„Jeżeli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii, to pewnie najpierw chcielibyście się dowiedzieć, gdzie się urodziłem, jak spędziłem zasmarkane dzieciństwo, czym się zajmowali moi rodzice, co porabiali, zanim przyszedłem na świat, no i wszystkie tym podobne bzdety w guście Dawida Copperfielda, ale ja wcale nie mam ochoty wdawać się w takie gadki, jak już chcecie znać całą prawdę.”
Tak właśnie Holden Caulfield, główny bohater głośnej powieści „Buszujący w zbożu” zaprasza nas do wysnutej jednym tchem relacji z zeszłorocznych wydarzeń paru dni, kiedy to jako szesnastolatek wylatuje z kolejnej już szkoły, prywatnej placówki w Pencey. Opuszczenie jej murów nie robi mu żadnej różnicy, jego sumienie lekko kłują tylko troskliwi rodzice i jedyny nauczyciel, jakiego zdawał się szanować.
Siedemnastolatek oddaje się retrospekcji w głąb czarnych wspomnień ze szkoły, którą opuszcza. Opisuje kolegów jako zidiociałą, przesiąkniętą moralizatorstwem dorosłych masę, aspirującą powoli i skutecznie do zajęcia ciepłych posad swoich rodziców, zaś dyrektorów kolejnych szkół jako grupę zadowolonych z siebie burżujów, hołdujących pieniądzom jako bezwzględnemu faworytowi w ich hierarchii wartości:
„Umiał czarować, ale nie wysilał się dla tych rodziców, którzy byli starzy lub wyglądali biednie czy niezdarnie. Szkoda, żeście nie widzieli, jak traktował rodziców tego kolegi, z których dzieliłem pokój. Jeżeli matka któregoś chłopaka była gruba, nieszykowną kobieciną, a ojciec nosił tandetne ubranie z przesadnie wypchanymi ramionami i podniszczone stare buty – stary Haas podawał im dwa palce, uśmiechał się fałszywie i prędko przechodził dalej, żeby przez pół godziny skakać koło innych, bardziej interesujących rodziców. Ścierpieć nie mogę takich numerów. Do szału mnie doprowadzają. Tak mnie to przygnębia, że wściekam się po prostu.”
Nie jest to bynajmniej jedyny szczegół, którego Holden nie może ścierpieć. Rozczarowany życiem, cierpi na awersję do większości spotykanych ludzi i miejsc, w których przebywa. Mimo inteligencji i zainteresowania książkami, nie uczy się, protestując tym samym i prezentując pogardę dla wyścigu szczurów wśród jego rówieśników. Przygląda mu się raczej stojąc z boku, ze zdziwieniem i obrzydzeniem.
Holden Caulfield, wielki a odosobniony krytyk rzeczywistości, rozpiętej między zakłamaniem świata dorosłych a jego absurdem, małostkowością a sztywnym konwenansem. By odwlec chwilę powiadomienia rodziców o zostaniu wyrzuconym z kolejnej szkoły, postanawia zatrzymać na chwilę bieg świata i odizolować się od nieuchronnych zdarzeń. Wynajmuje więc pokój w jednym z nowojorskich moteli i planuje spędzić tam parę kolejnych dni, zanim stanie twarzą w twarz z rodziną i codziennością.
Znudzony, zblazowany nonkonformista smakuje pełni wolności, która nie okazuje się być tym, czym pachniała. Holden wydzwania do ludzi, z którymi pozrywał kontakty, szukając kogokolwiek, z kim nawiązać mógłby jakąkolwiek nić porozumienia. Eksploruje i zapuszcza się w nowojorskie podziemia, błądzi i obserwuje, a świat przyprawia go o permanentne rozczarowanie. W niedbałym, potocznym języku toczy monolog zagubionego i niezadowolonego nastolatka. Zwiedza zadymione bary, tańczy z przypadkowymi dziewczynami, zamawia do pokoju prostytutkę, obrywa od jej alfonsa, egzaltuje się fortepianem starego Erniego, śpi na zatłoczonej stacji, odwiedza dawnego nauczyciela i spotyka się z byłą dziewczyną. Rozmawia z ludźmi, z rozbrajającą szczerością i właściwym sobie subiektywizmem komentuje ich zachowanie.
Paradoksalnie, mimo swojej ucieczki w całkiem odmienne od szkolnego środowisko, Holden znów spotyka się ze światem obdartym z ideałów, tak samo smutnym i przygnębiającym jak szkolny. Podchodzi do spotkanych ludzi z właściwym sobie cynizmem, wystawiając ich na próby i zadając niezwyczajne pytania, czym dowodzi tylko własnego przekonania, jak bardzo puści bywają. Doprowadza do szału przypadkowego taksówkarza, pytając go o zdanie w kwestii problemu, który nurtował go od zawsze: co dzieje się z kaczkami, kiedy zamarza laguna w Parku Centralnym? W swojej dociekliwości w sprawie problemu, który dla dorosłych wydaje się nie istnieć, przypomina trochę Małego Księcia, dostrzegającego wagę problemów błahych i dopytującego się o nie z dziecięcą ciekawością świata.
Dowodzi to nie tylko tego, jak bezwarunkowa i pozbawiona zainteresowania jest zgoda dorosłych na otaczającą ich rzeczywistość, ale także faktu, że Holden nie rozstał się do końca z dziecięcym sposobem rozumowania otaczającego go świata. Tym samym konfrontacja z jego bezwzględnością i szarością przyprawia go o zdziwienie, ból, bunt, a nawet tęsknotę za ideałami, na których niegdyś stał jego świat. Jego kilkudniowa wędrówka po Nowym Jorku jest więc także swoistą podróżą inicjacyjną w głąb świata, w jakim przyjdzie mu się obracać, a z którym Holden nie chce i nie zamierza się identyfikować, przez co nie spotyka się z akceptacją, a raczej pobłażaniem i niechęcią. Przechodzi bolesny proces wdrażania w świat dorosłych i balansuje na granicy dzieciństwa a dojrzałości, której nie chce doświadczyć. Stąd też tytuł samej powieści, buszujący w zbożu, a w dosłownym tłumaczeniu – chwytający w zbożu, czyli osoba, która łapie dzieci na moment przed upadkiem z klifu, co ma być swoistą metaforą dorosłości, na której granicy balansuje Holden.
Nieprzycięty do marginesu rzeczywistości nastolatek demonstruje swój malkontentyzm dla amerykańskiego społeczeństwa, hołdującego modelowi rodziny opartego na ściśle określonych dogmatach oraz konsumpcjonizmie. Krytykuje także kulturę masową, mówiąc o swoim bracie, pisarzu, który zaczął pisać scenariusze dla hollywoodzkich reżyserów, że stał się hollywoodzką dziwką. Nienawidzi kultury masowej jako kolejnego kreatora konkretnego stylu bycia, opartego na precyzyjnym systemie wartości. Z bliżej nieokreślonymi ambicjami i rozczarowaniem możliwościami na przyszłość, Holden nie mieści się w szablonie przeciętnego Amerykanina.
Holden prowokuje i odkrywa mroczną stronę świata dorosłych, a w końcu, w chwili najgłębszej frustracji, wpada na szalony pomysł ucieczki na koniec świata z byłą dziewczyną, który w jednej chwili jest w stanie desperacko zrealizować. Sally odmawia przerażona, na co on sam snuje marzenia o pracy na stacji benzynowej, gdzie udawałby głuchoniemego, co byłoby idealną wymówkę by nigdy więcej nie konfrontować się ze społeczeństwem i ograniczyć swoją egzystencję do niezbędnego minimum:
„W końcu namyśliłem się i postanowiłem, że nigdy nie wrócę do domu i ze nie dam się zapakować do żadnej nowej szkoły. Kombinowałem, że najpierw dobrnę do Holland Tunnel, naciągnę jakiegoś kierowcę, żeby mnie podwiózł kawałek drogi, potem znów następnego, trzeciego i czwartego, aż po kilku dniach znajdę się daleko na zachodzie, w okolicy pięknej i słonecznej, gdzie nikt mnie nie zna, i tam znajdę pracę. Wymyśliłem sobie, że będę udawał głuchoniemego. Jako głuchoniemy nie będę musiał z nikim prowadzić głupich rozmów bez sensu. Kto będzie miał do mnie interes, napisze kilka słów na kartce i podsunie mi pod oczy. Prędko się ludziom takie rozmówki sprzykrzą i dadzą mi święty spokój aż do końca życia.”
Jedyną osobą, która trzyma Holdena w Nowym Jorku, jest jego młodsza siostra Pheobe, inteligentna i dobra kilkulatka, która troszczy się o brata i zdaje się jako jedyna rozumieć jego ból. Pheobe reprezentuje świat dziecka, pełen autentyzmu i naturalności, zupełnie przeciwny zakłamanemu, pełnemu pozorów światu dorosłych. Pheobe jest jego sentymentem za minioną beztroską. Powieść jest swoistą apoteozą dzieciństwa, jako czasu idyllicznego, wolnego od kłamstw i zmartwień. Wyrosły z niego Holden próbuje stworzyć rzeczywistość na podstawie otaczającego go świata, desperacko szuka dowodu na rzekomą wartość życia. Odczuwa potrzebę afirmacji rzeczywistości, opartej na solidnych podstawach, których jednak nie może znaleźć. Błądzi i ostatecznie poddaje się.
Jego bunt jest więc bierny. Holden nie protestuje głośno, pogrąża się raczej w rezygnacji i znajduje ulgę tylko w beznadziejnych marzeniach o ucieczce i izolacji.
Pomimo tego, stał się literackim pierwowzorem nie tylko buntowników z lat 60-tych, ale także ukochanym przez kolejne pokolenia nastolatków symbolem młodzieńczego buntu. Przez jego rozbrajająco szczere przemyślenia i obserwacje przenika w końcu tak często doświadczana niemoc przystosowania się, bolesny dysonans między opuszczonym już, idyllicznym światem dzieciństwa a okrutną rzeczywistością, zaś pośród całego bezsensu – chęć szukania własnej drogi, zdefiniowania swojej egzystencji.
Czytając opinie na temat „Buszującego w Zbożu” wśród czytelników różnej płci/wieku/rasy, dojść można do śmiałego wniosku, że statystycznie z fascynacji Holdenem zwyczajnie się wyrasta. Podczas gdy konformistycznie nastawiona do życia część nastolatków, która uznaje go za osobistość wyjątkowo arogancką, rozpuszczoną i sama sobie stwarzającą problemy, na przestrzeni lat nie zmienia swojego zdania, że by żyć łatwo wystarczy się dopasować, druga jej część, znajdująca za młodu w Holdenie swego patrona i towarzysza niedoli, dochodzi do wniosków zgoła identycznych dopiero w dorosłym życiu.
Są jednak i ci, dla których Buszujący W Zbożu jest i będzie ikoną młodzieńczego buntu, ostatnim i desperackim wyciągnięciem ręki do bezpowrotnie traconego raju dzieciństwa, bezsensowną próbą ocalenia się przed dopasowaniem i bierną akceptacją świata takim, jakim jest.