Chyba zdołował mnie fakt, że już nie potrafię nawet wyrecytować dobrze wiersza. Albo cytując mojego nauczyciela z muzyki; był to raczej Czynnik Dodatkowy Dobijający. Nie zostałam spytana z historii, co oznacza, że całą sprawę Polski w I WŚ przebrnęłam w bólach i jękach całkowicie na próżno, a w dalszej konsekwencji zgłębić będę musiała dalsze fakty z naszej ekscytującej historii naznaczonej tak boleśnie dużą liczbą upadków, że aż niemiło się uczyć.
Odbyłam z moją nauczycielką z polskiego intelektualną rozmowę na temat literatury amerykańskiej. Ma u mnie plusa, bo nazywa mnie Aleksandrą.
Też nie lubi Whartona i ogólnie, z paroma wyjątkami (do których też się zgadzamy), nie przepada za amerykańską literaturą, na marginesie nie lubi też Coehlo, i chwała jej za to wszystko.
Pewnego dnia dowiodę naukowo, że nuda jest znacznie bardziej męcząca niż jakiekolwiek zajęcie, żywym przykładem byłam ja, rozkładająca się, przeciągająca się, ziewająca, bazgrająca, kręcąca, zblazowana i oddająca sprawdzian na 45 minut po 5 minutach. Tak bardzo zmęczyłam się w ciągu tych dwóch godzin, że zaczęła boleć mnie głowa, a to chyba o czymś świadczy (a jeśli nie świadczy, to tak czy inaczej nadal czuję ten ból).
Zaczynam chyba naprawdę mieć wszystko w dupie. Wysilam (och, to już szczyty wszystkiego, by wylatywały mi z pamięci polskie wyrazy a pozostawały w głowie tylko angielskie odpowiedniki; jak jest po polsku numb, numb, numb...) mój odrętwiały umysł by znaleźć coś, na czym jeszcze zależy mi wystarczająco, żeby naprawdę o to dbać, i ze zgrozą zauważam, że coś ciężko przychodzi mi wymyślenie czegokolwiek. Uczę się mało i beznamiętnie, zarastam własnymi paranoidalnymi strachami, pogrążam się we własnych perwersjach, nie dbam o znajomych (starych i potencjalnych, czym konsekwentnie ukrócam ich listę dzień po dniu; z przerażeniem stwierdzam, że w porównaniu z sytuacją jeszcze sprzed roku, teraz jest mi to więcej niż obojętne). Ci wokół mnie są zbyt mało interesujący, ci, których znajomość bynajmniej by mi nie przeszkodziła wydaje się być poza moim zasięgiem (fizycznym i towarzyskim). Więc bierność przede wszystkim.
Idąc za ślepą miłością do Paavoharju (nie jestem w stanie zapamiętać nawet nazwy) pościągałam sobie jakiegoś fińskiego folkloru i bardzo miło się mi tego słucha, ot, teraz leci Joose Keskitalo z paroma boskimi kawałkami, nawet te dwie kropeczki nad a w fińskim wydają się takie słodkie i bajkowe.
I napisałabym jeszcze o moich dziecięcych sentymentach do ścieżki dźwiękowej z Muminków, które teraz znajdują odzwierciedlenie w jakichś niesprecyzowanych tęsknotach za tymi motywami w muzyce jaką eksploruję. Ale to innym razem (czyli pewnie nigdy). I tak zbyt długiego wafla tu dziś wyprodukowałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz