Pisarska abstynencja wynika u mnie z paru, zawsze tych samych, powodów. Zazwyczaj jest to wynik kontaktu z czymś Większym, Lepszym i Wspanialszym, co zniechęca mnie do życia w jego cieniu i zmusza do werterowskich kontemplacji stylizowanych na „czym ja, kurwa, jestem, żeby pisać i oceniać muzykę”. Maleję w oczach. Konfrontacja z przedmiotem dalece lepszym przygnębia mnie okrutnie.
Jeszcze przez chwilę się nie pozbieram by potem znowu uskuteczniać swoją radosną twórczość rozebraną z treści i formy, aż do nagiej głupoty zwanej pseudointelektualizmem. Jakaś tania podróbka to wszystko.
Bo czym ja, kurwa, jestem, żeby pisać i oceniać............. [w nieskończoność.]
Nowy Matt Elliott – majstersztyk melancholii.