O tej porze mój pokój pachnie jeszcze tą senną dusznością, która sprawia, że nad wszystkim unosi się wciąż oniryczna mgła separująca mnie od reszty funkcjonującego już świata, od zawsze przejście z jednego stanu w drugi było dla mnie procesem bolesnym i długim. Devendra Banhart koi moje zszargane twardą rzeczywistością zmysły, jest tak lekko. I ja naprawdę zaczynam się śmiać. Świat sprawił mi genialny żart, a ja nie wiem do końca, jak mam go oswoić. I czy w ogóle powinnam. Ale to takie słodkie, takie kojące, takie ciepłe. Nie chcę się rozklejać ani przeobrażać do obrzydzenia w jakieś ciepłe kluchy [och, sam ten epitet obrzydza mnie zawsze wystarczająco], chciałabym przestać jednak tkwić w tym uprzedzeniu do lubowania się w szczęściu nie sprowadzając go przy tym do dryfowania wyżej niż powinnam.
Herbata likwidująca uczucie głodu działa jedynie jako placebo, bo po wypiciu nadal chce mi się jeść, z tą różnicą, że kiedy wstanę by pobuszować w szafkach, przypomina mi się, że och, wypiłam to świństwo. Więc nie mam fizycznego prawa by być głodna. I wracam spowrotem.
W takim sensie: owszem, działa, jest wręcz genialna.
Tkwiąc w Żarcie łatwo uciekać w muzykę, „Fall” jest doprawdy poruszające, rusza nawet takich comfortably numbs jak ja. Chociaż ja nie stanowię tutaj żadnego wyznacznika, nie mogę być żadnym odnośnikiem.
I chyba naprawdę już nigdy nie jest mi dane zapamiętać różnicy pomiędzy ochroną środowiska a ochroną przyrody. Na mój prosty, ubogi w horyzonty i wiedzę, bezwartościowy i ignorancki umysł te dwa pojęcia wciąż oznaczają to samo. Gdybym miała czas, może nawet zakochałabym się w Devendrze Banharcie, stylizacja folk w stylu lo-fi, prostota, rozmyślna naiwność i wszystkie te niedociągnięcia dają chyba to złudne uczucie bliskości z muzyką, i może nawet napisałabym drugą w swym życiu recenzję, ale czasu nie mam, bo ogromną jego ilość pochłania udawanie, że właściwie robię coś nacechowane jakąś cechowością, konkretnym konkretem , celowością bla bla bla bla bla.....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz