sobota, 28 lutego 2009

piątek, 27 lutego 2009

when the music's over

I poszłam tam, weszłam i byłam na koncercie. I sala drżała od bezładnej masy ludzi poruszających się bez wyraźnych powodów we wszystkich kierunkach i ocierając się o innych, robiąc z tłumów korytarze, tunele i ściany do oparcia na chwilowe wytchnienie, bo duszno, bo tłoczno, bo głośno, mimo, że nie grają i długo nie zagrają, bo.

I tak dalej, nieważne rozmowy pod firmamentem papierosowego dymu pochylonego nad tym skrawkiem miasta uroczyście i z patosem jakiego nikt nie oczekiwał, a na pewno nie ja, uprawiająca znudzenie i zblazowanie do czasu kiedy muzyka porwała mnie gdzieś na manowce trzeźwości. To było gdzieś o, nie patrzyłam zresztą na zegarki, przez białe dziury w pamięci prześwituje błogie światło niewiedzy a ignorancja to błogosławieństwo. I wpadłam w głupi trans, ktoś śpiewał znikąd, że strzeż się tych miejsc, że to i że tamto, że krzyk, że skok i banalny riff. Chociaż nie było banalnie, wiało psychodelią a pod sam koniec nawet folkowe szaleństwo nakazujące wirować i kręcić się radośnie i całkiem bez sensu.

Potem weszłam w surową i ciemną noc i ciało dało znać o niewzruszonej fizyczności; wracając do słusznego stanu skupienia krzyczało się, że pam para pam (a w tym momencie to takie istotne) a ktoś uzupełnił zgrabnym ram pam pam więc wszystko było jasne i całe, zimna noc napierała na rozgrzane policzki, kto zresztą czuł zimno kiedy stygły nam ciała.

Dopiero na przestrzeni doprowadzonej do stanu aseptyczności łazienki, kiedy przeszłe godziny wydają się być nie całkiem realne w konfrontacji z chłodną sterylnością wann i umywalek, cisza daje o sobie znać z nieznośną natarczywością. Siedzę w wannie i dryfuję bezładnie po przypadkowych melodiach, a cisza gada, gada jak szalona. Zła i jaskrawa, prowadzi swój ordynarny i maniacki monolog kiedy ja jeszcze bardziej tam niż tu, chociaż fizycznie rzecz biorąc zdecydowanie tutaj, i zamykam oczy a woda wystyga, głupia cisza parodiuje swoją pierwotną formę.

wtorek, 24 lutego 2009

lady sings the blues

Dni wydają się nie mieć wyraźnych granic początku ani końca dających choć prowizoryczną ulgę przejścia na wyższy poziom codzienności (albo następny, każdy wie, że kręcimy się w kółko), rozmyte kontury nieprzespanych nocy wcale nie pomagają w ustaleniu mojego miejsca w całym tym chaosie chronologii i płaszczyzn zwanych czasem.

Zbitą i gęstą masę dni nużąco rozciągliwych nieudolnie dzielę na płyty. Ranek rozpoczął się więc gdzieś z pierwszym kawałkiem jakiegoś rock'n'rolla (podskok, omlet, obrót, zdjęcie z patelni) a skończył gdzieś pomiędzy Dave Holland Quartet a Nickiem Lowe (rytuał malowania rzęs i koniec końców, codzienna szczoteczka w jednym z oczu).

Popołudnie oscyluje wokół free jazzu na dokładkę z The Chameleons, nie poręczę zresztą, tracę rachubę gdzieś w okolicach południa a potem już słucham wszystkiego z tą samą nieobecnością. Pozostaje jeszcze gęsta materia godzin poza domem, kiedy pozbawiona tego sprytnego systemu ujarzmiania zdradliwych pór dnia pozostawiona jestem w obliczu jedynej możliwości,, jaką wydaje się być beznamiętne pochłanianie kolejnych książek będąc rozłożona na twardej ławce (zmieniam pozycję co pięć minut, rzut okiem na klasę – co 3, co minutę przewracam stronę, podkurczam i rozciągam nogi na całą długość średnio co parę sekund i uskuteczniam tą rutynę do końca, którego wydaje się nie być).

Rytuały, rutyny, a w domu znów to samo, tylko do głosu znów dochodzi muzyka i to nędzne pisanie gdy nie zostaje mi nic innego, teraz jeszcze z każdym zdaniem czuję na sobie Czyjeś spojrzenie. Chciałam uskutecznić tu jakiś chaos, a wyszło jak zwykle zakotwiczenie w zbitej masie kleistych dni, tango moich czasów, w moich miłościach i małych estetykach, w moich małych, prywatnych nieważnościach, i to by było na tyle.

sobota, 21 lutego 2009

nie czytać

(To była moja kolej. Trochę jak parafraza rzeczywistości; znów znaleźliśmy siebie stojących przed lustrem. Źle oświetlona łazienka; żółte i ciepłe światło sączyło się z trudnego do zidentyfikowania źródła, a może to my sami oświecaliśmy... Lub nie, stop wszelkim nadinterpretacjom; półokrągła lampka przytwierdzona do ściany nad kranem.

Pochylaliśmy się nad umywalką jak marzyciele nad światem, z pobłażliwością i znikomą korzyścią, uznając tylko jej oczywiste jestestwo.

Rozprowadzał wodę otwartą ręką wzdłuż mojego tułowia; brzucha, pleców i ramion. Nie wiem lub raczej nie pamiętam, dlaczego, wtedy na pewno musiałam znać powód, chociaż to jedyna okazja kiedy nie musiałam go mieć. Ani on. Czas był rozciągnięty i wysublimowany, on mruczał coś o moich sukienkach, moje usta były gdzieś w zapachach jego szyi. Wyszliśmy na zewnątrz a tam padał deszcz.)

Życie jest cyniczne i absurdalne. A ja tu usycham z niemocy i czegoś jeszcze.

Po dziesięciu minutach od dogrzebania się do płyty Joy Division, upuszczenia jej, prowizorycznego naprawienia okładki i ostatecznego odpalenia odkrywam, że to chyba nie to, na co mogę mieć ochotę dwudziestego lutego po godzinnym wpatrywaniu się w sufit, z przerwami na Stasiuka. Oprócz swej oczywistej genialności, Joy Division umie wsysać i wypluć człowieka już nieprzystosowanego społecznie i tkwiącego w tym stanie dobrowolnej alienacji jeszcze przez następne parę godzin; wszystko zależy zresztą, jak dużą dawką melancholii potraktował się nieszczęśnik.

Chociaż zaczynam zastanawiać się, czy nie jest to czasem kompletnie obojętne. Po porannym obrzędzie w stylu „the doors-rozgrzebana pościel-czerwone usta w lustrze” zirytowano mnie okrutnie i bez żadnych szans na szybkie ozdrowienie.

Wciąż bez zmian egzaltuję się Stasiukiem i czczę jego, wydawałoby się niemożliwą, zdolność do subtelnego łączenia metafizyki z życiem boleśnie przyziemnym. Tylko że teraz czytam „Jak zostałem pisarzem. Próba intelektualnej autobiografii” i tu zamiast wcześniejszej metafizyki jest raczej coś na kształt bełkotliwej i bezstronnej spowiedzi, najprostsze uwagi o życiu kolą w oczy rażącą oczywistością, i paradoksalnie to u mnie, nie u niego, pojawia się coś w rodzaju nieobjętego sentymentu za czymś, czego nigdy nie doświadczyłam. Za czymś, co było przede mną, chociaż tak trudno to pojąć, biorą swoje istnienie jako początek i koniec, alfa i omega. I moja największa ambicja, żeby doświadczyć życia, wzbiera się jeszcze silniej i uderza z tym wiecznym uczuciem niemożności, które trzyma mnie stale piszącą na tym krześle.

Żeby pisać, trzeba chyba doświadczyć najpierw życia, bawić się nim i eksperymentować, a przede wszystkim nie bać ogromu możliwości i wachlarza zakończeń.I tu tkwi największa różnica między mną i Stasiukiem – ja aranżują wydarzenia i deformuję na kształt literacki, wędzę je i magazynuję jak jakąś pożywkę, kiedy on tymczasem spisuje życie.

Szukam słów by przedstawić to jaśniej.

Może raczej tak: on spisuje życie z rozkosznym mu subiektywizmem, przede wszystkim ż y j e, a pisanie wychodzi mu z rękawa, wypada całkiem przypadkowo; ja aranżuję życie nastawiona na pisanie, jeśli w ogóle kiedykolwiek zdarza mi się żyć naprawdę, bo częściej żywię się raczej resztkami codzienności podniesionymi do potęgi amatorskiej metafizyki, zadowalam się surogatami, namiastkami wszystkiego, zbyt znudzona i przestraszona by sięgnąć po coś prawdziwszego.

I to znów nie do końca rzecz, o którą mi chodziło; marne przybliżenie. Tak czy inaczej wielbię Stasiuka z należnym mu kultem, jaki zdarza mi się dla każdego, kto najpierw żyje a potem pisze (a przy tym robi to tak dobrze). A ponieważ niewyłączona do tej pory płyta Joy Division zdążyła już zrobić mnie społecznie nieprzydatną na najbliższy wieczór, zamulę się dziś przy czytaniu, wsiąknę zupełnie i wypluje mnie gdzieś z rana.




niedziela, 15 lutego 2009

vertigo

Odkrywam nowe światy równocześnie, ale obce sobie, za każdym razem podejrzewam, że zgoda jest najgorszym ze złudzeń. Skąd to pragnienie uniwersalności, skąd ta walka z czasem? Wszystko tylko mi się z d a r z a, natomiast decyduję zawsze wstecz. "Dziś" pasjonuje mnie tylko z punktu widzenia dnia wczorajszego, i tak się dzieje jakby już w moim wieku przyszłość stawała się teraźniejszością, teraźniejszość za to jakąś dziwną i niejasną przyszłością, w której chłopcy w bluzach i dziewczyny o rozpuszczonych włosach popijają kawę, pieszcząc się z powolną gracją kotów lub roślin.

Tyle dziś banałów, których mogłam uniknąć, i coś jeszcze: Je ne veux pas mourir sans avoir compris pourquoi j'avais vecu. *



*Rene Crevel

niedziela, 8 lutego 2009

Paavoharju - Yhä hämärää (recenzja)

O czwartej nad ranem noc powoli unosi czarny tyłek, jakby obżarta wstawała od stołu i szła spać. Powietrze jest jak zimny atrament, spływa asfaltowymi drogami, rozlewa się i krzepnie w czarne jeziora. (...) Ta martwa pora, gdy świat powoli wydaje się widzialny, ale jeszcze bezludny. (...) Gęste niebo odrywa się od horyzontu. Ci, co umierali, myśleli, że idą właśnie tam.”*

Są rzeczy wielkie, które dzieją się całkiem ukradkiem, wślizgują i pochłaniają swoim cielskiem dudniącą od nadmiaru przestrzeni pustkę. Są jednak jak ledwo wyczuwalny puls, zwodzący fałszywym światłem co błędniej podróżujących eksploratorów piękna, w rozkosznych i groźnych obietnicach mitycznych arkadii. Tymczasem ciągną nas i tarmoszą w zaułki rzeczywistości, nęcą zapachem z zaświatów, kuszą do skoku w przepaść zwaną absolutem.

W tej muzyce światło jest ciężkie i zbędne, wszystko dzieje się poza, nad i ponad.

Z każdym dźwiękiem tonie się coraz beznadziejniej i z tym większą egzaltacją; kontrolowany chaos zatacza coraz szybsze i szaleńcze okręgi, zbierając straszne żniwa swojej bytności.

Choroba rośnie, odtwarzana muzyka zdaje się zastana być we wstydliwym procesie powolnego rozkładu, powietrze jest gęste i chłodne, bezłady fiński śpiew rysuje bezsensowne obrazy; fale lodowatej wody, nakręcana katarynka i szereg starych, przyciemnionych i zniekształcających luster. Takie lustra stały kiedyś u mnie w domu, były dokładnie jak ta muzyka; gnijące i enigmatyczne, odbijały tylko to, co uważały za słuszne w swym wypaczonym poczuciu piękna.


Ta płyta wyślizguje się wszelkim gatunkom; syntezator, folk, elektronika, psychodelia - każda próba klasyfikacji kończy się bardzo żałosnym efektem, do niektórych rzeczy lepiej zamknąć oczy i usta a otworzyć umysł, wejść w przedsionek zaświatów, doświadczyć jego wytwornego substytutu, dobrowolnie spaść w przepaść a rano nie pamiętać już nic.

*Andrzej Stasiuk – Dukla (fragmenty)



sobota, 7 lutego 2009

love her madly.

Don't you love her madly, don't you need her badly
Don't you love her ways, tell me what you say
Don't you love her madly, wanna be her daddy
Don't you love her face
Don't you love her as shes walkin' out the door
Like she did one thousand times before.

Więc jestem w mieście jak ze Sklepów Cynamonowych, o godzinie szóstej krąży tu jeszcze bez celu zadziwiająco dużo ludzi, ulice i budynki oddają nagromadzony za dnia zapach substytutu wiosny. Zatrzymuję się na ulicznych światłach całkiem pokornie, wierząc, że dobrze wiedzą co robią zatrzymując mnie na przejściu lub puszczając wolno, czym moszczą sobie miejsce w skomplikowanej sieci tworzącej jedyne słuszne bóstwo jakim bywa przypadek.

Staję na Rynku i patrzę w górę, czekam na znak od nikogo, zupełnie przypadkiem kończąc na horyzoncie Imperium, które strojąc żarty pokazuje mi głowy, jedną, dwie, jedną ostatecznie, co rozbudza moją biedną wyobraźnię do stopnia zmuszającego dotarcie na górę. Szereg taksówkarzy ukrytych w czeluściach swoich samochodów taksuje mnie znudzonym a czujnym wzrokiem. Dochodzę do bram kina i zastaję je zamknięte, tajemnicze głowy przerzedzają się w powietrzu. Wypatruję ich jeszcze przez kraty bram, potem czuję, że wszystko pachnie niezrealizowanym natręctwem i schodzę na dół myśląc, że źle jest w mieście gdzie na nikogo nie można patrzeć zbyt długo. Zawsze odwracam głowę beznadziejnie późno.

Słucham Kings Of Convenience i ich banalne prawdy uderzają mnie w twarz. Być może że chcę błądzić i znajdywać się jak w Grze W Klasy, ale spotkać się jak Maga z Horaciem to chcieć tego i nie chcieć naraz, obojętność jednej ze stron nie jest wskazana a mnie, piszącą T9 (jeszcze jednym niechcianym cudem cywilizacji), zaraz kocie łby na spółkę z krawężnikiem zrównają z ziemią jak tego biednego pijaczka po lewej, próbującego ustalić na nowo prawa grawitacji. Kiedy staję koło Mickiewicza a biały kot asystuje mi w dokumentacji zdarzeń, widzę głowę raz jeszcze, Imperium bywa więc przekorne i zdradliwe dla tych, którzy nie zdążyli go pojąć.

Jako puenta dla wszystkich przypadkowych długości uliczek, którymi wałęsałam się rozważając materię Księżyca, wypadkowa losowych dróg, czasu i spojrzeń; On wyłonił się znikąd w czasie kiedy go mijałam, kiedy jeszcze prawie go tam nie było. Nabierając znajomych rysów zapytał co tu robię a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć; odprowadził mnie prawie do domu a ja śmiałam się, milczałam i mruczałam chaotyczne i zaprzeczające się bzdury. Potem poszłam już sama, skoczyłam ze schodów kiedy Morrison zaśmiał się ze mnie śpiewając „Love Her Madly”; przez krótką chwilę zawstydziłam się wszystkiego, co tu napisałam.


czwartek, 5 lutego 2009

ladies and gentelmen, hats off to bertolucci!

Ktoś kiedyś powiedział, a ja uwielbiam ten cytat jako najlepszą wymówkę na brak umiejętności w pisaniu o filmach, że film jest to sztuka sama w sobie, niewymagająca komentarza bo jej przesłanie jest zbyt oczywiste, oczywiste do tego stopnia, że trafia prosto w naszą podświadomość, trudne jest więc wyjście poza i spojrzenie z dystansu gdyż oglądany obraz wymaga współuczestnictwa w tym skrawku wieczności. Kto potrafi zdefiniować zatracenie.

To już właściwie moje własne słowa, niezbrudzone żadnym cytatem, lepiej jest jednak powołać się na kogoś zdrowego.


Obejrzałam więc The Dreamers, obejrzałam Besieged, oba obrazy Bertolucciego. Wpadłam w ciepły trans, z którego nie potrafię i nie chcę się wydostać, stałam się w pewnym sensie częścią tamtych światów balansujących na granicy nierealności; niebanalność i kult piękna w jego najbardziej wysublimowanej formie.

Najpierw Besieged i Rzym, z jego zastygłą mitologią umiejscowioną pomiędzy postaciami i przedmiotami. Jako obecny a niemy świadek rozgrywających się wydarzeń, miłości beznadziejnej gdzie nieosiągalna konsumpcja przestaje już mieć znaczenie, a świadomość tej nieosiągalności inspiruje chorego z miłości pianistę-dziwaka do poddania się obiektowi swojego kultu. Jego afekt tchnie w muzykę poruszając najczulsze struny Afrykanki, zaczyna się taniec wyrzeczeń bez nadziei na odpowiedź, chowanych uczuć i dezorientacji w obliczu niewytłumaczalnie wielkiej wartości poświęceń, a muzyka wiruje razem z nimi, muzyka tchnie w kamerę czułą na każdy jej dźwięk; wciąż powtarzający się motyw schodów jako krętej drogi pewnej zwrotów i powrotów, pnięcia się ku górze i ukryciu w dole. Namiętne kolory nadają obrazowi zmysłowości i orientalności, niemoc jest intensywna, wszystko wiruje i nie ma słów by to wyjaśnić, są tylko obrazy a potem wdzięczność, może pomylona z miłością, niedopowiedziane.

Potem Marzyciele, trójka młodych rewolucjonistów rozpiętych pomiędzy swoimi neurotycznymi obsesjami i psychologicznymi problemami, próbujących znaleźć ukojenie w rewolucji przeciwko konwenansom i narzuconym blokadom, pokonywanie ich w formie sugestywnych rytuałów, przy jednoczesnej alienacji od świata i pogrążeniu się w filmach oraz eksperymentach ze swoimi własnymi barierami. Bunt przeciwko upadłemu systemowi, niedojrzałość i obraz tego, że rewolucja zaczyna się w nas samych i to my stanowimy zmiany.

Erotyka postaci, ich cielesne eksperymenty nie są raczej przedmiotem kontrowersyjnym a niepokoić mogą tylko w świetle ucieczki do wyobrażenia o wolności, paradoksalnie bardziej związującej ręce.

No i wreszcie część wizualna zakrawająca na obłęd; abstrahując od boskich bohaterów - filmowych erudytów z papierosem w znudzonych światem ustach, samo mieszkanie jest dziełem artysty-szaleńca, stwarzającego mieszkanie-azyl, mieszkanie-fobię, mieszkanie-psychodeliczny labirynt, w którym po omacku przesuwają się ludzie, błądząc i będąc zbłąkanymi przez napierające zewsząd ściany. Przez ujęcia sączy się muzyka-psychodelia z lat sześćdziesiątych, czyli czasów, kiedy była jeszcze całkiem autentyczna, wślizguje się do filmu i słyszą ją wszyscy.

Trylogia filmów Bertolucciego, które udało mi się obejrzeć, zakrawa pewnie na arcydzieło, cytując samą siebie to pierwszy znany mi reżyser, którego kunszt dostąpił miana ilustracji poezji. A założę się, że ni słowa ni poezja nie przemówiłyby do mnie tak sugestywnie.

środa, 4 lutego 2009

korova milky bar

Praca, szkoła, śmierć, zaraz wpadnę w szał
Obrzydliwy dzień, nie wytrzymam tak
Czuję się, jak śmierć, jak nic, jak nikt, bez szans
Jestem jakoś tak, jak coś na prąd

Wreszcie matka noc, Korova mleczny bar
Piję koktajl z traw, ciepła chemia w drzwiach
I otwieram się na czas, na was, na świat
Kocham wszystkich was i nas i świat


To wszystko zakrawa na szaleństwo, by nie użyć po raz enty słów pokrewnych nudzie, monotonii, malkontenctwu i zblazowaniu, bo czy nie ma obłędu w tej stagnacji rzeczy martwych, złuszczonym naskórku boleśnie stałej materii, dziś po raz pierwszy zdjęłam słuchawki odtwarzacza i napierająca z każdej strony cisza dała mi w bezdźwięcznie w twarz. Milczenie przeraża mnie potencjałem Niewypowiedzianego.

A może te dzienne szaleństwa stagnacji to tylko sprytnie wykreowana maska, niedosłyszalna inwokacja dla nocnych ekscesów, które nie odbywają się moim udziałem, a stają się, kolorowe i niebezpieczne, pod fluidem nocy. I otwierają się bramy percepcji, rozwiązują supły etyki i budzą pierwotne instynkty. Ci tam, oni nadają światu bolesną wyraźność, przeskok w czarno-białe skrajności, tańczą pod matczyną opieką nocy spod znaku Korova Milky Bar.

I otwieram się na czas, na was, na świat, kocham wszystkich was i nas i świat. Wariacka intensywność staje się nie do zniesienia, zatacza koła i wiruje w obłędach zatartych granic, odblask od gałki ocznej, mózg wysycha, zataczam koło szybciej i szybciej. Degradacja i brak kontroli, tak jest najrozkoszniej, tak jest najłatwiej, tak można nawet kochać, nawet czuć, nawet żyć.

I tylko echa przeszłej realności. Bez moralnego kręgosłupa tak jakoś lżej.

(Powtórka z rozrywki – obłęd, zakręt, kapelusz z głowy. Mrugnięcie przedłużonych rzęs, obrót-gwałt, złowieszczy śmiech. Zabić dla zabawy, och i horroł szoł, popędźmy braciaszkowie moi i dźgnijmy uroczą chryczkę, dźgnijmy w plecy dla radości jej i naszej.

Białe kaloty obciskają nam jaja jak trza, i jest horror szoł, i jest Beethoven groteskowo wrzynający się w ten scenariusz bez fabuły, no obłęd no. )

godz. późniejsza

Znów popadam w niepotrzebną egzaltację, zdarza to mi się za każdym razem kiedy próbuję stworzyć coś, co podbudowałoby moje poczucie wartości jako (nędznej, bądź co bądź) pisarki, z braku lepszego słowa ilustrującego moje jedyne a słuszne zajęcie. Z tą słusznością też nie byłabym całkiem pewna, co jednak zrobić kiedy wszystko drga, nad każdą nową stroną ciąży jak ociężałe memento świadomość przesądzonej marności wszystkiego co uda mi się napisać, zresztą nie ma prawa być inaczej.

Ten sam periodyczny rytuał, zgarnięcie ze stołu wszystkich niepotrzebności, herbata, parę stron Gry W Klasy , otwieram Worda i parę innych stron, na których i tak nic się nie zmieniło. I tak czas kurczy się i wydłuża ze śmieszną sobie częstotliwością, zanim zdążę w bólach spłodzić dwa zdania satysfakcjonujące moje poczucie literackiej estetyki nagle w kubku nie ma żadnej herbaty, albo jakieś marne niedopitki, i jest już tak niewiarygodnie późno, tak że wszystkie następne słowa posypują się z pewną rozedrganą, pośpieszną frenetycznością, panoszą się i gnieżdżą w zbyt krótkim zdaniu, luzują formę i wzbogacają treść o kolejne niedorzeczności, których ja sama nie jestem w stanie pojąć.

I za każdym razem coś w tym stylu.

wtorek, 3 lutego 2009

misreading

Jestem dziś niepoprawną hedonistką, macie być grzeczni i niepoprawnie mili, jestem małym pierdolonym wszystkim, centrum świata, jego egocentrycznym, skondensowanym punktem; kłaniajcie się i padajcie do stóp.(A w sumie szesnaście lat brzmi już całkiem poważnie).

Poza tym, ja i kołdra stałyśmy sobie ostatnio rozkosznie bliskie, kisnę w błogiej nudzie i jest mi tak dobrze, że zestarzeję się i umrę na tych feriach.

poniedziałek, 2 lutego 2009

bo biel to ból, bezkres, bezczas

Śnieg spadł nagle i afiszuje się swoją fałszywą niewinnością, chociaż biel to był zawsze ból, bezkres, bezczas. Zima zastała mnie beznamiętną i bardziej zobojętniałą. Wciąż gra jakaś muzyka, ale co za różnica, jaka. Zastanawiam się, dokąd odeszły czasu, kiedy bez tchu zapisywałam całą kartkę, zmniejszając czcionkę i marginesy by zmieścić mój bełkot do obrębu jednej kartki. Kiedy to było, i dlaczego. I czy wtedy działo się więcej, czy to raczej ja umieram mentalnie i twórczo.

Dlaczego mam tak wynaturzony obraz pojęć i wartości. Jak okrężne drogi obrałam, że nie potrafię znaleźć tej głównej. Albo inaczej – jak długo szłam pod prąd, że straciłam możliwość zawrotu.

(Kto napisał, że zawrót głowy to mimowolny pociąg ciała do ukłonu w stronę szaleństwa? Czy to był Kundera i czy ma to teraz jakiekolwiek znaczenie?)

Innymi słowami, do czego pochylam się ja, nurzając się i tańcząc na tej paradzie tworów chorego umysłu. Ukłon w stronę śmierci i powolnego rozkładu, a ja wciąż żywię skłonności do dawno pogrzebanej dekadencji. Więc miłość jako akt wzajemnej destrukcji, bolesnej i przeciągniętej w czasie przyjemności aż do białego żaru i wypalenia, raczej fizyczna niż mentalna, jak z Old Love Haunts Me In The Morning – spaczona i przewrotna, przeszyta strachem i zatruta niepokojem o czerwonej poświacie, oboje przestraszeni i podnieceni do bólu, bardziej fizyczni i przygnębieni, poznali swój koniec, zniszczyli się nawzajem i tylko resztki ich niezaspokojonych jestestw dryfują przeraźliwie między smrodem śmierci i napiętego niepokoju.

Potem Bóg jako esencja nicości i utracony raj, którego pierwiastek tkwi w naszych metafizycznych tęsknotach, odszedł w marność, niebyt, nieistnienie.

Życie jako najwyższa z marności, wielki absurd bez początku i końca, rzeczywistość jako drgająca i niefizyczna materia, tysiące płynnych płaszczyzn nie podlegających definicji a nieznośnie ulotnych; zbyt lekkich by je doświadczyć. Muzyka największym bóstwem, zaraz potem szereg pisarzy doprowadzających mnie do ekstazy, lub chociaż namiastki, tej której szukam tak usilnie. Ludzie i dnie jak wielka maskarada, nudna i niezabawna bo rozciągnięta w zbyt długim okresie czasu, poza tym tylko ja wiem, że pod maskami czai się wielkie Nic. Moja maska to ignorancja i wszechobecne mamcięwdupie, tylko boję się, że ostało się coś jeszcze.

Noce jako jedyna słuszna pora, dziewicza, naga, rozebrana z ludzi i wszystkich ich konsekwencji.

Jestem złym człowiekiem, przeżartym nudą i wiecznym malkontenctwem, o spaczonych ideałach. Jedyne czego chcę to jakiejś apokalipsy, jakiejś schizofrenii jako literackiej pożywki, good news are bad news, umrzeć na dekadentyzm, w artystycznej euforii, ewentualnie z miłości.

niedziela, 1 lutego 2009

do idotki

Wszystko straciłoby swoje szarości gdyby było łatwiejsze niż spisany scenariusz, naiwny i infantylny jak wszystkie próby zdefiniowania zjawiska przyczyny i skutku, afirmacji umiejętności przewidzenia zjawisk i nie-zjawisk, wszystko to zgniatamy w kulkę i celujemy w autopobłażanie.

Trwamy więc w bezbolesnym badaniu swoich granic i przekraczamy siebie nie dalej niż każą nam filmy, jedyny słuszny wyznacznik bo życie się już zbłaźniło.