poniedziałek, 3 listopada 2008

hallelujah, myszka's back.

Pamiętam, że mówiłam mu coś o szczęściu, o tym że mam obsesję na punkcie tego pojęcia, bo nigdy naprawdę nie mogłam go osiągnąć, nie jego pełnię, nie na dłużej niż chwilę. I im namiętniej go pragnę tym niemożliwsze staje się do schwytania. Zapewne wilk stepowy ma rację i posiadam o jeden wymiar za dużo, oczekuję dalece więcej niż jestem w stanie znaleźć i doznać, szczęście to u mnie pojęcie całkowicie wypaczone, bardziej związane z czymś boleśnie rozkosznym, jakieś obcowanie ze sztuką na wyższym poziomie świadomości, skroplenie marzeń sennych w ciekły stan rozrobiony z rzeczywistością, doznania cielesne lub podobne tym ekstatyczne uniesienia, o to dlaczego nie pojmuję szczęścia, o to dlaczego tak mnie fascynuje.

Wiem, że nie zasługuję na żadną adorację, na żadną idealizację której uprawiania z taką radością podjął się on. A jednak taplam się w tym rozkosznym stanie jak świnia w błocie, chłonąc każde słowo wymierzone we mnie a raczej mi hołdujące, a ciche wspomnienia o jakimś rozczarowaniu, jakiejś idealizacji, przechodzą bez echa lub raczej wzmagają te słodkie zjawiska. Boję się, że to wszystko pryśnie jak zwykle, bo rzeczy przyjemne do bólu nie posiadają żadnych znamion długowieczności, lub gorzej – rozmyje się, lecz z entuzjazmem i fascynacją nas obojga wydaje się być to odległym punktem. Wstąpiliśmy na ziemię niczyją i uprawiamy w separacji od uciech tego świata grę starą jak świat, grę niedopowiedzeń, nadinterpretacji i bolesnej adoracji.


- Have I mentioned you're awesome?

- Have I mentioned that you make me vain and spoilt?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz