poniedziałek, 17 listopada 2008

i name this ships the tragedy, bless her & all who sail with her.

To doprawdy żałosne, na jakie wyżyny usilnie próbuję wynieść własne cierpienie żeby wywołać współczucie oparte na fizycznie doświadczalnej rzeczywistości. Bądź co bądź umartwiałam się przez całe trzydzieści kilometrów lasów, wzgórz i złośliwie wysokich, błotnistych pagórków, podziwiałam złotą polską jesień by spocząć utrudzona w temperaturze 5 stopni. Właściwie to wcale nie było tak źle, mówię to wciąż pamiętając jak soczystym przekleństwem naznaczałam każdą wyboistość szlaku i z jaką nabożnością błogosławiłam każde zdjęcie butów. Wróciłam do domu ze zdeformowanymi piętami zastanawiając się, za co właściwie przyszło mi tak cierpieć, choć przecież było sporo dobrych momentów; ale nawet wtedy wydawało mi się, że jestem tak bardzo nikim. Spałam dużo, w nocy i w dzień, majaczyłam w milczeniu o lepkim śnie, rzeczywiście raz po raz odklejałam się delikatnie od rzeczywistości, wilgotno i ciepło witałam drugi brzeg by wreszcie dryfować niespokojnie pomiędzy lustrzanymi krawędziami. Dalej mam w głowie orkiestrę dętą, co gra z tym większą furią ilekroć skłonię się ku ziemi. Jestem z m ę c z o n a. Ponad to czuję żałosną potrzebę ogłoszenia tego światu.

Tymczasem Sklepy Cynamonowe umiem prawie na pamięć, wciąż niestrudzenie studiując angielską wersję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz