej intensywne. Zrozumiałam to w momencie, w którym ja i Wszechświat staliśmy sobie nieznośnie bliscy, zielone chmury sięgnęły czubka nosa, wiatr zbił po twarzy a z portu odpłynął statek Rzeczywistość. I w dusznym lokalu nad hiszpańskim morzem doznałam Absolutu, przyparł mnie do brudnego stołu ubrudzonego wszystkimi melancholiami tego ezoterycznego światka, dym ustał gdzieś na wysokości gardła. Mętna substancja wylała sięz głośników, sięgam Zrozumienia. Namacalność wspomnień pachnie Tobą, pamiętasz, chcieliśmy by szczęście było jak wirus co sięga każdego skrawka naszych chorych ciał, moje ego i twój cynizm dogadywały się całkiem dobrze, i zapytałabym, co byś zrobił w przypadku mojej śmierci. I rywalizowaliśmy o to, kto ma lepsze wizje, doznaje wyższych rozkoszy, cierpi większego kaca. Absolut stanął mi w gardle i wykrztusiłam go akurat na Dactylographique, przerzedził się jak dym, bo dyfuzja, bo niestałość, ale mój wzrok zaczepił się o niebo i kolejne mrugnięcie bezsenności. I tak muzyka niszczy mnie rozkosznie powoli i z gnuśną sobie konsekwencją, przerzedzam się i odbarwiam by zniknąć w Tu i Teraz.
Przez tę sekundę wiem kim i jestem
i wiem kim nie jestem,
umieram i powstaję, niedopałek dyskretnie spada na nieumytą podłogę, nie ma już dymu, zniknął Absolut, argentyńscy ślepcy zaludniają ulice.

wtorek, 25 listopada 2008

old love haunts me in the morning

Nie wiem co powiedzieć. To się dzieje późnym wieczorem, kiedy oni zwijają się w macicznych ciepłach kołder i zbyt odkręconych kaloryferów. Kiedy mate jest już na w pół przestygła a balsam z masłem shea upojnie rozkłada się i fermentuje na potraktowanej nim skórze, dyskretny i słodki zapach rozkładu dosięga a potem spaja zmysł węchu przy pierwszym niekontrolowanym ruchu, kiedy noga jest bliżej głowy albo jeszcze inaczej. Głosy z zaświatów poczęte w zimnych nośnikach cd z właściwą sobie, niedostępną metafizyką wprowadzają w trans i wtedy naprawdę czuję więcej, jestem bardziej skłonna do... jestem bardziej skłonna do śmiesznych miłości, jakichś metafizycznych uniesień, jakichś artystycznych zachwytów. Straż pełnią dwie wstydliwe lampki i nigdy niczego nie odczuwam boleśniej, może to wciąż tani substytut ale i tak intensywniejszy niż cokolwiek, pamiętam Grę W Klasy, pamiętam Wilka Stepowego, pamiętam wszystkie płyty które wtedy słuchałam, coraz ciszej aż w końcu wyłączałam je padając nieprzytomnie na łóżko, ale i tak nie spałam jeszcze długo potem zwijając się do pozycji embrionalnej i symulując barwne sceny z teatru słuszności.

To wszystko jest niewytłumaczalne. Próbowałam tylko jakoś zacząć.

godz. 23:21

I stało się. Nie odstanie się. Opętałam go do reszty, och, co ja zrobiłam. A moje życie jest ostatnio tak bardzo melodramatyczne, i słucham Annabell Lee od dwóch godzin bez przerwy żeby jakoś przełamać ten ckliwy wafel, ale wygląda na to, że sama stanowię nadzienie. )

poniedziałek, 24 listopada 2008

chyba jestem niepotrzebna, jest mnie coraz mniej

Jestem ZMĘCZONA, braciaszkowie. Utrudzona długim weekendem, pięcioma lekcjami i nocą skąpą w sen. Ludźmi, sobą, Internetem, muzyką, książkami, pisaniem, ZMĘCZONA.

I w sumie napisać miałam tak wiele, a nie napiszę nic, zła kawa krąży mi w żyłach, kawa słaba i przewrotna, więc chylę się na przemian ku opadnięciu z sił i znowu ku nagłemu przypływowi podniecenia. Dziś wzlatuję i upadam jak na przewijanym filmie wideo, i chyba już wiem nawet, jak czują się wtedy ich bohaterzy.

Ale ja przynajmniej nie biegnę wspak.

godz. 19:30

W skrajnych przypadkach o jakich świadczy mój obecny stan, bieganie wspak nie jest najgłupszą rzeczą jaką mogłabym tutaj uskutecznić. A nie jest, bo plasuje się daleko w tyle na długiej liście makabr, których obecnie mam ochotę się dopuścić. Łącznie z roztrzaskaniem kogoś o tą zieloną ścianę, czemu nie, jak tak, mogłabym nawet powalić trochę własną głową. Czemu nie, jak tak. Czyli jak?

Czuję, że jestem bardzo żałosna. Ale może to przez to, że bardzo zmarzłam, a wiatr na moście wywiał mnie, owiał mnie i przewiał na wskroś; mam więc pełne prawo do okazywania symptomów otępienia. I tu objawia się czysta genialność mojego organizmu, który okazywać je zaczął na długo przed racjonalną przyczyną.

Kurwa mać. Ja jeszcze żyję?

[ I w takim stanie zaprzedaję swą duszę podręcznikowi z historii, męczarnie skończą się jak zwykle, ale będę mogła powiedzieć, że przynajmniej próbowałam.]

godz. 20:52

Maraton okazał się być niemożliwy ani do przebycia, ani do przebrnięcia, ani nawet do przeczołgania na kolanach z prośbą o łaskę. Czytam pięć razy to samo zdanie, za szóstym stwierdzam, że jest bez sensu, przy bitwie nad (pod?) Sommą wpadam w trans, przy Gorlicach urywa mi się film. Tak, że wiem mniej niż przedtem. Mój nihilizm sięga szczytu (a raczej dna) więc obiektem moich marzeń jest na przemian łóżko i kula w łeb, czasem jedno i drugie. I na usta ciśnie się jeden z cytatów z Korova Milky Bar, a najlepiej zacytować by wszystkie naraz bo wszystkie są równie słuszne i adekwatne do mojego zajebistego samopoczucia, w końcu czuję się jak ktoś przegrany, w tłumie ludzi niewidzialny, chyba jestem niepotrzebna, jest mnie coraz mniej.

Siedzę nad historią rozumiejąc ją mniej niż kiedykolwiek przedtem , mój słuch obija się tępo o Tuxedomoon i nowe Paavoharju (rozczarowanie), zastanawiam się dokąd odeszły te czasy, kiedy byłam jeszcze piękna, młoda i pełna ideałów. Z akcentem na cechę pierwszą. Wysłałam Jemu zdjęcia antagonistycznie nastawiona, że przecież nie ma sensu podtrzymywanie wokół siebie tej świetlistej otoczki, zwłaszcza żem uosobienie brzydoty i tu nie okłamuję jego ale przede wszystkim samą siebie (a ja mam złą skłonność do dawania wiary własnym kłamstwom, z nadmiaru Niczego wszystko co radośnie wymyślę otrzymuje od razu przepustkę do karuzeli z szyldem Racja Bytu). Ale teraz żałuję, bo przecież czemu by nie, na tą chwilę już i tak usunięcie ich wypadłoby nadzwyczaj żałośnie (żyję więc i oddycham z bolesną świadomością, że święty obraz mnie toczy się i roztrzaskuje głucho a cały jego crush kurczy się do nieistotnych rozmiarów zwanych sentymentem). I pęka delikatna i lekka bańka mydlana, w której cicho dryfowaliśmy ponad całym światem.

Żeby cały stek złych metafor, którymi nafaszerowałam tej pretensjonalny tekst, nieco umniejszyć w tej swojej pretensjonalności, dodam na swoje usprawiedliwienie, że tą ostatnią wymyślił On.

godz. 22:42

Nawet nadając na tych samych falach, co jeszcze parę godzin temu, nie jestem w stanie skoordynować biegu myśli do czytania własnoręcznie wystukanego tekstu. Czyli musi być naprawdę źle.

Ale ja mam Lolitę, mam pomarańczową pościel, i w tej chwili cały świat może zapaść się pod ziemię.

niedziela, 23 listopada 2008

traktat o manekinach

Czy przeczuwacie ból, cierpienie głuche, niewyzwolone, zakute w materię cierpienie tej pałuby, która nie wie, czemu nią jest, czemu musi trwać w tej gwałtem narzuconej formie, będącej parodią? (...) Kto wie, ile jest cierpiących, okaleczonych, fragmentarycznych postaci życia, jak sztucznie sklecone, gwoździami na gwałt zbite życie szaf i stołów, ukrzyżowanego drzewa, cichych męczenników okrutnej pomysłowości ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidzących się raz drzewa, skucie ich w jedną nieszczęśliwą osobowość.*

Tu rozwiązuje się całe misterium struktury moich misternie utkanych tęsknot, ich mętności i bolesnego braku sprecyzowania. Spaczony, przewrotny klucz do tej enigmy sprowadza mnie na dzikie manowce pojęcia i logiki, peryferie wyobraźni i szczyty literackich uniesień. Kto zgadnie, że esencją okazuje się być nie li i jedynie bolesne rozszczepienie jaźni na wilczą i dobitnie ludzką, ale więcej, treść zniewolona przez formę. To ja jestem ideą walczącą z tworzywem, tandetą i lichotą w której duszę się i przeciw której tęsknię za wolnością, z drugiej strony lubując się w tej podniecającej lichocie naszych ciał i fizycznych ograniczeń. Kłaniam się w pas demiurgi przewrotnie czcząc raczej ohydę.

Moje imię jest manekin, smutna treść niedoskonałości zamknięta siłą w nędznej, zniewalającej formie. Trudno oddychać, trudniej jeszcze poczynić kroki by unieść się ponad nią, choćby bez naruszania tej sztywnie ustalonej materii, choćby czysto intelektualnie, mój intelektualizm przejawia zresztą dziwną gnuśność i niechęć wymierzoną w każdy przejaw elastyczności, kłaniając się głównie fragmentaryczności.

Poza tym w manekinach, w ich obezwładniającym treść i narzucającym ideę permanentnym areszcie, w tej głuchej zgodzie ze sztywnym wzorcem kryje się coś podniecającego, jakaś erotyczna wizja nierealnego uwolnienia, przełamania surowych barier materii. Niemożliwe znaczy pociągające, a one kumulują w sobie ogromny, występny potencjał by Być. Stabilność zdaje się być tylko cyniczną pozą dla naszego współczucia, treść rozsadza je i fermentuje od nasady sztucznych puklów włosów, ale koniec końców zachowują niewzruszony pion nawet w poziomie.

One i oślepiające jarzeniówki, to jeden z tych snów które wymyśliłam sama, wciąż boję ich sztucznych rzęs ale to bardzo śmieszne, chociaż najmożliwiej skojarzenia wolne od snu są z podświadomością związane racjonalniej niż cokolwiek.

*Bruno Schulz. Traktat o manekinach. Ciąg dalszy i dokończenie.

sobota, 22 listopada 2008

co chyłkiem płynie w głębi ciała

To dziwne jak bardzo intelektualnie wyzuta i wyprana czuję się w czwartkowy wieczór. Przedostatniej nocy nie mogłam spać, było mi źle i przemyślałam chyba każdą sprawę tego świata, przy żadnej nie zatrzymując się dłużej niż wcale. Dziś pochłonęłam morze czarne kawy przeohydnej, co wstąpiła w moje ręce i teraz drżą. I tylko mnożą się zastępy pustych kubków niebieskich na przestrzeni biurka. I stanowią kontrolowany chaos w konfrontacji z myślami. Przeciwieństwo jest jasne?

Było tak ciemno, że dziurkę w czerwonej bluzce zaszyłam różową nitką; nie widać. Zbytnio.

piątek, 21 listopada 2008

edukacja musi być

...w której mieszka więcej niż połowa ludności kontynentu, wytwarzają około 80% PKB dla całej Europy. Pozostałe 20% przypada na pozostałą część ludności – czyli mieszkańców...

swoją drogą ciekawe, czy zdołam się jakoś osłuchać z francuskim do następnej lekcji, żeby nie zbłaźnić się tak jak zrobiłam to wczoraj, chociaż marne szanse, słuchając je t'aime mon non plus myśli się raczej o tym symulowanym orgaźmie mijającym się po drodze z egzaltowanym szeptem; tam nie ma miejsce na wymowę głosek. Rolnictwo, mimo że stanowi margines gospodarki większości państw Europy, wytwarza ogromne ilości produktów, znacznie przekraczające potrzeby żywnościowe społeczeństw kontynentu. Świadczy to o wysokiej... doprawdy przesadziłam z tą kolacją, czuję się jak przejedzona świnia, żeby uspokoić sumienie musiałabym nie jeść przez następne 10 lat gdyby to w ogóle było wykonalne, nawet po takiej głodówce szybko wróciłabym do dawnej wagi bo wszystko działa na zasadzie odskoczni, im wyżej podskoczysz tym ciężej spadniesz. ...produktywność rolnictwa Europ Zachodniej jest kilkunastokrotnie wyższa. Nie sposób tego wytłumaczyć warunkami przyrodniczymi, sprzyjającymi lub niesprzyjającymi rozwojowi rolnictwa. W Norwegii i Finlandii są one trudniejsze, niż... Jestem tylko dziewczyną, a w dalszych konsekwencjach zupełnie bezbronną wobec przywitań stylizujących się każdorazowo na to dzisiejsze: what's up oh beautiful one?

I jak to go nie uwielbiać, i jak tu nie wdzięczyć się w tym zwierciadle głupich złudzeń, w którego odbiciu wszelkie niedoskonałości tracą rację bytu tak przekonywująco, że ja sama zaczynam w to wierzyć. I tak oto, w ten niecny sposób, podszedł mnie od najsłabszej strony, subtelnej mieszanki egoizmu i narcyzmu, więc tak naprawdę to moja wina że jestem od niego w wynaturzony sposób uzależniona, i ciekawe czemu zawsze noszę wtedy krótkie spódniczki, takie francuskie, właściwie nie powinnam tak idealizować tej Francji, ale te krótkie sukienki naprawdę są takie, prosto z czarno-białych rewelacji Godarda. Większość najstarszych – istniejących do dziś – obszarów uprzemysłowionych Europie powstała w sąsiedztwie lub wręcz na złożach surowców mineralnych. Przeważająca część terenów nie posiadających złóż surowców mineralnych nie została objęta procesem uprzemysłowienia. Rozwój przemysłu przyczynił się do gwałtownego... Właściwie nie powinnam słuchać Nico w czasie nauki bo to prawie jak bluźnierstwo albo świętokradztwo, ale ona nadal jest taka zjawiskowa, zwłaszcza w Purple Lips, które zawsze przypominają mi tą chłodną, wilgotną wiosnę zeszłego roku, nie przywołuje żadnych konkretnych zdarzeń, tylko, i och, ten pomysł z lampką przymocowaną do rury koło łóżka był wręcz genialny i tylko dziwię się, że nie wpadłam na to wcześniej, to idealny sposób pogodzenia ciemności i czytania, które to połączenie było przedmiotem moich najpiękniejszych wyobrażeń o szczycie komfortu przez długie lata, a oczy psują mi się tylko po to bym nosić zaczęła woodyallenowskie okulary, więc nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło... Większość najstarszych – istniejących do dziś – obszarów uprzemysłowionych w Europie powstała w sąsiedztwie lub wręcz na złożach surowców mineralnych. Przeważająca... ale czy ja już tego nie czytałam...? Nie sposób tego wytłumaczyć warunkami przyrodniczymi, sprzyjającymi lub niesprzyjającymi... To też już chyba było. Tak czy inaczej, dobrze by było sprawić sobie taką sukienkę na lato. Dobrze by było mieć czas na przeczytanie tej książki o surrealiźmie zanim zmuszona niebotyczną karą za przetrzymanie z pokorą zwrócić ją do matczynych zbiorów, ech, czy kiedykolwiek znajdę na to czas, ja, najbardziej zapracowany człowiek na świecie, co nie ma czasu nawet na własne myśli, a rozwój przemysłu przyczynił się do gwałtownego...

czwartek, 20 listopada 2008

but the lay don't mind

Dziwnego pochodzenia metafizyczne ciągoty nie pozwalają mi zasnąć, stare strachy wychodzą spod łóżka, szukam ukojenia tam gdzie go nie ma, nienawiść fermentuje mnie od środka.

A więc to, że jest paląca, to nie żaden pusty epitet.

środa, 19 listopada 2008

.

Wszystkie moje ostatnie zajęcia sprowadzają się do tego, by zrobić owe rzeczy minimalnym wysiłkiem, przeplatanym z długimi sesjami przy ekranie komputera. I nawet Jared zmieszał mnie nie co, bo nie jestem w fizycznym i psychicznym stanie podejść i przytulić własnego ojca.

Przytargałam z biblioteki dużo fajnych rzeczy, więc jest i Borges, i coś o surrealizmie, Wstęp Do Psychoanalizy [z którego przed snem przeczytałam 25-stronicową przedmowę] Freuda, i opracowanie jego psychologii [jeszcze nigdy nie widziałam książki pisanej tak małym druczkiem.]

wtorek, 18 listopada 2008

you're destroying me = you're good for me.

Jestem dziś miszczem grzeczności i kurtuazji, we wszystkich tych słów wymiarach i znaczeniach. Egzaltuję się czytając Sanatorium Pod Klepsydrą do drugiej nad ranem. Ale ja po prostu czekałam by skoordynować wskazówki zegara do zmiany czasu jaka nastąpić miała tej nocy, a której szczegóły w intelektualnych bólach i nieporozumieniach ustaliliśmy z Jaredem tej nocy. Czy to ważne, że zrobić nie zrobiłam i obudziłam się tego ranka dryfując jeszcze niewinnie w zawiłościach czasowych; zgodnie z którymi przez minutę lub dwie stanowiłam jeszcze przeszłość. Tylko że to wszystko było zbyt umowne by ekscytować się tym płynnym przejściem w sztucznie wykreowaną drugą czasoprzestrzeń.

Czytając Schulza widzę i odczuwam więcej, to chyba swoisty środek na poszerzenie percepcji zmysłowej i tej poza nimi; odpowiedź na nieuleczalną i nieznośną lekkość bytu, na intensyfikację doznań, o którą modlitwa podnieca mój jałowy umysł do oślepiającego szału, a którego naturalnym przedłużeniem jest powolna fermentacja wszystkich ambicji wyrosłych na tym czczym gruncie pobożnych życzeń. To mistrz podnoszenia zbyt prozaicznych czynności do rangi doświadczeń metafizycznych.

Kontakt z takim dziełem wyjaławia mnie więc i użyźnia zarazem, intensywne afekty tchną we mnie Zrozumienie, którego jednak nie potrafię skonsumować w namacalny sposób, bo obok inspiracji snuje się wyzucie co obezwładnia wszystkie moje górnolotne zapały.

I wiem dobrze, czuję, że zapuszczam się na obszary niebezpieczne i płonne w dobre zakończenie. A jednak brnę i uskuteczniam to złe oswojenie, nad którym fatum niepowodzenia rozpina swoją nabrzmiałą oczywistość. To błędne, śmieszne, ale ciche i kojące. Miłość w Hiroszimie była dobra, bo rozdarta pomiędzy dwoma koniecznościami, nosiła znamiona krótkiej i bolesnej, była napięta i w napięciu rozedrgana. Tak też właśnie powinna wyglądać. Wyniszczać i spustoszyć.

Ale im wyżej wzniesiemy się w tej idiotycznie przyjemnej, wzajemnej adoracji, im bardziej oswoimy siebie nawzajem, tym boleśniejszy będzie nieuchronny upadek; albo inaczej; spadać będziemy wolno i powoli, obijając się co chwila o zły twór naszej bliskości, i to byłoby jeszcze straszliwsze. Zabrnęliśmy oboje źle i nierozsądnie, czy to nie paradoks, ta nienamacalność obok potrzeby intensywności doznań.

It's nearly 7am by you and you're probably tucked in warm beneath the covers dreaming about absurd things like floating eyes and floors of moving bodies.

Obok wszystkich tych przyjemności pewne więc jest, że koniec końców zniszczymy się nawzajem, ale czy nie o to chodziło, więc let's this show go on.

[Śniło mi się, to był uroczy sen, dostałam papierosa i zaczęłam go spalać z nabożną czcią, uformowałam pierścienie z dymu, pofrunęły podczas gdy poszłam do pokoju by dopalić tą przyjemność do końca. Zbyt pół-realną była.]

Przerosło mnie
serce
cały jestem wewnątrz
korzeń

Białe trawki
wyrastają mi
z warg

Julia córka rzezaka
wprawnymi
po ojcu
wargam

poniedziałek, 17 listopada 2008

i name this ships the tragedy, bless her & all who sail with her.

To doprawdy żałosne, na jakie wyżyny usilnie próbuję wynieść własne cierpienie żeby wywołać współczucie oparte na fizycznie doświadczalnej rzeczywistości. Bądź co bądź umartwiałam się przez całe trzydzieści kilometrów lasów, wzgórz i złośliwie wysokich, błotnistych pagórków, podziwiałam złotą polską jesień by spocząć utrudzona w temperaturze 5 stopni. Właściwie to wcale nie było tak źle, mówię to wciąż pamiętając jak soczystym przekleństwem naznaczałam każdą wyboistość szlaku i z jaką nabożnością błogosławiłam każde zdjęcie butów. Wróciłam do domu ze zdeformowanymi piętami zastanawiając się, za co właściwie przyszło mi tak cierpieć, choć przecież było sporo dobrych momentów; ale nawet wtedy wydawało mi się, że jestem tak bardzo nikim. Spałam dużo, w nocy i w dzień, majaczyłam w milczeniu o lepkim śnie, rzeczywiście raz po raz odklejałam się delikatnie od rzeczywistości, wilgotno i ciepło witałam drugi brzeg by wreszcie dryfować niespokojnie pomiędzy lustrzanymi krawędziami. Dalej mam w głowie orkiestrę dętą, co gra z tym większą furią ilekroć skłonię się ku ziemi. Jestem z m ę c z o n a. Ponad to czuję żałosną potrzebę ogłoszenia tego światu.

Tymczasem Sklepy Cynamonowe umiem prawie na pamięć, wciąż niestrudzenie studiując angielską wersję.

poniedziałek, 10 listopada 2008

nazywam je sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazerii, którymi są wyłożone.

Jest lekkomyślnością nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i pilną, albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą i wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne. Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i swą nazwę, a noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji. (...)

W taką noc niepodobna iść Podwalem czy żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną, niejako podszewką czterech linii rynku, nie przypomnieć sobie, że o tej późnej porze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tyle nęcących sklepów, o których zapomina się w dni zwyczajne. Nazywam je sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazerii, którymi są wyłożone.

A więc mając na sobie wymowne oblicze tarczy kondensującej czas do godzin późnych i sennych, kradłam godziny nocnego snu na rzecz sięgającej stanu delirium lektury Sklepów Cynamonowych, kiedy

w ścianach dusznych i ciasnych przygięta do słabo oświetlonego biurka czytałam na przemian polską i angielską wersję nie mogąc zdecydować, którą czczę żarliwiej i namiętniej. Światło drgało w żałosnym zniecierpliwieniu kiedy znosić musiało Beiruta zawodzącego w sposób paryski i akordeonowy piosenki wąskich ulic, dachów kamienic i nieważnych kotów, nie odczuwając zmęczenia wiedziałam, że by przywrócić naturalny porządek rzeczy poduszkowych i sennych skraść będę musiała jeszcze następne godziny panoszącego się w czasie porannym dnia. Noc dudniła milczeniem, na plecach odczuwałam z czasem mniejszą formę strachu, jego nieudany szczątek spłodzony w pośpiechu przez dawne zwyczaje, stary odgłos kroku maszerującego nieuchronnie do przysłoniętych ręcznikiem drzwi. Chwiejnie podkreślałam fragmenty przy których wzdychałam głębiej, ból pleców obwieszczał noc późną i starą. Nęcąc chłodem kołdry wołało łóżko, na które nie miałam ochoty. Ostatecznie jednak, ulegając szczątkowi niepokoju, przeniosłam swoje uniesienia i rozkosze upojne, pasożytujące na tejże literackiej pożywce, na płaszczyzny oczyszczone do ciemności.

Budząc się periodycznie dotrwałam w bolesnym stanie półsnu do godziny jedenastej, kiedy obdarta ze złudzeń o wczesnej porze [gdy śnić można jeszcze tak niewinnie i całkiem dla ogółu zrozumiale.] Wstałam gwałtownie i z wielkim, świadomym poczuciem winy wymalowanym na zdezorientowanej twarzy, zbyt dobrze pamiętającej jednak jak dalece rozminęłam się z łóżkiem ostatniej nocy. Śmieszny i groteskowy musi to być widok.

Dziś dzień dobry, rozpięty chwiejnie między dwoma dniami szkolnej zwyczajności, dziwaczne rozszczepienie panoszy się wśród nich a ja tkwię. Miałam nawet obejrzeć parę filmów, przeczytać jakieś książki, ale miłość do sklepów cynamonowych pozostawiła mnie bezradną i bezsilną na mus konsekwentnego ukulturalniania się z dnia na dzień. Miło było zresztą jeść z Kasią myszki marcepanowe, siedzieć na ławce w opozycji do świata i całej tej drobnomieszczańskiej mentalności. Słuchać Misophine, ale aprobatę znalazłyśmy tylko w przegranym żulu co uśmiechnął się do tej muzyki.

Moja Pierwsza I Jedyna Recenzja znalazła poklask w facecie, który chyba się na tym zna, napisał, że recenzja bardzo fajna, plastyczna i konkretna, łatwo sobie wyobrazić jak ta muzyka wygląda - to chyba duży plus. wiesz, wielu sili się na taką 'wybujałą poetyckość', tylko że niewiele poza nią nie zawierają, w Twojej recenzji jest merytoryczność, ceni się bardzo. a i muszę sprostować - nie znam się dobrze, najwyżej przeciętnie, ja tylko jestem mistrzem stwarzania pozorów :>.

Moja recenzja znalazła więc aprobatę u samego Mistrza Stwarzania Pozorów. Jako, że również przez całe życie konsekwentnie aspiruję i dążę do tego zacnego tytułu, jestem zadowolona.

niedziela, 9 listopada 2008

blady strach o 8 nad ranem

Blady strach padł na mnie z samego rana, bo z ambitnym planem otworzenia AIM jedynie na chwilę, by potem wreszcie zacząć uczyć się geografii, zastałam ten komunikator w stanie całkowitej odmowy dostępu, w związku z czym odkąd wstałam siedzę tu usilnie błagając go o zmianę zdania, zła na siebie, że z geografią znów wyszło jak zwykle.

W tym tygodniu piątek nie jest piątkiem, ten dzień nie ma w ogóle racji bytu, bo o ile wczoraj beztrosko pocinałam z Kaśką w JazzJackrabbit, tak dzisiaj zarządzone zostało odkażanie do stanu aseptyczności całego mieszkania na przyjazd gości, których i tak wcale nie oczekuję.

Słucham wciąż pierwszej piosenki z płyty Bon Iver, dziwię się, że po setnym odsłuchaniu jeszcze nie zaczęła mnie irytować, ale.

miłosć platoniczna do devendry banhart

O tej porze mój pokój pachnie jeszcze tą senną dusznością, która sprawia, że nad wszystkim unosi się wciąż oniryczna mgła separująca mnie od reszty funkcjonującego już świata, od zawsze przejście z jednego stanu w drugi było dla mnie procesem bolesnym i długim. Devendra Banhart koi moje zszargane twardą rzeczywistością zmysły, jest tak lekko. I ja naprawdę zaczynam się śmiać. Świat sprawił mi genialny żart, a ja nie wiem do końca, jak mam go oswoić. I czy w ogóle powinnam. Ale to takie słodkie, takie kojące, takie ciepłe. Nie chcę się rozklejać ani przeobrażać do obrzydzenia w jakieś ciepłe kluchy [och, sam ten epitet obrzydza mnie zawsze wystarczająco], chciałabym przestać jednak tkwić w tym uprzedzeniu do lubowania się w szczęściu nie sprowadzając go przy tym do dryfowania wyżej niż powinnam.

Herbata likwidująca uczucie głodu działa jedynie jako placebo, bo po wypiciu nadal chce mi się jeść, z tą różnicą, że kiedy wstanę by pobuszować w szafkach, przypomina mi się, że och, wypiłam to świństwo. Więc nie mam fizycznego prawa by być głodna. I wracam spowrotem.

W takim sensie: owszem, działa, jest wręcz genialna.

Tkwiąc w Żarcie łatwo uciekać w muzykę, „Fall” jest doprawdy poruszające, rusza nawet takich comfortably numbs jak ja. Chociaż ja nie stanowię tutaj żadnego wyznacznika, nie mogę być żadnym odnośnikiem.

I chyba naprawdę już nigdy nie jest mi dane zapamiętać różnicy pomiędzy ochroną środowiska a ochroną przyrody. Na mój prosty, ubogi w horyzonty i wiedzę, bezwartościowy i ignorancki umysł te dwa pojęcia wciąż oznaczają to samo. Gdybym miała czas, może nawet zakochałabym się w Devendrze Banharcie, stylizacja folk w stylu lo-fi, prostota, rozmyślna naiwność i wszystkie te niedociągnięcia dają chyba to złudne uczucie bliskości z muzyką, i może nawet napisałabym drugą w swym życiu recenzję, ale czasu nie mam, bo ogromną jego ilość pochłania udawanie, że właściwie robię coś nacechowane jakąś cechowością, konkretnym konkretem , celowością bla bla bla bla bla.....

sobota, 8 listopada 2008

nazywam je sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazerii, którymi są wyłożone

Jest lekkomyślnością nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i pilną, albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą i wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne. Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i swą nazwę, a noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji. (...)

W taką noc niepodobna iść Podwalem czy żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną, niejako podszewką czterech linii rynku, nie przypomnieć sobie, że o tej późnej porze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tyle nęcących sklepów, o których zapomina się w dni zwyczajne. Nazywam je sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazerii, którymi są wyłożone.

A więc mając na sobie wymowne oblicze tarczy kondensującej czas do godzin późnych i sennych, kradłam godziny nocnego snu na rzecz sięgającej stanu delirium lektury Sklepów Cynamonowych, kiedy

w ścianach dusznych i ciasnych przygięta do słabo oświetlonego biurka czytałam na przemian polską i angielską wersję nie mogąc zdecydować, którą czczę żarliwiej i namiętniej. Światło drgało w żałosnym zniecierpliwieniu kiedy znosić musiało Beiruta zawodzącego w sposób paryski i akordeonowy piosenki wąskich ulic, dachów kamienic i nieważnych kotów, nie odczuwając zmęczenia wiedziałam, że by przywrócić naturalny porządek rzeczy poduszkowych i sennych skraść będę musiała jeszcze następne godziny panoszącego się w czasie porannym dnia. Noc dudniła milczeniem, na plecach odczuwałam z czasem mniejszą formę strachu, jego nieudany szczątek spłodzony w pośpiechu przez dawne zwyczaje, stary odgłos kroku maszerującego nieuchronnie do przysłoniętych ręcznikiem drzwi. Chwiejnie podkreślałam fragmenty przy których wzdychałam głębiej, ból pleców obwieszczał noc późną i starą. Nęcąc chłodem kołdry wołało łóżko, na które nie miałam ochoty. Ostatecznie jednak, ulegając szczątkowi niepokoju, przeniosłam swoje uniesienia i rozkosze upojne, pasożytujące na tejże literackiej pożywce, na płaszczyzny oczyszczone do ciemności.

Budząc się periodycznie dotrwałam w bolesnym stanie półsnu do godziny jedenastej, kiedy obdarta ze złudzeń o wczesnej porze [gdy śnić można jeszcze tak niewinnie i całkiem dla ogółu zrozumiale.] Wstałam gwałtownie i z wielkim, świadomym poczuciem winy wymalowanym na zdezorientowanej twarzy, zbyt dobrze pamiętającej jednak jak dalece rozminęłam się z łóżkiem ostatniej nocy. Śmieszny i groteskowy musi to być widok.

Dziś dzień dobry, rozpięty chwiejnie między dwoma dniami szkolnej zwyczajności, dziwaczne rozszczepienie panoszy się wśród nich a ja tkwię. Miałam nawet obejrzeć parę filmów, przeczytać jakieś książki, ale miłość do sklepów cynamonowych pozostawiła mnie bezradną i bezsilną na mus konsekwentnego ukulturalniania się z dnia na dzień. Miło było zresztą jeść z Kasią myszki marcepanowe, siedzieć na ławce w opozycji do świata i całej tej drobnomieszczańskiej mentalności. Słuchać Misophine, ale aprobatę znalazłyśmy tylko w przegranym żulu co uśmiechnął się do tej muzyki.

Moja Pierwsza I Jedyna Recenzja znalazła poklask w facecie, który chyba się na tym zna, napisał, że recenzja bardzo fajna, plastyczna i konkretna, łatwo sobie wyobrazić jak ta muzyka wygląda - to chyba duży plus. wiesz, wielu sili się na taką 'wybujałą poetyckość', tylko że niewiele poza nią nie zawierają, w Twojej recenzji jest merytoryczność, ceni się bardzo. a i muszę sprostować - nie znam się dobrze, najwyżej przeciętnie, ja tylko jestem mistrzem stwarzania pozorów :>.

Moja recenzja znalazła więc aprobatę u samego Mistrza Stwarzania Pozorów. Jako, że również przez całe życie konsekwentnie aspiruję i dążę do tego zacnego tytułu, jestem zadowolona.

irytacja

Zgłębiam i eksploruję coraz to bardziej ezoteryczne, niedostępne i niebezpieczne w swej nieuchronności zasoby mizantropii, których jeszcze do tej pory nie udało mi się sięgnąć i wyczerpać. Nienawidzę znacznej większości, bezsens, marazm, stagnacja. Irytacja, ból głowy od tej niemej irytacji.

piątek, 7 listopada 2008

zaraz zwariuję od niczego

Czy można być kiedykolwiek bardziej zdezorientowanym i skoncentrowanym w bolesnym cierpieniu stania okrakiem pomiędzy dwoma nierównoległymi rzeczywistościami, niż budząc się o godzinie siódmej wieczorem. Specjalnie bez znaku zapytania, bo to pytanie retoryczne. Jestem z cierpkim posmakiem niedokończonego snu w ustach. Zagubiony fortepian potyka się gdzieś o swoje klawisze. Ołowiana głowa ciąży z każdej strony, na zmianę z lewa to z prawa ulega prawu grawitacji. Wszystko takie ciężkie, nieuchronne. Skondensowane w jedną, rozciągliwą masę. Zimno.

Pooglądałam Krew Poety Cocteau, żeby podtrzymać przy życiu moje ukulturalnienie, tymczasem chyba jeszcze bardziej je zdusiłam, bo prawdopodobnie za głupia jestem na tak głębokie alegorie. Ale zgodnie z zasadą, że rzeczy niezrozumiałe są piękne i trzeba je wielbić, film był doprawdy zjawiskowy.

Zaraz zwariuję od niczego.

czwartek, 6 listopada 2008

nieznośna lekkość kłania się w pas

Między godziną 19 a 20, będąc w drodze do zastygłego w przestrzeni miejsca zwanego domem, moim udziałem stała się chyba jakaś wysmakowana namiastka delirium będąca płodem przedziwnej kondensacji francuskiej awangardy i czarnego powietrza, w którego smrodzie mlecznej mgły i ulicznego kurzu odnaleźć mogłam napierającą zewsząd stagnację rzeczy twardych, słonych od księżycowej bieli w którą eteryczna deklamacja wpasowała się obłąkańczo idealnie. Smuga nieboskiej muzyki wypełniała wykwintnie kamienne przejścia nocną porą wstydzącą się swojego ezoterycznego wymiaru, surowość przykryła wstyd ręką twardą i chłodną, cienie zachciały bawić się w znikanie. Subtelną finezję dusiła mgła.

Smród wysublimowanych bodźców, niecierpliwy cień, kapelusz którego nie miałam; wszystko to stało się zbyt szybko bym doświadczyć zdążyła cokolwiek namacalnego. Poruszam się wciąż niejasno i chaotycznie, popadam w delirium nadinterpretacji. Matką czwartego wymiaru zdaję się być ja.

I znów ta nieznośna lekkość cynicznie kłania się w pas.

albo krócej: nie ma ani jednego człowieka

Ale wszystko to, nie tak, niezupełnie tak, i mieszam się, przestępuję z nogi na nogę, łżę bez miary – a im dłużej poruszam się i szperam w wodzie, gdzie na piaszczystym dnie szukam blasku, który mignął mi przed oczami, tym mętniejsza woda, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że znajdę, pochwycę. Nie, niczego jeszcze nie powiedziałem, a raczej powiedziałem same rzeczy książkowe... i koniec końców należałoby to rzucić i rzuciłbym, gdybym się trudził dla kogokolwiek spośród żyjących teraz, skoro nie ma na tym świecie ani jednego człowieka umiejącego mówić moim językiem; albo krócej: ani jednego człowieka umiejącego mówić; albo jeszcze krócej: ani jednego człowieka – to przychodzi mi troszczyć się tylko o siebie, o tę siłę, która każe mi się wypowiedzieć.*


Mój hedonizm objawia się często w przyjemnościach graniczących z delikatnym masochizmem, już sam fakt, iż szczęście uważam za coś nieosiągalnego, ale ekstatycznie bolesnego, świadczy o powyższym. Dochodzę do wniosku, że wszystko jest za mało intensywne by doznać przy tym wyższych emocji, trzeba najpierw sprowadzić te doznania do bólu cielesnego, wprowadzić je we wszystkie żywe tkanki, by boleśnie naprężone same dostroiły się do melodii tej ekstazy, żeby wszczepiła się ona we wszystkie komórki niepokojąc je, niszcząc, podrażniając.

I dlatego tak lubuję się w bólu głowy i uczuciu głodu, po znieczulające lekarstwa sięgając tylko w ostateczności zamraczającej mi umysł a wraz z nim zdolność myślenia.

Mówię o bólu pragnąc go w wynaturzony sposób, tymczasem niezdolna do osiągnięcia nawet jego nędznej namiastki. Jedyne co doświadczam to spowszedniałe, mętne składniki rzeczywistości, zbyt mdłe i wyblakłe by doznać je głębiej i naprawdę. Wszystkie doznania musiałabym chyba skondensować w obrębie jednego dnia lub nawet krócej, w obrębie jednej minuty, by zwiększyć intensywność doznań, by przeniknąć przez nie, by stały się mi dotkliwe i wystarczająco nasycone. Ból więc pozostaje jedynym naturalnym rozwiązaniem.

Dzisiaj to nie ja stoję na podłodze ale podłoga stoi pode mną. Znalazłam w swoim ciele wtyczkę do prądu.

Doczekałam czasów, kiedy wierzyć zaczęłam we wszystkie moje kłamstwa, tak bardzo obiecująco zwykłam o nich mówić. Teraz należą do rzeczywistości która i tak powstała i obróci się w złudzenie, dlaczego więc nie nagiąć jej jeszcze bardziej.

* Zaproszenie na Egzekucję, Nabokov. Wstępem tym powinnam chyba opatrzeć każdy wpis albo wyryć w pamiętnikowej okładce, bo to jedyny w swym rodzaju wyraz zagubienia [ech.], wyobcowania, niemocy bycia zrozumianym, wszystko brzmi tak pretensjonalnie, ale to też najlepsze wytłumaczenie, dlaczego piszę wciąż i wciąż.


środa, 5 listopada 2008

takie tam

Z niestrawnego ogromu zblazowania i niezjadliwej nudy próbuję wykrzesać fragment prozy nieprzegniłej jeszcze i nie zzieleniałej do końca od konsekwentnie nabywanej obojętności, myśl że każdy upadek kończy się dnem czy podłożem, nieważne jak twardym, wydaje się być kusząco kojąca kiedy wiem, że ja tymczasem dryfuję w wcale nierozkosznej próżni, bez wytycznej końca, błagam o zatrzęsienie!

Dzień ma konsystencję ostygłego kisielu o smaku syntetycznej pomarańczy, ja - nierozrobiony proszek osiadły na krawędzi salaterki o jałowym wzroku.

Wszystko to substytut, teoretycznie mam dystans, ale problem w tym, że teoria wymija się z rzeczywistością i nawet nie powie że dzień dobry. Zbyt dużo rzeczy określam surogatem, ale cóż mam zrobić, kiedy intensywność straciła rację bytu.

Chyba, że nigdy jej nie miała, ale to i tak bez różnicy.

wtorek, 4 listopada 2008

acje, acje.

Od ludzi boli mnie głowa. Nienawidzę zdecydowanej większości. Moja mizantropia sięgnęła apogeum swych możliwości, dając pole do popisu nieukrywanej arogancji i znudzeniu. Jestem królikiem doświadczalnym w tym wielkim eksperymencie konfrontacji nienawiści z periodyczną falą łagodności bardzo wąsko ukierunkowanej. Roztapia mnie i koi nadal Devendra Banhart, mój jesienno - muzyczny kochanek.

Fascynacja, egzaltacja.

Idealizacja?

poniedziałek, 3 listopada 2008

hallelujah, myszka's back.

Pamiętam, że mówiłam mu coś o szczęściu, o tym że mam obsesję na punkcie tego pojęcia, bo nigdy naprawdę nie mogłam go osiągnąć, nie jego pełnię, nie na dłużej niż chwilę. I im namiętniej go pragnę tym niemożliwsze staje się do schwytania. Zapewne wilk stepowy ma rację i posiadam o jeden wymiar za dużo, oczekuję dalece więcej niż jestem w stanie znaleźć i doznać, szczęście to u mnie pojęcie całkowicie wypaczone, bardziej związane z czymś boleśnie rozkosznym, jakieś obcowanie ze sztuką na wyższym poziomie świadomości, skroplenie marzeń sennych w ciekły stan rozrobiony z rzeczywistością, doznania cielesne lub podobne tym ekstatyczne uniesienia, o to dlaczego nie pojmuję szczęścia, o to dlaczego tak mnie fascynuje.

Wiem, że nie zasługuję na żadną adorację, na żadną idealizację której uprawiania z taką radością podjął się on. A jednak taplam się w tym rozkosznym stanie jak świnia w błocie, chłonąc każde słowo wymierzone we mnie a raczej mi hołdujące, a ciche wspomnienia o jakimś rozczarowaniu, jakiejś idealizacji, przechodzą bez echa lub raczej wzmagają te słodkie zjawiska. Boję się, że to wszystko pryśnie jak zwykle, bo rzeczy przyjemne do bólu nie posiadają żadnych znamion długowieczności, lub gorzej – rozmyje się, lecz z entuzjazmem i fascynacją nas obojga wydaje się być to odległym punktem. Wstąpiliśmy na ziemię niczyją i uprawiamy w separacji od uciech tego świata grę starą jak świat, grę niedopowiedzeń, nadinterpretacji i bolesnej adoracji.


- Have I mentioned you're awesome?

- Have I mentioned that you make me vain and spoilt?