Jest lekkomyślnością nie do darowania wysyłać w taką noc młodego chłopca z misją ważną i pilną, albowiem w jej półświetle zwielokrotniają się, plączą i wymieniają jedne z drugimi ulice. Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne. Oczarowana i zmylona wyobraźnia wytwarza złudne plany miasta, rzekomo dawno znane i wiadome, w których te ulice mają swe miejsce i swą nazwę, a noc w niewyczerpanej swej płodności nie ma nic lepszego do roboty, jak dostarczać wciąż nowych i urojonych konfiguracji. (...)
W taką noc niepodobna iść Podwalem czy żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną, niejako podszewką czterech linii rynku, nie przypomnieć sobie, że o tej późnej porze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tyle nęcących sklepów, o których zapomina się w dni zwyczajne. Nazywam je sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazerii, którymi są wyłożone.
A więc mając na sobie wymowne oblicze tarczy kondensującej czas do godzin późnych i sennych, kradłam godziny nocnego snu na rzecz sięgającej stanu delirium lektury Sklepów Cynamonowych, kiedy
w ścianach dusznych i ciasnych przygięta do słabo oświetlonego biurka czytałam na przemian polską i angielską wersję nie mogąc zdecydować, którą czczę żarliwiej i namiętniej. Światło drgało w żałosnym zniecierpliwieniu kiedy znosić musiało Beiruta zawodzącego w sposób paryski i akordeonowy piosenki wąskich ulic, dachów kamienic i nieważnych kotów, nie odczuwając zmęczenia wiedziałam, że by przywrócić naturalny porządek rzeczy poduszkowych i sennych skraść będę musiała jeszcze następne godziny panoszącego się w czasie porannym dnia. Noc dudniła milczeniem, na plecach odczuwałam z czasem mniejszą formę strachu, jego nieudany szczątek spłodzony w pośpiechu przez dawne zwyczaje, stary odgłos kroku maszerującego nieuchronnie do przysłoniętych ręcznikiem drzwi. Chwiejnie podkreślałam fragmenty przy których wzdychałam głębiej, ból pleców obwieszczał noc późną i starą. Nęcąc chłodem kołdry wołało łóżko, na które nie miałam ochoty. Ostatecznie jednak, ulegając szczątkowi niepokoju, przeniosłam swoje uniesienia i rozkosze upojne, pasożytujące na tejże literackiej pożywce, na płaszczyzny oczyszczone do ciemności.
Budząc się periodycznie dotrwałam w bolesnym stanie półsnu do godziny jedenastej, kiedy obdarta ze złudzeń o wczesnej porze [gdy śnić można jeszcze tak niewinnie i całkiem dla ogółu zrozumiale.] Wstałam gwałtownie i z wielkim, świadomym poczuciem winy wymalowanym na zdezorientowanej twarzy, zbyt dobrze pamiętającej jednak jak dalece rozminęłam się z łóżkiem ostatniej nocy. Śmieszny i groteskowy musi to być widok.
Dziś dzień dobry, rozpięty chwiejnie między dwoma dniami szkolnej zwyczajności, dziwaczne rozszczepienie panoszy się wśród nich a ja tkwię. Miałam nawet obejrzeć parę filmów, przeczytać jakieś książki, ale miłość do sklepów cynamonowych pozostawiła mnie bezradną i bezsilną na mus konsekwentnego ukulturalniania się z dnia na dzień. Miło było zresztą jeść z Kasią myszki marcepanowe, siedzieć na ławce w opozycji do świata i całej tej drobnomieszczańskiej mentalności. Słuchać Misophine, ale aprobatę znalazłyśmy tylko w przegranym żulu co uśmiechnął się do tej muzyki.
Moja Pierwsza I Jedyna Recenzja znalazła poklask w facecie, który chyba się na tym zna, napisał, że recenzja bardzo fajna, plastyczna i konkretna, łatwo sobie wyobrazić jak ta muzyka wygląda - to chyba duży plus. wiesz, wielu sili się na taką 'wybujałą poetyckość', tylko że niewiele poza nią nie zawierają, w Twojej recenzji jest merytoryczność, ceni się bardzo. a i muszę sprostować - nie znam się dobrze, najwyżej przeciętnie, ja tylko jestem mistrzem stwarzania pozorów :>.
Moja recenzja znalazła więc aprobatę u samego Mistrza Stwarzania Pozorów. Jako, że również przez całe życie konsekwentnie aspiruję i dążę do tego zacnego tytułu, jestem zadowolona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz