środa, 16 grudnia 2009

iskry i emanacje


Między Magą a mną wyrasta trzcinowe pole słów; zaledwie rozdzieliło nas parę godzin, parę ulic, już mój żal n a z y w a się żal, moja miłość n a z y w a się miłość. W miarę upływającego czasu będę czuł coraz mniej, wspominał coraz więcej, ale czymże jest wspomnienie, jeśli nie językiem uczuć, słownikiem twarzy i dni, i zapachów, które powtarzają się jak czasowniki i przymiotniki w przemówieniu, ukradkiem przemykając się poza samą rzecz, aż do czystej teraźniejszości, zasmucając nas lub moralizatorsko pouczając, do chwili kiedy sami stajemy się moralistami, twarz zwrócona wstecz otwiera szeroko oczy, zaś ta prawdziwa zaciera się powoli, tak jak na starych fotografiach, i nagle Janusem jest już każdy z nas. (...)
I mówię do niej słowami, które służyły nam tylko do nieporozumiewania się i teraz, gdy jest już za późno, zaczynam wynajdywać inne, jej słowa, poobwijane w to, co ona rozumie, a co nie ma nazwy, w iskry i emanacje, które trzeszczą w powietrzu między dwoma ciałami lub też złotym pyłem napełniają pokój albo wiersz. *


__________________
* Cortazar - Gra W Klasy

poniedziałek, 28 września 2009

trochę tak, trochę inaczej

Jest trochę tak jak w tej piosence Ferrata, a trochę inaczej.

L'été quand la ville s'ensommeille
Chez nous y a du soleil
Qui s'attarde
Je pose ma tête sur ses reins
Je prends tout doucement sa main
Et je la garde

On se dit toutes les choses qui nous viennent
C'est beau comme du Verlaine
On dirait
On regarde tomber le jour
Et puis on fait l'amour
En secret

sobota, 12 września 2009

wiatr

Wiatr przepędza władczo zakrzepły gorąc lata, to arbitralne diabelsko przeciągów i zaciągów, co otwiera i zamyka nam okna i usta. Rozpanoszyło się swoją śmieszną, immanentną władzą to panisko trzaskających drzwi (trzaskających słów), rządzi się w swoim bezładnym pląsie, wydyma sukienki, przykleja babie lato do toreb przechodniów, częściej kłuje w oczy i zakrzywia widzenie. Tak, nastały dni wiatrów i gęstych warstw mgieł, gniotących nas rano do mostu.

Przypomina mi się tamta jesień, której nikt nie pamięta. Siadywaliśmy u babci na przeciągach, a wietrzne dni układały się w monotonną bajkę. Wieczorem niebo było całkiem czerwone, pewnie z wysiłku, by następnego dnia dmuchnąć w nas mocniej. Ogrodowe krzesła najpierw przywiązywało się do kolumn i rynien, ale wiatr robił z nimi co chciał, szarpiąc złowrogo rzecz nietrwałą w swoim wypaczonym poczuciu piękna, więc później wszystko stało już w domu, na przejściu, rozwichrzone i falujące jeszcze od tego tańca dzikiego. Przestrzeń powoli ustępowała, oddając ogołocone ciało w ręce tego napaleńca. On zabawiał się z nią jak chciał, a strzępki tych zabaw świszczały przez szpary w tych oknach, których nie udało się domknąć. W nocy groził tym świstem, cały dom naelektryzowany był świszczącym niepokojem i bardzo się bałam. Wiatr w końcu się znużył, jego zmęczone strzępki opadły i schowały się w lesie.

Może głupie wietrzysko, ułuda niezdobytej wolności, wywiało z głów Pozostałych wszystkie wspomnienia, albo to ta pora trwała jeden dzień, a tylko w mojej pamięci nadmuchana została do długich, świszczących tygodni. Zdeformowana bajka o wiatrach. Może pamiętam jesień, której nigdy nie było.

Każdy pisarzyna chce być taki literacki. Uważnie wybieram tylko schulzowskie sceny, miętoszę je potem w palcach jak plastelinę, aż staną się ciepłe i miękkie, podatne na deformację. Kupiłam kwiecistą chustę i zieloną spódnicę. Zaczynają się dobre, słodkie jabłka. Chcę znów wejść w ten pożyczony ogród ziemskich rozkoszy. Zniknąć za jego zarośniętą granicą i nie być na parę godzin. Jak bardzo to niemożliwe, wciąż jednak wariuję z miłości.


środa, 26 sierpnia 2009

diagnoza

Po kilkudniowych huśtawkach nastroju, wpędzających mnie od niewytłumaczalnej euforii (rzadziej) do skrajnej depresji i cichego chlipania w pozycji embrionalnej (znacznie częściej), w pocie czoła szukając źródeł owych wahań nieznośnych, wystawiłam sobie fachową diagnozę.

Cierpię na:

  • depresję końca lata,
  • syndrom bohaterki tragicznej,
  • przewlekły malkontentyzm i muzyczny snobizm,
  • awersję do godzin stricte południowych,
  • platoniczne uwielbienie dla paru pisarzy (tak, Cortazarze, ty stary łajdaku)
  • stały pociąg do enigmatycznie niesprecyzowanego Czegoś, będącego zawsze bardziej Tam niż Tu;
  • przerost ambicji nad warunkowanymi przez poważnie postępujące lenistwo możliwościami,
  • trwałą wadę formułowania myśli w słowa,
  • chroniczną miłość,
  • syndrom Stasiuka (zwany inaczej chęcią znajdywania metafizyki w pozbawionej niej rzeczywistości),
  • nierozsądną namiętność do kawy,
  • okresowy paraliż w obliczu podjęcia decyzji,
  • lekką skłonność w kierunku autodestrukcji,
  • męskich rozmiarów dumę,
  • zespół nieznośnej lekkości bytu,
  • chęć utraty tchu,
  • lęki przed rajem utraconym.


środa, 5 sierpnia 2009

budapeszt

Kończą się nijakie dni zwiędnięte od tęsknoty. Kończy się ostatnią sceną i zamiera tuż przed napisami czarno-biały film o hotelu na końcu świata, dumnym brzydactwie tego miasta, samozwańczym królu podupadłej dzielnicy.

To nie tam, gdzie miałam zajść, mityczne Tam nie istniało zresztą gdziekolwiek indziej tylko w moich mitologiach, tylko w chwilach pustej błąkaniny w nadziei znalezienia, a nawet wtedy majaczyło jako fantasmagoria falującego od gorąca powietrza, istniejąc na tyle tylko, żeby mieć siłę się przyśnić.

Zatrzymują się windy w połowie swych kursów, zastygają stare okna, w szalonej próbie zerwania z tańcem po kręgu własnej osi. Biała, pachnąca balsamem kołdra traci swą ważkość i formę, przerzedza się nieznacznie i dryfuje nad opuszczonym łóżkiem. Dźwięki węgierskich reklam zawisły w połowie szeleszczących zdań.

Mosty puściły brzegi rzeki, z ulgą rozprostowując zdrętwiałe grzbiety. Wypaliły się światła budapesztańskiej nocy i słońce, wstrzymywane krótko przez zwykłą przyzwoitość, przeżarło poddające się mury; rozszczepione od Dunaju przesiąknęło kamienice i blokowiska, chylące się od ludzkiego ciężaru.

Przesypiałyśmy bezsens tych dni, w zgodnym milczeniu rozklejałyśmy się z gorąca. A teraz nie ma już mnie i miasto wraca do umierania. Białe światło wypala dziury w biednym skrawku świata, którego nie bawi już pozorowanie istnienia.

wtorek, 4 sierpnia 2009

i'm alive

Szczęście tuż u swego schyłku jest rozkosznie słodkie. Zawisło na krawędzi i kurczowo zagarnia wszystko, co je definiowało. Więc jeśli otworzyć okna, to na oścież, jeśli przyjemność, to do bólu, jeśli miłość, to do zejścia.

Powietrze jest gęste i ciężkie, w pocie czoła podtrzymuje nas w pionie, kondensuje rzeczy do stanu namacalności, spowalnia ruchy i spłyca oddechy. Wyciąga z kanałów nitki smrodu i rozwiesza je wzdłuż ulic jak karnawałowe dekoracje. Będąc pod napierającą siłą falującej z gorąca przestrzeni, redukujemy się do lepkich i głodnych siebie, między ścianą a łóżkiem, uwięzieni w sufit i podłogę, w brak drzwi i głosy zza umownych ścian. Gdzieś na granicy tchu chęć krzyku przerzedza się i ginie, stłumiona przez gęste warstwy powietrza, jeszcze przed końcem i zanim będzie początek. A koniec, koniec przypiera nas do ziemi i każe ją poczuć.

Potem zostaje jeszcze zmęczenie, my, stygnący, rozcieńczeni w atomy dryfujące od ściany do ściany, jeszcze leniwa bliskość, i milczące przejście w poprzek nocy, i sen.

środa, 22 lipca 2009

gadające głowy

Ranki przeciągają się do godzin popołudniowych, popołudnia do wieczorów, wieczory zahaczają o następne dni. Lato czerwieni się i rdzawi od fal gorąca, uderzających periodycznie o brudne ściany budynków. Świat dąży do względnej harmonii, poskramiając gorąc wieczornymi burzami. Czasem ucieka się tylko do dalekich grzmotów, przelewających się przez zaspane miasto, i tak przypomina o swojej nieobliczalnej bytności.

Śpię, jem i kocham. Budzę się wcześnie i chwytam zaspane ranki, smakuję je i powtarzam, stają się nie do odróżnienia w swojej słodkości. Tylko w południa chciałabym zniknąć, względnie rozpłynąć się, przeczekać te dziurawe godziny w innym stanie skupienia, płynnie ściekając przez palce i uwalniając się z tego zawieszenia w czasie, z nieznośnego odrętwienia między rankiem a popołudniem. Gdzieś wieczorem w głośniki włazi muzyka, wolna, oleista, oderwana. Taka prawdopodobnie ma teraz być.

Leniwie słucham i czytam, z postępującym kultem dla innych ja tymczasem staję się coraz bardziej przezroczysta. Neguję wyrazistość własnego jestestwa, skłaniam się do uznania go tylko połowicznie, i to raczej tej drgającej połowy, definiującej mnie od strony czysto fizycznej. Pozbawiona konturów, wybielona z własnych myśli, chęci, doznań i opinii, słucham innych i rosnę w ich kształty i wypukłości, przywdziewam ich sfabrykowane odbicia, stając się niekonkretnym i dość przypadkowym zlepkiem osobowości. W swojej transparentności kolekcjonuję gadające głowy.

wtorek, 21 lipca 2009

pisanie, takie słowo

Lubię, a inaczej nawet nie potrafię, rozciągać pisanie w czasie, pozwolić temu zajęciu, skoncentrowanemu do ściśle określonych czynności rozpiętych między mną, klawiaturą a pokornie migającym kursorem, urastać do leniwego, tłustego rytuału, odprawianego z czcią wcale mu nienależną. To stadium, święte zawieszenie w wyciętym fragmencie czasu i przestrzeni, stan rozpisany na okoliczności. Okoliczności aranżują pisanie, opiewają je i skłonne są wykraczać poza, nierzadko będąc więc celem samym w sobie.

Muzyka wibruje lekko i nieśmiało, ścisza się ją niedbale, po omacku, w strachu o myśli, ich cienką, lichą konstrukcję gotową rozprysnąć się w czasie gdy mrugnę okiem, spojrzę w lewo, zanucę, westchnę. Ostatecznie muzyka przeszywa myśli, porusza nimi i potrząsa niezręcznie; trzeba ją wyłączyć. Herbata, lepiej kawa, gorąca, potem przestygła po długim czuwaniu, bezpieczna przystań między wyrzuconymi słowami. Gra W Klasy otworzona na przypadkowej stronie i nieprzypadkowym fragmencie, znów parę słów, ciepłych, drgających jeszcze chwilę na ekranie, zanim pozamieniam im miejsca i pedantycznie popoprawiam. Poczuwam nieznoszące zwłoki nieistotności, kłębiące się między myślami i zakłócające ich lichy ciąg, którym oddać muszę moment lub dwa. I tak kłaniam się do lustrzanego odbicia, muzykę włączam i wyłączam, uprawiam samotność w sieci, sprawdzam porządek między ścianami, patrzę i obejmuję bezładne hasła, enigmatyczne i niedostępne ogółowi skróty myślowe, nabazgrane na odwrocie kinowego biletu, wykreślane w miarę spinania ich w estetykę zdań i porządek akapitów.

Uskuteczniam serię odejść i leniwych powrotów, minuty rozciągają się do mijających cichaczem godzin. Nieraz czas ewoluuje w zdania. Ale bywa, że odkłada się na bok, zwijając się w nienapoczęte warstwy, i że rażąca biel skłania raczej do kapitulacji niż kolejnego powrotu. Bywa, że kończę pisanie, z niepokojącym wrażeniem wypaczenia tego słowa.

środa, 24 czerwca 2009

myśli

Nocą, będąc w łóżku, odwiedzają mnie dobre myśli. Mają nareszcie swoją formę i wypukłości potrzebne, by móc wyodrębnić je z chaosu poplątanych pragnień, nazwać i przeciągnąć na swoją stronę. Objąć i spisać. (Niespisane odbijają się jeszcze od mebli, ale w końcu pryskają nad ranem zapomniane.)

A w przeciągu tych paru godzin, między chłodną ścianą a rozgrzaną poduszką, rosną właściwe odpowiedzi na przemilczane pytania, elokwentne teksty z przekazem; chwilami sama zamieram bez tchu, rażona ich bolesną sugestywnością. Są okrągłe, lśniące i spójne. O wstępie, rozwinięciu, z puentą refleksyjną. Wszystko trochę gorzko-filozoficznie. Jeszcze właściwie wycelowany palec wskazujący i pretensjonalność wydaje się wręcz rozkoszna. Tak właśnie. Odbiorcy jawią mi się zgaszeni jak jednorazowe świeczki.

Zasypiam silniejsza o myśl, że wyprasowane i poukładane schludnie odpowiedzi czuwają przewieszone przez oparcie krzesła, gotowe na jutro. Ale jutro zastaje mnie tak samo bezradną w obliczu buchającego milczeniem żalu. Zbieram po pokoju strzępki obmyślonych przemów, sklejam bez przekonania. Składam do szafy wyblakłe i wybrakowane; tam czekają na lepsze czasy, których przecież nie będzie.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

morning poem

Wiosna przetoczyła się gdzieś obok, zatoczyła wstydliwie koło i zrobiła pośpiesznie miejsce niepewnemu latu. A lato nieśmiało zatacza coraz większe kręgi, periodycznie sobie folguje i pozwala na krótkie szaleństwa, by potem oczyszczać sumienie deszczem jak ze Stu Lat Samotności. Wszystko póki co jest umowne i lekko zakreślone, to jakby poruszać się po szkicu w niecierpliwości na coś prawdziwszego, intensywnego według wyrosłej na wielokrotności doznań definicji, akcentowanego dosadniej to tu, to tam; może boleśniejszego, albo upalniejszego, jakkolwiek wciąż zawierającego coś na kształt „bardziej”, ewentualnie mocniej, do przodu bądź w górę. Szukam podziału, chcę kontur i granic, zdaje się - naiwnie, w obliczu płynności rzeczy. Zresztą chęć to irracjonalna i raczej przewrotna; dzieląc czas na epizodyczne wyspy nogi bym zgubiła w szalonych próbach przeskoczenia. Może tylko patrząc wstecz, świat dalej stałby na pierwotnym miejscu, składny i niezatarty.

Jest więc deszcz, czereśnie wśród wyplutych na oślep pestek, jest pierwszy dzień mojego lata. Ranek przeciąga się leniwie i dzieje nieśpiesznie, południe po cichu wpycha się i panoszy na jego miejscu. Z głośników leje się letni Volllenweider, tak rozkoszny w Stelli, taki piękny w Morning Poem (płakać się chce). Zacieram chronologię rzeczy, nieustannie burzę ich kolejność. Wrażenie nie wynika wprost z wydarzeń, rodzi się skulone i suche dopiero po ich kilkukrotnej projekcji w pamięci. I powstaje jako hiperbola rzeczywistych doświadczeń. Sztuczne, z konserwantami, tylko do oglądania. Chwile tymczasem toczą się ze smutną konsekwencją w dół, jak kolorowe kulki po powierzchni pochyłej. Oglądam je biernie spadające z krawędzi. Ich efemeryczność nadaje im jakiegoś złudnego połysku; odrywam zaraz oczy, by nie podzielić ich losu. Przewijam się przez czynności, przetaczam po wyboistościach z zamkniętymi oczami, mijam z nieczystym sumieniem. Bawię się w jakiś zły taniec z Niedokończonym, nadając czasownikom pozory formy dokonanej. Tylko ja znam jej bylejakość.

Ale zdarza mi się wpadać w załamania w czasie (nadżarte upałem ciała parują i stygną w cieniu żaluzji, zewsząd napiera gęste od rozwścieczonego słońca powietrze, po podłodze walają się rozciągnięte i zużyte sekundy wolności, kiedy opada się w dół i dryfuje w słonej próżni). Wciąż nie jest to latem, a raczej obiecującym przedsmakiem czegoś, czego możliwie nie będzie, a za czym wyciągamy ręce w niezasłużonych żądaniach. Chęć i niejasne wyobrażenia nabierają sił gdzieś na granicy snu. I kiedy pobłaża im się najbardziej, wtedy rozrastają się w oszałamiających zapachach do ruchomych obrazów z pociągami podnoszącymi czerwone spódnice.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

chwilowa próżnia

Sobotnia noc. Ból przewierca się jak gwóźdź do samego wnętrza ucha, pulsuje chorobliwie i obezwładnia do stopnia, kiedy w środku głuchej nocy siada się na łóżku, studiuje zarysy uśpionej materii i bezwładnie poddaje się trawiącej gorączce, biernie rysując w wyobraźni głośny proces rozłamu ociężałej, opuchłej głowy, i dając się porwać absurdom rozhulanej fantazji, co we frenetycznym tańcu na krawędzi delirium łączy za ręce myśli z różnych kontynentów. Wstaję z łóżka i chodzę błędnie po domu z zamiarem rozniesienia bólu po wszystkich pokojach, rozprzestrzenienia małych, kłujących cząsteczek, gdziekolwiek, byle strzepnąć je pośpiesznie ze sztywnego od gorąca ciała.

Świadomość odkleja się lekko w momencie, kiedy próbuję zredukować powierzchnię ciała do pozycji i objętości embrionu, przezroczystego minimum pozwalającego na trwanie, albo słabe miganie. Możliwie niezauważenie. Zasypiam słodko odrętwiała, a rankiem, otępiała nocnymi walkami, ze zdziwieniem patrzę na moje nogi. Idą przez kolejne szpitalne korytarze, odseparowane od odrętwiałej reszty, porywają mnie bierną i całkiem obojętną.

I wszystko na tak, dobrze, masz rację, tylko ciszej. Czekam na krześle a śmierdzący dziadyga zagląda mi przez ramię na książkę. Drzwi do białych sterylnych pomieszczeń stoją otworem i wyłażą z nich dźwięki rozmów, telefonów i chrząkań. Pełzną po podłodze a ja słyszę je wszystkie podwójne, tak, jakby lewe ucho z poczuciem winy próbowało nieudolnie nadrobić zeszłonocne zaległości. Podwojone przez uszy, potrojone echem zimnych ścian, odgłosy pełzają po podłodze i nawarstwione przejeżdżają mi przez głowę z gracją przyrdzewiałego pociągu.

Uraczona szpitalną psychodelią dobiłam do swojego pokoju, gdzie popadając na przemian w bierność i stany egzaltacji nad własnym tragizmem obrastam w nudę i ogólną niechęć od dni paru. Piszę z oporem i wyciskam niechętne słowa, ociężałe i niepewne swojej wartości, bez przekonania posłuszne uderzeniom w klawiaturę. Poprawiam je i dopieszczam z maniacką pedanterią. Czas zwyczajnie sobie ze mnie kpi. Rozdmuchuje się do absurdalnych rozmiarów a kolejne porcje wlewają swe cielska przez okno. Redukuję go śpiąc, ale gdy zasypiam, wskazówki stają w miejscu i ruszają złośliwie tuż przed obudzeniem. Wtedy udaję, że go nie ma i czytam. Czytam Olgę Tokarczuk i mam mieszane uczucia. Obok mądrych, prostych obserwacji zjawisk, które wcześniej wydawać się mogły tak oczywiste i na stałe wbite w życie, że wzdycham sobie z zachwytem nad ich błyskotliwym wytknięciem, trąci też miejscami nieco naiwnym sentymentalizmem, który, opowiadaniom zwłaszcza („Prawiek” był bowiem nieskazitelny w swej formie i treści) nadaje niepotrzebnej banalności. Ale i tak jest bardzo dobra.

W zniechęceniu codziennością napatoczy mi się co rusz jakaś płyta. Odtwarzam ją bez przekonania, za to rzucam w kąt z całą tego pewnością. Permanentne rozczarowanie. Awansowałam może na jakiś nowy, niechciany poziom wrażliwości i wyłączam po chwili każdą muzykę, jaka potknie się nieszczęśliwie o mój odtwarzacz. Przybijam podniszczonym od ciągłego użytkowania stemplem napis „to już było” i porzucam w ciemni folderów. Ze wszystkich pewnych rzeczy wiem tylko, czego nie szukam.

Sprawdzam prognozy pogody, porównuję i ustalam. Jedyne jawne, społecznie akceptowane proroctwa. Patrzę na dni tygodnia i sama uzupełniam delikatne podpowiedzi. Subtelna sugestia tła na jutro. I pojutrze. A pojutrze znów będę oddychać.

sobota, 30 maja 2009

jak u chagalla

Ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,

We śnie o wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

(...)

Dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul;

myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.


Maj minął jak chmura przez czyste niebo nad naszymi głowami; lekko i sennie, pachnąco, ze zmysłową uroczystością. Maj jak ciepłe westchnienie, chce objął ogrom świata i kończy, niespiesznie ulatując ku górze.

Dni jak senne obłoczki poganiane przez sumienny wiatr. Teraz życie jest ciągiem onirycznych omamów; zakochać się to deformować rzeczywistość w najrozkoszniejszy ze znanych sposobów. Zapaść się w tym szczęściu i umrzeć z nadmiaru.

Świat jest teraz jak z obrazów Chagalla. Zmysłowość i zapachy, świeże oddechy nocy, miłosna mitologia, ulotni kochankowie dryfują spleceni na niebie.

sobota, 23 maja 2009

nocne ulice

Odwiedził nas wędrowny teatr majowych deszczy. Niewinne kurtyny rozpościerają się okazjonalnie nad tymi, którzy stanowią widownię o liczebności wartej przedstawienia.Deszcz to nie sztuka dla sztuki. Dostojny mistrz ceremonii; nie pada tam, gdzie nikt go nie ogląda.Chowa przed światem nabrzmiałe, śmierdzące, zachwiane na granicy fermentacji masy powietrza, po czym wypuszcza je z przestrachem, rozdrażnione i podjudzone wilgocią.

Noc przygląda się w ciepłych kałużach, rozwarstwia się i drga niespokojnie. Wpuszczam noc do pokoju, a ta sączy się i po omacku wodzi po moim ciele. Jej subtelne całusy łaskoczą mnie między nogami. Och, nocy. Jesteś trochę jak, przypominasz mi o.

Namiętna ingerencja w zniszczone i podeptane czasem życie, w butach do snu, w ubraniu do łóżka. Noc wchodzi do pokoju i przytrzymuje okno ulicy, ulica ciągnie hałasy za rękę. Głosy, dźwięki, dysonanse. Para w mieszkaniu obok kocha się namiętnie a potem cichnie, ale cisza, pokorne zjawisko, ustępuje zaraz sunącym samochodom. Leżę odrętwiała i mitologizuję nocne ulice.

A namiętność, takie słowo... Namiętność bywa niebezpiecznym katalizatorem działań; wszechświat zaczyna wirować wokół nas, przybiera prędkość, z którą okoliczności stają się niewyraźne i spajają się w gęstą, wibrującą masę; otula nas szczelnie i przepuszcza tylko skrawki dźwięków, odległe cienie rzeczywistości. Rzeczywistość, najwulgarniejszy skrót myślowy.



czwartek, 14 maja 2009

do utraty tchu


À Bout De Souffle

Jean Luc-Godard

À Bout De Souffle”, czyli “Do Utraty Tchu” to pierwsze dziecko francuskiego reżysera nowofalowego, Jeana Luca Godarda, już w swej pierwotności mistrzowskie, przewrotne i zasłużenie kultowe. Obalanie zasad i nowe definiowanie kina, gra z widzem i zwody, jakie reżyser ów zwykł stosować, łapanie chwil i przytrzymywanie ich w garści z entuzjazmem dziecka chwytającego motyle, motyle migotliwe, płochliwe i nieważne, rozbrajająca nuda, jaka pcha go w co bardziej wariackie techniki; to wszystko czyni Godarda lekkoduchem- nonkonformistą, geniuszem z obsesją zatrzymania pędzącej teraźniejszości, lżej sprawę ujmując - z nadpobudliwą tendencją do chwytania jej przewrotnie za nogi.

Naprędce sklecona fabuła wydaje się dalece nieskomplikowana, choć od samego początku niepozbawiona uroku. Michel, drobny cwaniaczek, podróżuje do Paryża i postawiony w obliczu szeregu okoliczności kradnie samochód, po czym złapany za nadmierną prędkość, z sobie właściwym wdziękiem zastrzela policjanta i włóczy się po Paryżu, gdzie szuka faceta wiszącego mu pieniądze, odwiedza koleżanki opróżniając ich zasobne szafy i portfele, i namawia piękną Amerykankę, Patricię, do wspólnej ucieczki do Włoch. Kiedy ta wydaje się być wreszcie zdeterminowana do wyjazdu, dzwoni na policję i wydaje Michela prosto w jej ręce. Zamiast ucieczki, Michel decyduje się czekać na schwytanie i pozbawienie się wolności. Mimo to, kiedy policja przyjeżdża, przyjaciel Francuza w ostatnim geście niepotrzebnej pomocy podrzuca mu broń, po czym policja panikuje i zastrzela Michela.

Namiętny kult teraźniejszości, jaki z dziecięcą euforią odprawia Godard, znajduje swoje ujście w technice, jaką zastosował reżyserując film. W swojej czci obala wcześniejszą pedanterię francuskiego kina, skupionego na stabilnych ujęciach, logicznym postępie w ich kolejnych sekwencjach, ciągłości przyczynowo-skutkowej. Łamie sztywny konformizm, bynajmniej nie ograniczając się przy tym do łatwego nonkonformizmu. W swoich metodach sięgał dalej poza maksymę, według której wszystko jest dozwolone. Przełamując rutynę był zarazem świadom wartości starszych technik, szanował je i uciekał się do nich, karmiąc nimi swoje poczucie estetyki. Godard nie mościł się wygodnie w bezprawiu i anarchii. Stosując innowacje, buntując się przeciw tradycji, jednocześnie uznawał jej wartość i nie negował jej przeszłej roli.

Podkreślając lotność chwil, Godard ucieka się do ukazania myśli i scen jedynie jako drżących ech ruchów kamery, nietrwałych śladów jej wścibskiej, nadpobudliwej penetracji. Sceny cięte są w przypadkowych miejscach, wyczuwalny zdaje się być rytmiczny, skaczący puls filmu. Chwilowe odskoki (Michel leżący na łóżku patrzy się na Patricię, po czym widzimy ich całujących się) zdejmują ciężar z głównych wątków, prowadzą z widzem grę, drażnią się z nim i zmuszają do dopowiedzeń snutych na własną rękę, wtargnięcia do chaotycznej, nieco bezsensownej fabuły i interpretacji poszczególnych akcji. Urywane sceny, drgający obraz i niedbały montaż to manifestacja obojętności Godarda wobec widowni, Godarda skupionego raczej na intensyfikacji fabuły i wszystkich jej składników, niż próbie umożliwienia interpretacji, do czego służą zresztą środki zgoła odmienne.

Reżyser był bowiem całkiem świadom swojej roli jako narratora. O swojej obecności daje subtelnie znać poprzez slogany, cytaty czy inne formy sztuki, do których odwołuje się jako świadome medium. Pełnią one rolę komentarza odautorskiego, częściowych dopowiedzeń. Przykładem jest chociażby cytowany przez Patricię Faulkner („Between grief and nothingness, I will take a grief”), czy plakaty Picassa i Renoira. Godard posługuje się sztuką i wychodzi poza ciasne granice X muzy, podkreślając tym samym wielorakość środków przekazu, stawiając pomnik jej bogatej różnorodności, a ponad to – wymierzając obwiniający palec w kierunku niefunkcjonalności języka, jaki przyszło nam używać. Bohaterowie mówią, ale ich słowa nierzadko wypowiedziane są bez sensu i celu. Dialogi są niedbałe i pełne sprzeczności („- Chciałbym się z tobą przespać, bo jesteś piękna./ - Nie jestem. / - Więc dlatego, że jesteś paskudna. / - To to samo?/ - Tak, mała, to to samo.”), wypaczają swój sens, demonstrują własną słabość i nieważkość.

Język jest niekomunikatywny, nie ujawnia rzeczywistych przekazów. Jest tak samo dwuznaczny, jak bohaterowie filmu, stąd tak częste wykadrowanie spojrzeń i przybliżenie ich oczu. Godard daje nam krótką szansę na prowizoryczny kontakt z postaciami, powierzchowną próbę zajrzenia wgłąb nich i zrozumienia, pomimo całej niepewności i zwodniczości tych krótkich spojrzeń.

Skąd więc obłęd obcinania kadrów, intensyfikacji akcji i zwątpienia w język? Skąd słabość do sławionej teraźniejszości? „Do Utraty Tchu” demonstruje jasno egzystencjalny stan człowieka po śmierci Boga i w przedsionku nihilizmu, jak swego czasu mawiał także Nietzsche. Godard przedstawia świat oczyma Nietzschego, czyli jako miejsce niemoralne, bezsensowne, gdzie wszystkiemu brakuje powodu, jasnej przyczyny. Dzieli ludzi na szare i apatyczne masy; śmieszne, absurdalne osobistości (policja) i Michel'a, reprezentującego te pojedyncze jednostki, zdające się jako jedyne obracać w korzyść nicości świata. Intrygujący fakt – Michel, nieambitny, niemoralny cwaniaczek zyskuje sympatię widza, który przyklaskuje mu pomimo jego widocznych na każdym kroku wad. Cokolwiek bowiem robi, robi to w niecodziennym stylu, z wdziękiem i radością różniącą go od tła osowiałych, bezbarwnych mas. Jest otwarty, ekstrawagancki. Na jednym z ulicznych plakatów widoczny jest napis, by żyć niebezpiecznie aż do końca. To stanowić ma sekret czerpania z egzystencji jak największej zabawy.

Michel z właściwym sobie urokiem podąża za Nietzschem, co nie byłoby aż tak zauważalne, gdyby nie fakt kontrastowania z bezosobowym tłumem. Jest on jedyną postacią zdolną do czerpania korzyści ze świata ziejącego pustką, wobec odmętów nihilizmu pozostaje niewzruszony. Dochodzi do wniosku, że jeśli nic nie ma sensu, to nic nie jest także na tyle prawdziwe, by miało mieć później jakiekolwiek konsekwencje. Michel jest wieloznaczny i niedopowiedziany, jego luźna konstrukcja psychiczna stwarza raczej możliwość ujrzenia go jako schematu przeciwstawionego innym tego typu symbolom. Akceptuje on rzeczywistość taką, jaką jest, nie bardzo dając jej wiarę, co stwarza mu rozkoszną możliwość panowania bez strachu. Wobec zbliżającego się końca, jego akcje stają się tylko bardziej intensywne, zaś jedyna przemawiająca przezeń ambicja to skondensowanie życia do prostych przyjemności czy, wpleciona w usta pisarza z którym Patricia przeprowadza wywiad, aspiracja, by stać się nieśmiertelnym, zawisnąć w tym szaleństwie, po czym umrzeć.

Życie niebezpieczne do końca pociąga nas i przeraża, czyniąc z tego raczej słodką, nieosiągalną mrzonkę. Patricia uosabia te fascynacje. Jest, przeciwnie do szarych mas, świadoma bezsensu życia, ale zbyt płochliwa, by pójść w ślady Michela. Stoi okrakiem między nim a resztą świata. Ciekawość pcha ją w sfery, których eksploracji boi się nadto, brak jej bowiem charakterystycznego dla Francuza dystansu do wszelkich okoliczności. Mimo strachu, paradoksalnie zakochuje się w Michelu właśnie z chwilą, kiedy dowiaduje się, że jest on ściganym mordercą, a więc w momencie, gdy traci ona wszelkie nadzieje na trwałość związku z nim. Te ciągoty, niebezpieczny ukłon w stronę lekkości bytu, przeraża ją na tyle, by w pospiesznej panice uczyniła swoje wizje jak najdalszymi od realizacji (dzwoni więc na policję i pomimo zakochania się, wydaje Michela w jej ręce).

Stać się nieśmiertelnym i umrzeć, akceptować bezsens i wznieść się ponad bierność dla świata, w którym ograniczanie samego siebie idzie w parze z przykurzoną perspektywą realnej wolności. Całować każdy atom rzeczywistości, jednocześnie nie dając wiary w jej powagę. Życie dla życia! Pragmatyczne formułki służą tylko do tego, żeby się zgubić. Musimy zarzucić szukanie sensu, rzucić się w wir życia i bezwładnie poddać jego rwącemu nurtowi, zamykając oczy w czułych objęciach fatalizmu. Godard wiedział to, i więcej, z całą nicością i naiwnością świata, był w nim absolutnie zakochany. W pośpiesznym kulcie dla Tu i Teraz zawarł słabo ukryte zmieszanie swą wstydliwą miłością. Fałszywa przejrzystość rzeczy; po ulicach poezja przechadza się w przebraniu. Efemeryczny świat pachnie zmysłowo, wręcz namacalnie.

wtorek, 5 maja 2009

a wszystko jak sen wariata śniony nieprzytomnie

Podejrzenie raju, który można by odzyskać. Przecież to niemożliwe, abyśmy znajdowali się tu po to, ab nie móc być”. *

Z całą złożonością rzeczywistości, której podstawy wyrastają na ruchomych fundamentach absurdów wszelakiej maści, niemożliwością jest (niemożliwością być musi!), by poruszając się po omacku między strzępkami wieczności, zaczepiając o nie brzegiem swetrów i szlufkami spodni, będąc wodzonym zapachami niezmaterializowanej idylli, raz jeszcze skłonić się w stronę nieznośnej lekkości bytu, skłonić i przechylić niebezpiecznie nisko. Choć przekraczanie szaleństw, ascetyczne szaleństwo przekraczające samo siebie, czy to nie najbardziej obiecujący przedsmak raju, nęcąca obietnica powrotu do pierwotnych porządków? Przewrotność pojęć, wykraczanie poza obcisłe ramy ściskające je w stałym stanie skupienia, przekorność tęsknot w odniesieniu do świata; szukać koła, cykliczności zdarzeń, początku po końcu, końca po początku.

Albo nie, lepiej! Zawisnąć na samym koniuszku, będąc boleśnie uczepionym samego skraju szaleństwa, tkwić w samym epicentrum chaosu przemieszanych wartości, nadstawiając każdą cząstkę ciała by z właściwym hedonizmem (masochizmem?) chłonąć i pożądać więcej, niezaspokojone tęsknoty smakują boleśnie i słodko. Tym samym badać wypukłość każdego spojrzenia, macać czułości, kolekcjonować zapachy, pleść wianki z wiatru, złapać czas za nogi, polerować pocałunki, łapać je i oddech przetrzymać. Wszystko! I nic.

*Cortazar, Gra W Klasy, rozdz. 18

niedziela, 26 kwietnia 2009

god, if i have to die, you will have to die

Dając upust swoim budzącym się periodycznie intelektualnym ciągotom, wypięłam się na świat wielbiąc raz jeszcze Woody'ego Allena, bo jakąkolwiek postać przybrałby tym razem, ja uwielbiam go już przed napisami. Nastawiam się entuzjastycznie jeszcze w czasie reklam. Subiektywizm, moje drugie imię; cynizm i autoironia, nazwiska Allena. I chociaż nic nie smakuje tak jak Annie Hall, nawet po raz setny, słuchając dialogów czy wyprzedzając je śmiechem (łamać chronologię, łamać zdzirę!), to „Celebrity” było takie, jakie być powinno; czyli dobre, spostrzegawcze, (auto) ironiczne, szczędzące taniego moralizatorstwa, w wysublimowany sposób demaskujące ludzkie ciągoty do fikcji w świecie, gdzie realizm przestał zadowalać. Chciałam jeszcze na deser zjeść „Zbrodnie i wykroczenia”, ale widać to było za dużo, zachłysnęłam się Allenem i chyba przeraziłam grożącego mi sobotniego przeintelektualizowania, bo nawet moje spragnione filmów Ja czknęło niepokojąco.

Eksplorując nieznane mi wcześniej tereny awansowałam na wyższy poziom zblazowania i postawy mamwaswdupie, siedzę wysoko nad światem i wygrażam mu palcem. Albo wracam do starej dekadencji i krzyczę z Modest Mouse: God, if I have to die, you will have to dieee! żeby zagłuszyć jakoś ten gęsty sentymentalizm, wlewający się nieuchronnie drzwiami i oknami. Co się stało z wieczną dekadentką, z beznamiętną prawdą że God is dead, gdzie upchałam książki o kulcie chaosu i nicości, czy jest gdzieś jeszcze ta muzyka, którą zapijałam bezsens. Szczęście jest tak banalne, choć będąc w samym epicentrum wydaje się to raczej poezją niźli prozą, rozciągać czas i wykiwać okoliczności, rozebrać szczęście na atomy i przyglądać się pod światło każdemu z osobna. Jak się mienią , jakie ładne! Życie wydaje się być czymś innym, czymś, czym jeszcze nigdy nie było; dawne priorytety straciły datę ważności, przeterminowane walają się żałośnie po podłodze. I wiesz, jedyna ambicja, to żeby złapać którąś z nocy i uczynić ją wieczną. Mitologia niedorzeczna. Noc jest wieczna.


(I mogę uskuteczniać ten zawiły bełkot, jako że o rzeczach prostych pisze się trudno, mogę mówić z sensem i bez sensu, mogę posilać się wierszami, mogę z uwielbieniem milczeć na pytania, mogę zamierać na dźwięk czyichś kroków lub zapomnieć, że istnieją, mogę słuchać w nieskończoność, mogę wreszcie czuć, że jestem, że znalazłam uzupełnienie, mogę być; ale spuszczam wzrok, bo od niebieskiego wiruje mi w głowie.)

niedziela, 19 kwietnia 2009

jest jak najlepiej na tym najlepszym ze światów

Na szczęście wszystko jest jak najlepiej na tym najlepszym ze światów.”*

Musiałam osłabnąć nieco w literackich zapędach, jeśli wszystko podpieram najpierw starannie dobranym cytatem z jedynej ze Słusznych Książek Mojego Życia (przez ułamek sekundy rozważyłam w przypisie podanie nawet wersetu, stwórzmy sobie sacrum na miarę Biblii) a zabieg pisania (zabieg jest tu najwłaściwszym słowem, tak staranny, tak czysto lekarski i utrzymany w estetyce doprowadzonego do stanu aseptyczności stołu operacyjnego) rozciąga się na potrójność czasu spędzonego na rzeczywistym stukaniu w klawisze (nie ukrywajmy, na tym właśnie polega cała ta zabawa). Ile tu nawiasów, a ile niepotrzebności poza nimi.

I jeszcze ten niepokój, że zyskując jedno nie obejdzie się bez utraty drugiego, i czy to możliwe, żeby gasła we mnie cała ta słynna potrzeba pisania, która podtrzymywała mnie przy życiu i czymś na kształt poczucia własnej wartości? Zapewne, brała się z braku bliżej nieokreślonego Czegoś, co ostatnio skondensowało się do całkiem konkretnej Rzeczy. Więc był (był? jest?!) to może wyraz jakiegoś braku, łaskoczącego przeciągu w niezatkanej dziurze, drażniącej pustki wymagającej przynajmniej substytutu nadzienia lub fałszywego poczucia spełnienia i sensu. Naciąganie rzeczywistości do czwartego wymiaru dało efekt całkiem słusznego placebo, w które wierzyć zdarzało mi się od czasu do czasu, powoływać – zazwyczaj, zabawiać – zawsze.

Zostaje jeszcze stary strach tej natury, że zabawa ta, bez względu na to, jak bardzo wierzyłam w jej przyszłą rolę w zbawianiu świata, miała od zawsze charakter czystej sztuki (?) dla sztuki, pospolite choć dumne ars gratia artis, nic więcej, nic ponad, czyta forma bez treści. A ja nie mam światu nic do powiedzenia. Im więcej czytam, tym większego przekonania nabieram, że wszystko co chciałam przekazać zostało już napisane. I czy jest to Cortazar, czy Stasiuk, Schulz, Kafka, Faulkner czy Hesse, wszyscy oni wpadli na to wcześniej, ich pieprzony geniusz, ich zezowate szczęście.

Mam za to ostatnio skłonność do relacji. Odczuwam najwyraźniej nieznoszącą zwłoki potrzebę szczegółowych sprawozdań, a wciąż opisy te wydają mi się mało szczegółowe, wybrakowane w tysiące ważnych spojrzeń, ubogie we wszystkie ważne subtelności, wciąż niepełne i pokraczne, tworzące raczej pewien mglisty zarys konkretnych czynności, żadną jednak atmosferę. I piszę tak, jakby to co przeżywam było nadal nieznośnie efemeryczne i zbyt ulotne, albo inaczej; to raczej sprawa być albo nie być, kwestia nadania zdarzeniom ciężaru i pozbawienia dręczącej przypadkowości, bo jeśli ona, to też tysiące straszliwych możliwości, a wtedy już odwieczne pytanie „co by było gdyby” nawiedza mnie z osobliwą zgrozą. Nic nie może znowuż być odgórnie ustalone, bo byłby to żart ze wszystkich gestów i starań, byłoby to odciążenie ich z naszej odpowiedzialności i przykucie zdarzeń do nieustępliwej drogi przeznaczenia (co za słowo), a my, a z nas powstałyby tylko marionetki, śmieszne lalki wypchane sianem. A może wszystkie te relacje sprowadzają się do prozaicznej potrzeby, by mieć jakiś namacalny dowód (a jednak znowu to nadawanie ciężaru) na to, że to działo się, d z i e j e się, tu i teraz, ma miejsce naprawdę (a więc spełnia wszystkie wymagania tak zwanej rzeczywistości) i że nikt nie jest w stanie temu zaprzeczyć.

Mam okres, a w pakiecie również pełne prawo do bycia rozdrażnioną, niezdecydowaną, obolałą i narzekającą (z czego czasem zdarza mi się korzystać). Mówi się o wyborze zawodu, a ja rozważam istnienie gdzieś kierunku w stylu cortazarologia, chyba tylko na tym polu mogłabym się spełnić, poświeciłabym się z najwyższą czcią i pasją. Analizowałabym jego prozę, nauczyłabym się hiszpańskiego (czytanie w oryginale, co za ekstatyczne doznanie) badała i rozkładała na czynniki pierwsze każde słowo do momentu, kiedy nauczę się tych słów na pamięć, będę mówiła jego językiem, ba, Cortazar przemówi przeze mnie, stanę się jego lepszym wcieleniem, bardziej kobiecym i melancholijnym. Chociaż nie, analiza bez rozkładu na czynniki pierwsze, żeby nie zgubić po drodze tego czwartego wymiaru, nie przejeść się i nie zatoczyć.

Została jeszcze kwestia mojej dalszej edukacji, tymczasem ja rozkładam ręce w hedonistycznym uwielbieniu dla robienia Niczego. Ale jak wiadomo, rezygnacja z działania jest oczywistym protestem, a nie jego maską. Protestem (fakt jeszcze oczywistszy) wobec tego, że każda czynność jest stwierdzeniem jakiegoś niedopełnienia, wybrakowania rzeczywistości, ulotności chwili, a mi tu wcale nieźle.

Jestem okrutnie senna i bodźce dochodzą do mnie ze spowolnioną prędkością, kpiąc sobie najwyraźniej z reguł percepcji. Mam problem z wybraniem muzyki i jak zwykle ułatwiam sobie Kurtem Vile na przemian z Simone White (pomyśleć, że zaczęłam jej słuchać tylko ze względu na zajebistą okładkę), bo będąc senną mam skłonność do zagęszczania atmosfery do stanu, kiedy będę mogła położyć na niej głowę a oczy, z ciepłej wilgoci, w końcu zamkną się same. Jaki byłby ze mnie krytyk, keidy wciąż słucham tych samych płyt, odkrywając w nich najpierw drugie dno, potem trzecie, czwarte, piąte, aż dokopuję się wreszcie do jakiegoś epicentrum, jakiegoś absolutu, z którego nie za bardzo uśmiecha mi się wychylać nosa. Kurt Vile lubi pytać is it real? a ja wtóruję mu i szepczę „is it real?", bo póki co i tak jest za dobrze, ja za młoda a szczęście nieprawdopodobnie proste.



*Cortazar, "Gra W Klasy", rozdz. 28 (wiem, wiem, to było ironicznie)

piątek, 10 kwietnia 2009

that's why they call it the blues.

Laughing like children, living like lovers,
Rolling like thunder under the covers.
And I guess that's why they call it the blues.


Kwietniowe lato zawisło w powietrzu, doprowadzając nas w cieple do słodkiej fermentacji. Zapachy stają się widzialne i tym bardziej intensywne, dopełniając kolory i wiatr. To wynaturzone lato przesłoniło nam świat, całując nas słońcem po ramionach, strojąc groźne miny gdy grzmi sobie dziecinnie, a na odchodnym usypiając nas z czułą obietnicą idyllicznego maju, maju jak sen o pomarańczach. Maju nocy połykającej nas jednym haustem, bezwładnych i szczęśliwych w tym stanie całkowitej uległości dla wszechświata, w zaufaniu dla jego chaotycznej głupoty, w uległości na jego wielkie zachcianki.

Słucham czasem Kurta Vile i daję się mu ponieść, zawierzając niepewnej strukturze muzyki, wodząc palcami po gęstej i nierównej powierzchni na wpół zakrzepłej substancji, odkrywając ze sceptycyzmem jej tanią chropowatość. Sklecony naprędce, naiwny i prosty szum okazuje się przewrotny jak sam tytuł płyty. Ryzykując brud pod paznokciami, odkrywa się jego wielowarstwowość. Zapuszczając się w otchłań na własną odpowiedzialność, wymacuje się w końcu cienką granicę, za którą rozciąga się odrealniona, hermetyczna przestrzeń prywatnych marzeń i fobii, pragnień i absurdalnych lęków.

Przelęknione pociągnięcia za struny tworzą subtelny miraż starych nostalgii, cichych ciągot za opuszczonymi peronami, groźną rzeką i nocnym wiatrem. Każde przesłuchanie to pełna poczucia winy inicjacja w intymną, całkiem obcą mitologię strachów i niepokojów przyczajonych na własne cienie. Chwieje się równowaga i środki tracą swoje proporcje, paradoksalnie wydaje się być to całkiem przemyślane. Dziecinne zabawy syntezatorem nieudolnie naśladują echa i szepty z rodzaju tych, które tylko nam się zdają.

A wszystko nieprawda i zachwianie nad krawędzią.


Kurt Vile przypomina mi w jakiś pokrętny sposób o Pawle Huelle. Czytuję teraz „Opowiadania na czas przeprowadzki”. Miesiąc temu przeczytałam Dawidka Weisera; powieść wydała mi się obłędem dopiero po oddaniu do biblioteki. Dopiero wtedy uderzyła mnie nierealna atmosfera tej książki, czar historii snutej z nad wpół przymkniętych powiek, kiedy to postacie stają się zagadką samym sobie, drgającym i zniekształconym wspomnieniem, które ostatnią, rozpaczliwą próbą przyciągane jest do ziemi, przywiązywane do przedmiotów, twarzy i zdarzeń próbujących je strzepnąć jak natrętną muchę. Narrator, jak miał na imię – Piotr? Paweł?, czuje coś na kształt niepisanego obowiązku zatrzymania wirujących obrazów, nadania im starej chronologii i logiki przyczynowo-skutkowej, te tymczasem wyrywają się z rąk, bawią w chowanego i zamieniają miejscami. Porażką kończą się próby przywrócenia im oryginalnej namacalności. Nieuchwytne w pierwotnej formie sceny, zmitologizowane przez żrący czas, tworzą niedokończoną układankę.

Swąd nierozstrzygniętej za dziecka tajemnicy drażni obietnicą rozwiązania nadrealnego, a jednocześnie niemożliwego do otrzymania. Wodzi za nos i niepokoi, każąc wciąż wracać do nieodtajnionych zdarzeń, zapuszczać i krążyć na przedmieściach utraconego na zawsze raju. Kim był Dawidek Weiser? Czy zginął i czego chciał, wtajemniczając chłopców w małą część swoich eksperymentów? I wreszcie, jaki był szerszy kontekst zdarzeń, których zasmakowała garstka dzieci?

Jedno gdańskie lato i jeden mały chłopiec, przedsmak tajemnicy, niedopowiedziana i na pozór zapomniana historia, niepokojąca metafizyka niewinnych zabaw zawiązują się w cienką nić, po której wyrosły już chłopiec odprawia nieustanne retrospekcje do czasu dzieciństwa, tym bardziej mitologizując, im rozpaczliwsze stają się powroty.

Mitologizacja. Wychodzisz i ciepłe wspomnienia szybko krzepną, zaczyna się zabieg odrealniania, tym beznadziejniej, im mocniej próbuję odtworzyć te godziny. Filtracja rzeczywistości przez racjonalizm i nagle wszystko traci prawdopodobieństwo istnienia, wątpliwe nawet w zepchnięciu między minione. Zdarzenia odrywają się od powierzchni ich miejsca, czasu i realności, dryfują luźno w niczym nieograniczonej przestrzeni i kłaniają mi się w zniekształconych pozach, w kapeluszach z ironii.

Może więc było tak, a może całkiem inaczej. Zostaje tylko ból głowy, to odurzenie nie pozwala na dalszą prozaiczność, skłania ku łóżku lub tańca z kapeluszami. Tak właśnie bywa.




piątek, 27 marca 2009

psychoanaliza holdena caulfielda

Jeżeli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii, to pewnie najpierw chcielibyście się dowiedzieć, gdzie się urodziłem, jak spędziłem zasmarkane dzieciństwo, czym się zajmowali moi rodzice, co porabiali, zanim przyszedłem na świat, no i wszystkie tym podobne bzdety w guście Dawida Copperfielda, ale ja wcale nie mam ochoty wdawać się w takie gadki, jak już chcecie znać całą prawdę.”

Tak właśnie Holden Caulfield, główny bohater głośnej powieści „Buszujący w zbożu” zaprasza nas do wysnutej jednym tchem relacji z zeszłorocznych wydarzeń paru dni, kiedy to jako szesnastolatek wylatuje z kolejnej już szkoły, prywatnej placówki w Pencey. Opuszczenie jej murów nie robi mu żadnej różnicy, jego sumienie lekko kłują tylko troskliwi rodzice i jedyny nauczyciel, jakiego zdawał się szanować.

Siedemnastolatek oddaje się retrospekcji w głąb czarnych wspomnień ze szkoły, którą opuszcza. Opisuje kolegów jako zidiociałą, przesiąkniętą moralizatorstwem dorosłych masę, aspirującą powoli i skutecznie do zajęcia ciepłych posad swoich rodziców, zaś dyrektorów kolejnych szkół jako grupę zadowolonych z siebie burżujów, hołdujących pieniądzom jako bezwzględnemu faworytowi w ich hierarchii wartości:

„Umiał czarować, ale nie wysilał się dla tych rodziców, którzy byli starzy lub wyglądali biednie czy niezdarnie. Szkoda, żeście nie widzieli, jak traktował rodziców tego kolegi, z których dzieliłem pokój. Jeżeli matka któregoś chłopaka była gruba, nieszykowną kobieciną, a ojciec nosił tandetne ubranie z przesadnie wypchanymi ramionami i podniszczone stare buty – stary Haas podawał im dwa palce, uśmiechał się fałszywie i prędko przechodził dalej, żeby przez pół godziny skakać koło innych, bardziej interesujących rodziców. Ścierpieć nie mogę takich numerów. Do szału mnie doprowadzają. Tak mnie to przygnębia, że wściekam się po prostu.”

Nie jest to bynajmniej jedyny szczegół, którego Holden nie może ścierpieć. Rozczarowany życiem, cierpi na awersję do większości spotykanych ludzi i miejsc, w których przebywa. Mimo inteligencji i zainteresowania książkami, nie uczy się, protestując tym samym i prezentując pogardę dla wyścigu szczurów wśród jego rówieśników. Przygląda mu się raczej stojąc z boku, ze zdziwieniem i obrzydzeniem.

Holden Caulfield, wielki a odosobniony krytyk rzeczywistości, rozpiętej między zakłamaniem świata dorosłych a jego absurdem, małostkowością a sztywnym konwenansem. By odwlec chwilę powiadomienia rodziców o zostaniu wyrzuconym z kolejnej szkoły, postanawia zatrzymać na chwilę bieg świata i odizolować się od nieuchronnych zdarzeń. Wynajmuje więc pokój w jednym z nowojorskich moteli i planuje spędzić tam parę kolejnych dni, zanim stanie twarzą w twarz z rodziną i codziennością.

Znudzony, zblazowany nonkonformista smakuje pełni wolności, która nie okazuje się być tym, czym pachniała. Holden wydzwania do ludzi, z którymi pozrywał kontakty, szukając kogokolwiek, z kim nawiązać mógłby jakąkolwiek nić porozumienia. Eksploruje i zapuszcza się w nowojorskie podziemia, błądzi i obserwuje, a świat przyprawia go o permanentne rozczarowanie. W niedbałym, potocznym języku toczy monolog zagubionego i niezadowolonego nastolatka. Zwiedza zadymione bary, tańczy z przypadkowymi dziewczynami, zamawia do pokoju prostytutkę, obrywa od jej alfonsa, egzaltuje się fortepianem starego Erniego, śpi na zatłoczonej stacji, odwiedza dawnego nauczyciela i spotyka się z byłą dziewczyną. Rozmawia z ludźmi, z rozbrajającą szczerością i właściwym sobie subiektywizmem komentuje ich zachowanie.

Paradoksalnie, mimo swojej ucieczki w całkiem odmienne od szkolnego środowisko, Holden znów spotyka się ze światem obdartym z ideałów, tak samo smutnym i przygnębiającym jak szkolny. Podchodzi do spotkanych ludzi z właściwym sobie cynizmem, wystawiając ich na próby i zadając niezwyczajne pytania, czym dowodzi tylko własnego przekonania, jak bardzo puści bywają. Doprowadza do szału przypadkowego taksówkarza, pytając go o zdanie w kwestii problemu, który nurtował go od zawsze: co dzieje się z kaczkami, kiedy zamarza laguna w Parku Centralnym? W swojej dociekliwości w sprawie problemu, który dla dorosłych wydaje się nie istnieć, przypomina trochę Małego Księcia, dostrzegającego wagę problemów błahych i dopytującego się o nie z dziecięcą ciekawością świata.

Dowodzi to nie tylko tego, jak bezwarunkowa i pozbawiona zainteresowania jest zgoda dorosłych na otaczającą ich rzeczywistość, ale także faktu, że Holden nie rozstał się do końca z dziecięcym sposobem rozumowania otaczającego go świata. Tym samym konfrontacja z jego bezwzględnością i szarością przyprawia go o zdziwienie, ból, bunt, a nawet tęsknotę za ideałami, na których niegdyś stał jego świat. Jego kilkudniowa wędrówka po Nowym Jorku jest więc także swoistą podróżą inicjacyjną w głąb świata, w jakim przyjdzie mu się obracać, a z którym Holden nie chce i nie zamierza się identyfikować, przez co nie spotyka się z akceptacją, a raczej pobłażaniem i niechęcią. Przechodzi bolesny proces wdrażania w świat dorosłych i balansuje na granicy dzieciństwa a dojrzałości, której nie chce doświadczyć. Stąd też tytuł samej powieści, buszujący w zbożu, a w dosłownym tłumaczeniu – chwytający w zbożu, czyli osoba, która łapie dzieci na moment przed upadkiem z klifu, co ma być swoistą metaforą dorosłości, na której granicy balansuje Holden.

Nieprzycięty do marginesu rzeczywistości nastolatek demonstruje swój malkontentyzm dla amerykańskiego społeczeństwa, hołdującego modelowi rodziny opartego na ściśle określonych dogmatach oraz konsumpcjonizmie. Krytykuje także kulturę masową, mówiąc o swoim bracie, pisarzu, który zaczął pisać scenariusze dla hollywoodzkich reżyserów, że stał się hollywoodzką dziwką. Nienawidzi kultury masowej jako kolejnego kreatora konkretnego stylu bycia, opartego na precyzyjnym systemie wartości. Z bliżej nieokreślonymi ambicjami i rozczarowaniem możliwościami na przyszłość, Holden nie mieści się w szablonie przeciętnego Amerykanina.

Holden prowokuje i odkrywa mroczną stronę świata dorosłych, a w końcu, w chwili najgłębszej frustracji, wpada na szalony pomysł ucieczki na koniec świata z byłą dziewczyną, który w jednej chwili jest w stanie desperacko zrealizować. Sally odmawia przerażona, na co on sam snuje marzenia o pracy na stacji benzynowej, gdzie udawałby głuchoniemego, co byłoby idealną wymówkę by nigdy więcej nie konfrontować się ze społeczeństwem i ograniczyć swoją egzystencję do niezbędnego minimum:

„W końcu namyśliłem się i postanowiłem, że nigdy nie wrócę do domu i ze nie dam się zapakować do żadnej nowej szkoły. Kombinowałem, że najpierw dobrnę do Holland Tunnel, naciągnę jakiegoś kierowcę, żeby mnie podwiózł kawałek drogi, potem znów następnego, trzeciego i czwartego, aż po kilku dniach znajdę się daleko na zachodzie, w okolicy pięknej i słonecznej, gdzie nikt mnie nie zna, i tam znajdę pracę. Wymyśliłem sobie, że będę udawał głuchoniemego. Jako głuchoniemy nie będę musiał z nikim prowadzić głupich rozmów bez sensu. Kto będzie miał do mnie interes, napisze kilka słów na kartce i podsunie mi pod oczy. Prędko się ludziom takie rozmówki sprzykrzą i dadzą mi święty spokój aż do końca życia.”

Jedyną osobą, która trzyma Holdena w Nowym Jorku, jest jego młodsza siostra Pheobe, inteligentna i dobra kilkulatka, która troszczy się o brata i zdaje się jako jedyna rozumieć jego ból. Pheobe reprezentuje świat dziecka, pełen autentyzmu i naturalności, zupełnie przeciwny zakłamanemu, pełnemu pozorów światu dorosłych. Pheobe jest jego sentymentem za minioną beztroską. Powieść jest swoistą apoteozą dzieciństwa, jako czasu idyllicznego, wolnego od kłamstw i zmartwień. Wyrosły z niego Holden próbuje stworzyć rzeczywistość na podstawie otaczającego go świata, desperacko szuka dowodu na rzekomą wartość życia. Odczuwa potrzebę afirmacji rzeczywistości, opartej na solidnych podstawach, których jednak nie może znaleźć. Błądzi i ostatecznie poddaje się.

Jego bunt jest więc bierny. Holden nie protestuje głośno, pogrąża się raczej w rezygnacji i znajduje ulgę tylko w beznadziejnych marzeniach o ucieczce i izolacji.

Pomimo tego, stał się literackim pierwowzorem nie tylko buntowników z lat 60-tych, ale także ukochanym przez kolejne pokolenia nastolatków symbolem młodzieńczego buntu. Przez jego rozbrajająco szczere przemyślenia i obserwacje przenika w końcu tak często doświadczana niemoc przystosowania się, bolesny dysonans między opuszczonym już, idyllicznym światem dzieciństwa a okrutną rzeczywistością, zaś pośród całego bezsensu – chęć szukania własnej drogi, zdefiniowania swojej egzystencji.

Czytając opinie na temat „Buszującego w Zbożu” wśród czytelników różnej płci/wieku/rasy, dojść można do śmiałego wniosku, że statystycznie z fascynacji Holdenem zwyczajnie się wyrasta. Podczas gdy konformistycznie nastawiona do życia część nastolatków, która uznaje go za osobistość wyjątkowo arogancką, rozpuszczoną i sama sobie stwarzającą problemy, na przestrzeni lat nie zmienia swojego zdania, że by żyć łatwo wystarczy się dopasować, druga jej część, znajdująca za młodu w Holdenie swego patrona i towarzysza niedoli, dochodzi do wniosków zgoła identycznych dopiero w dorosłym życiu.

Są jednak i ci, dla których Buszujący W Zbożu jest i będzie ikoną młodzieńczego buntu, ostatnim i desperackim wyciągnięciem ręki do bezpowrotnie traconego raju dzieciństwa, bezsensowną próbą ocalenia się przed dopasowaniem i bierną akceptacją świata takim, jakim jest.

poniedziałek, 23 marca 2009

między łykiem a łykiem

Wiosna zawisła w powietrzu, ściska świat w niepewności i niewzruszona najwyraźniej nie zamierza nas zbawić. Udajemy, że życie toczy się dalej. Na słupie elektrycznym wciąż wiszą trampki, a pod zamkniętym kinem jak zwykle wiatr gwiżdże mniej. Ludzie kochają się i kłócą, zagłuszając desperacko zawieszenie w czasie i w kolejności rzeczy. Dziś gołe ulice zaczęły wydzielać smród nie oszczędzający najciemniejszych zakamarków miasta. Woń gówna dosięgnęła i zrównała ludzi wszystkich stanów i majątków, a zimna noc nieudolnie przerzedza ją i kryje po nieuczęszczanych zakątkach. I wiję się w nudzie, odwlekam nieuniknione, przeciągam niepotrzebne, tęsknię okrutnie.

Kiedy zostaje sam zapach, rzeczy dzieją się przy okazji. Okazjonalne wschody i zachody słońca, okazjonalna reklama w telewizji, okazjonalne dzieńdobry i książki, których kartki przewracam nieobecnie. Jestem bardziej tam niż tu. Gdziekolwiek by to było.

Czuję się trochę jak marquezowska postać. Jeszcze tylko jakiś upał, żeby atmosfera zgęstniała i zintensywniała. Albo chociaż ta wiosna, o której mimo zwątpienia marzę jak o jakimś katharsis mającym oczyści z wątpliwości. Żebym tak zaśpiewała z Grechutą, "wiosna, wiosna, wiosna ach to ty".

Póki co, kalejdoskop barw i uczuć, jakby na przekór szarości dni. Nie ogarniam złożoności rzeczy. Może to tylko ulotna jak zapach potrzeba, jakaś tęsknota za drugim brzegiem, do którego nigdy nie udaje nam się dobić, a skąd regularnie dryfuje się z powrotem ku spokojnych przystani, tam gdzie mgła na powrót zagęszcza zapomnienie. I tak wciąż od nowa, wszystko tli się ledwie i nie wygasa, podsycane z bezpieczną regularnością.

(łyk herbaty)

Spaniem skracam nabrzmiałe od nudy i nie przynoszące nic nowego dni. Przyjmuję pozycję embrionalną w głuchym i wielkim brzuchu nocy i myślę, że nie powinnam raczej pytać ani mówić wprost. Sprowadzanie myśli, absurdów i marzeń sennych do słów i pojęć czyni z nich uprzywilejowane elementy rzeczywistości, obciąża masą i kształtem, kara.