To doprawdy żałosne, na jakie wyżyny usilnie próbuję wynieść własne cierpienie żeby wywołać współczucie oparte na fizycznie doświadczalnej rzeczywistości. Bądź co bądź umartwiałam się przez całe trzydzieści kilometrów lasów, wzgórz i złośliwie wysokich, błotnistych pagórków, podziwiałam złotą polską jesień by spocząć utrudzona w temperaturze 5 stopni. Właściwie to wcale nie było tak źle, mówię to wciąż pamiętając jak soczystym przekleństwem naznaczałam każdą wyboistość szlaku i z jaką nabożnością błogosławiłam każde zdjęcie butów. Wróciłam do domu ze zdeformowanymi piętami zastanawiając się, za co właściwie przyszło mi tak cierpieć, choć przecież było sporo dobrych momentów; ale nawet wtedy wydawało mi się, że jestem tak bardzo nikim. Spałam dużo, w nocy i w dzień, majaczyłam w milczeniu o lepkim śnie, rzeczywiście raz po raz odklejałam się delikatnie od rzeczywistości, wilgotno i ciepło witałam drugi brzeg by wreszcie dryfować niespokojnie pomiędzy lustrzanymi krawędziami. Dalej mam w głowie orkiestrę dętą, co gra z tym większą furią ilekroć skłonię się ku ziemi. Jestem z m ę c z o n a. Ponad to czuję żałosną potrzebę ogłoszenia tego światu.
Tymczasem Sklepy Cynamonowe umiem prawie na pamięć, wciąż niestrudzenie studiując angielską wersję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz