Lolita. Lo-li-ta. Światło mego życia, płomieniu mych lędźwi.
Temat tak delikatny i święty, że boję się i waham swojej interpretacji. Niezdarność, w jakiej babram się, tarzam, żałośnie i nie bez wstydu, to grube i wielkie łapsko, które z całą swoją miłością i potrzebą wyrażenia palącego afektu, z całą nabrzmiałą czułością potrąca i tłucze kruchy posążek, obiekt drgań i gorączkowych ułud.
Śledzę linie wyznaczające jej wątłość, poddaję się nieodczytanym wieloznacznościom. Żałuję, przebiegłam powieść posiłkując się wrażeniami podsycanymi przez własne fantazje, które znowuż siliły się na godną refleksję bezbarwnej rzeczywistości. Dlaczego tak bardzo upadłam, uciekając się do szukania lolicich odpowiedników, czy to skłonność do artystycznego zgłębiania oczywistych płycizn, czy raczej sposób zrozumienia.
Oba powody są zresztą tak samo marne.
Ile realizmu mieści się w Lolicie? Lub inaczej – na ile Lolita mieści się w wąskich ramach realizmu? Ciężko jest uchwycić moment, kiedy spowiedź Humberta Humberta przestaje być wiernym odtwarzaniem zdarzeń a zmienia się w psychopatyczne urojenia wariata. Obłąkanie wydaje się mieć początek w końcu, dokładniej w końcu życia z Lolitą, kiedy żałość i bolesna miłość znajdują swój koniec w maniakalnym strachu mącącym granicę pomiędzy realnością a koszmarem, a nimfetki zdają się być pożądane przez wszystkich skrytych świntuchów mijanych na ulicach, w sklepach i hotelach, a wreszcie nazwiska w hotelowych księgach gości nabierają kształty erudycyjnej gry słów, cynicznej i wyrafinowanej, zbyt nieprawdopodobnej dla mnie, a zbyt oczywistej dla zbolałego Humberta.
A może raczej początków obłędu należałoby doszukiwać się w czystym uczuciu do Annabell Leigh, w zbyt oczywistym nawiązaniu dla utraconego kochania, zepchniętego w śmierć przez zazdrosnych aniołów. W nagłym schyłku nie skonsumowanej miłości, w rozpalonym a nieugaszonym pożądaniu, w zawieszeniu przed finałem który nigdy nie miał już nadejść, tam zaczaił się przecież zarodek choroby, rozrosłej później do obłędu zapuszczającego swoje korzenie poza granicami udręczonego umysłu.
Miłość do Lolity jest bardzo dwuznaczna, jej charakter wcale nie oczywisty. Może to kunszt Nabokova (z pewnością to jego kunszt), ale mimo fizycznych ciągot do jej niedojrzałego piękna, to przecież poemat dla jej uroku, daleki od gorszącego pożądania , pełen za to troski, oddania, czułości dla jej kruchości i niestałości. Obok bezkresnego uwielbienia jest też pobłażliwość dla dzieciństwa i pewna bolesna słabość wobec zmory o jej utracie.
Nad historią snutą przez skazanego Humberta od początku ciąży zresztą cień wielkiego fatum, rozkładającego się i panoszącego u samych początków jego obłędu, a rzucającego coraz dalszy i ciemniejszy cień w miarę posuwania się akcji. Poprzez zastosowanie tej retrospekcji wyczuwalny jest nieuchronny i konsekwentnie postępujący upadek, mający swój finisz w tragedii zapowiedzianej pośrednio już śmiercią Annabell.
Czy może podwójne nazwisko Humberta jest zarazem znakiem jego rozdwojenia jaźni jak i wieloznacznego odczytywania (zarówno) jego uczucia dla Lolity jak i jego własnej zawiłej osobowości, stwarzającej wiele problemów przy bajkowym podziale na dobro i zło. Humbert nie jest przecież człowiekiem złym, a raczej bezsilnym i pełnym skruchy dla żądzy i beznadziejnej miłości, których bezładną szarpaninę spowodowało pojawienie się małej nimfetki. Z tłustymi włosami, siniakami na kolanach i miłością do kolorowych magazynów, Lolita nie jest przecież pozbawiona świętej otoczki, więcej, Humbert wynosi jej istnienie do rangi boskości, i nawet gwałtowne wyprowadzenie jej z bezpiecznego dzieciństwa nie chwieje jej niewinnością. Po uzyskaniu świadomości o władzy nad biednym Humbertem, początkowe przywiązanie zamienia Lolita w grę wymuszeń, zachcianek i oczywistych kłamstw, ale nawet kiedy miłość do Lolity przybiera kolory destrukcyjnej i pustoszącej, nawet kiedy Lolity braknie, chory od straty ojczym nie narusza boskości, jaką ją naznaczył.
Nie ma tu jednak zbędnego patosu i uniesień. Jest pozornie prosta historia, będąca w rzeczywistości kłębowiskiem uczuć, niepoprawnych pasji, niejednoznacznych póz, o tysiącach znaczeń i aluzji. Nie ma tu ckliwości, która zważywszy na temat przewodni, zdaje się być nieuchronna. Jest bolesne ubolewanie, jest przeszywająca pasja, ale są one tuż obok pewnej dozy autoironii, cynicyzmu, pobłażliwości, nad tymi wytwornymi substratami zawisło wytworne wysublimowanie i czułość o kojącym wpływie, która pozostawia mnie zwijającą się z bólu i piękna (jako dwóch pokrewnych doznań) nad kunsztem i powabem Lolity.
Lolita w wersji Kubricka, z całym mym rozczarowaniem, jest filmem złym. Lolita straciła w nim wszystkie atrybuty rozbrajającego dzieciństwa, bo przedstawiona została jako niebieskooka lalka ze skręconymi lokami. Humbert (ah, ten szargany namiętnościami Humbert!) stał się nagle zupełnie pasywnym i bezbarwnym w swej bierności staruszkiem, nieco nawet obrzydliwym w swych szarmanckich manierach i w częstych chwilach, kiedy jedynym głębszym uczuciem jakie wydaje się żywić jest kompletne zdezorientowanie. Cała fabuła potraktowana jest bardzo pobieżnie i powierzchownie, zostałam oszukana oglądając na w p ó ł p r z e m i l c z a n ą historię.
Chyba, że zamiarem kubrickowej Lolity było właśnie ukazanie jej w krzywym zwierciadle, pełnej zniekształceń i wątków pokątnych, takiej nieopisanej; spójrzcie tylko na kreację pani Haze jako potwierdzenie tej niebezzasadnej teorii. Jej kreatura była jednym z nielicznych udanych aspektów tej wersji.
Jak dobrze wypada więc wersja Adriana Lyne'a w konfrontacji z jej starszym odpowiednikiem! Jest skrajnie różna, to fakt. O ile Kubrick pokazał historię z punktu widzenia przypadkowego przechodnia (bo na dobrą sprawę nie wiemy nic, sceny wyzute z uczuć, motywy pozbawione sensu) tak Lyne skupił się na próbie wejścia w umysł Humberta (a tu świetny, świetny, świetny Jeremy Irons). Dzięki takiej perspektywie utożsamianie się z zagubionym czterdziestolatkiem jest nie tylko łatwiejsze, ale i całkowicie naturalne. Wszystkie motywy stają się jasne, o ile powiedzieć można o jasności widząc przebieg zdarzeń całkiem subiektywnie. Mogę zachwycić się Lolitą pomimo że jest brudna (a przede wszystkim – w tej wersji znacznie bardziej autentyczna), mogę poczuć niepokój okalający całą niefortunną historię (na myśl przychodzi miłość z filmiku Old Love Haunts Me In The Morning), jej magię i psychodelizm (scena kiedy Humbert i Lolita huśtają się w bujanym fotelu, arcy), czułość, żal, szaleństwo, wreszcie melancholię, a na końcu zamieramy z Humbertem po zabójstwie Quilty'ego, tak samo spustoszeni i wyzuci z uczuć, tak samo zniszczeni i ukojeni jak on sam.
Skąd bierze się moja rozkosz dla Lolity? Czy posiłkowana jest tą rozbrajającą erotyką, czy grą słów i znaczeń, czy przez ckliwie wyryty smutek (o nie), czy przez erudycję i kunszt Nabokova, czy przez transową atmosferę, ekstazę i niepokój, czy niejednoznaczność i enigmatyczność samej Lolity...? Czy dlatego, że zupełnie podświadomie (dawniej, teraz świadomie) chcę być zarówno udręczonym Humbertem i niewinnie kapryśną, rozpieszczoną niewinnością jaką była Lolita; osiągnąć stan czciciela i obiektu kultu zarazem. Skłaniając się bardziej w kierunku Lolity, w białej sukience, zepsutej i rozkosznej, naiwnej i słodkiej.
Lolito. Lo-li-to.
Myślę o żubrach i aniołach, o tajemnicy trwałych pigmentów, o proroczych sonetach, o schronieniu się w sztuce. I to jedyna nieśmiertelność, jaką możemy ze sobą podzielić, Lolito.