środa, 24 czerwca 2009

myśli

Nocą, będąc w łóżku, odwiedzają mnie dobre myśli. Mają nareszcie swoją formę i wypukłości potrzebne, by móc wyodrębnić je z chaosu poplątanych pragnień, nazwać i przeciągnąć na swoją stronę. Objąć i spisać. (Niespisane odbijają się jeszcze od mebli, ale w końcu pryskają nad ranem zapomniane.)

A w przeciągu tych paru godzin, między chłodną ścianą a rozgrzaną poduszką, rosną właściwe odpowiedzi na przemilczane pytania, elokwentne teksty z przekazem; chwilami sama zamieram bez tchu, rażona ich bolesną sugestywnością. Są okrągłe, lśniące i spójne. O wstępie, rozwinięciu, z puentą refleksyjną. Wszystko trochę gorzko-filozoficznie. Jeszcze właściwie wycelowany palec wskazujący i pretensjonalność wydaje się wręcz rozkoszna. Tak właśnie. Odbiorcy jawią mi się zgaszeni jak jednorazowe świeczki.

Zasypiam silniejsza o myśl, że wyprasowane i poukładane schludnie odpowiedzi czuwają przewieszone przez oparcie krzesła, gotowe na jutro. Ale jutro zastaje mnie tak samo bezradną w obliczu buchającego milczeniem żalu. Zbieram po pokoju strzępki obmyślonych przemów, sklejam bez przekonania. Składam do szafy wyblakłe i wybrakowane; tam czekają na lepsze czasy, których przecież nie będzie.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

morning poem

Wiosna przetoczyła się gdzieś obok, zatoczyła wstydliwie koło i zrobiła pośpiesznie miejsce niepewnemu latu. A lato nieśmiało zatacza coraz większe kręgi, periodycznie sobie folguje i pozwala na krótkie szaleństwa, by potem oczyszczać sumienie deszczem jak ze Stu Lat Samotności. Wszystko póki co jest umowne i lekko zakreślone, to jakby poruszać się po szkicu w niecierpliwości na coś prawdziwszego, intensywnego według wyrosłej na wielokrotności doznań definicji, akcentowanego dosadniej to tu, to tam; może boleśniejszego, albo upalniejszego, jakkolwiek wciąż zawierającego coś na kształt „bardziej”, ewentualnie mocniej, do przodu bądź w górę. Szukam podziału, chcę kontur i granic, zdaje się - naiwnie, w obliczu płynności rzeczy. Zresztą chęć to irracjonalna i raczej przewrotna; dzieląc czas na epizodyczne wyspy nogi bym zgubiła w szalonych próbach przeskoczenia. Może tylko patrząc wstecz, świat dalej stałby na pierwotnym miejscu, składny i niezatarty.

Jest więc deszcz, czereśnie wśród wyplutych na oślep pestek, jest pierwszy dzień mojego lata. Ranek przeciąga się leniwie i dzieje nieśpiesznie, południe po cichu wpycha się i panoszy na jego miejscu. Z głośników leje się letni Volllenweider, tak rozkoszny w Stelli, taki piękny w Morning Poem (płakać się chce). Zacieram chronologię rzeczy, nieustannie burzę ich kolejność. Wrażenie nie wynika wprost z wydarzeń, rodzi się skulone i suche dopiero po ich kilkukrotnej projekcji w pamięci. I powstaje jako hiperbola rzeczywistych doświadczeń. Sztuczne, z konserwantami, tylko do oglądania. Chwile tymczasem toczą się ze smutną konsekwencją w dół, jak kolorowe kulki po powierzchni pochyłej. Oglądam je biernie spadające z krawędzi. Ich efemeryczność nadaje im jakiegoś złudnego połysku; odrywam zaraz oczy, by nie podzielić ich losu. Przewijam się przez czynności, przetaczam po wyboistościach z zamkniętymi oczami, mijam z nieczystym sumieniem. Bawię się w jakiś zły taniec z Niedokończonym, nadając czasownikom pozory formy dokonanej. Tylko ja znam jej bylejakość.

Ale zdarza mi się wpadać w załamania w czasie (nadżarte upałem ciała parują i stygną w cieniu żaluzji, zewsząd napiera gęste od rozwścieczonego słońca powietrze, po podłodze walają się rozciągnięte i zużyte sekundy wolności, kiedy opada się w dół i dryfuje w słonej próżni). Wciąż nie jest to latem, a raczej obiecującym przedsmakiem czegoś, czego możliwie nie będzie, a za czym wyciągamy ręce w niezasłużonych żądaniach. Chęć i niejasne wyobrażenia nabierają sił gdzieś na granicy snu. I kiedy pobłaża im się najbardziej, wtedy rozrastają się w oszałamiających zapachach do ruchomych obrazów z pociągami podnoszącymi czerwone spódnice.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

chwilowa próżnia

Sobotnia noc. Ból przewierca się jak gwóźdź do samego wnętrza ucha, pulsuje chorobliwie i obezwładnia do stopnia, kiedy w środku głuchej nocy siada się na łóżku, studiuje zarysy uśpionej materii i bezwładnie poddaje się trawiącej gorączce, biernie rysując w wyobraźni głośny proces rozłamu ociężałej, opuchłej głowy, i dając się porwać absurdom rozhulanej fantazji, co we frenetycznym tańcu na krawędzi delirium łączy za ręce myśli z różnych kontynentów. Wstaję z łóżka i chodzę błędnie po domu z zamiarem rozniesienia bólu po wszystkich pokojach, rozprzestrzenienia małych, kłujących cząsteczek, gdziekolwiek, byle strzepnąć je pośpiesznie ze sztywnego od gorąca ciała.

Świadomość odkleja się lekko w momencie, kiedy próbuję zredukować powierzchnię ciała do pozycji i objętości embrionu, przezroczystego minimum pozwalającego na trwanie, albo słabe miganie. Możliwie niezauważenie. Zasypiam słodko odrętwiała, a rankiem, otępiała nocnymi walkami, ze zdziwieniem patrzę na moje nogi. Idą przez kolejne szpitalne korytarze, odseparowane od odrętwiałej reszty, porywają mnie bierną i całkiem obojętną.

I wszystko na tak, dobrze, masz rację, tylko ciszej. Czekam na krześle a śmierdzący dziadyga zagląda mi przez ramię na książkę. Drzwi do białych sterylnych pomieszczeń stoją otworem i wyłażą z nich dźwięki rozmów, telefonów i chrząkań. Pełzną po podłodze a ja słyszę je wszystkie podwójne, tak, jakby lewe ucho z poczuciem winy próbowało nieudolnie nadrobić zeszłonocne zaległości. Podwojone przez uszy, potrojone echem zimnych ścian, odgłosy pełzają po podłodze i nawarstwione przejeżdżają mi przez głowę z gracją przyrdzewiałego pociągu.

Uraczona szpitalną psychodelią dobiłam do swojego pokoju, gdzie popadając na przemian w bierność i stany egzaltacji nad własnym tragizmem obrastam w nudę i ogólną niechęć od dni paru. Piszę z oporem i wyciskam niechętne słowa, ociężałe i niepewne swojej wartości, bez przekonania posłuszne uderzeniom w klawiaturę. Poprawiam je i dopieszczam z maniacką pedanterią. Czas zwyczajnie sobie ze mnie kpi. Rozdmuchuje się do absurdalnych rozmiarów a kolejne porcje wlewają swe cielska przez okno. Redukuję go śpiąc, ale gdy zasypiam, wskazówki stają w miejscu i ruszają złośliwie tuż przed obudzeniem. Wtedy udaję, że go nie ma i czytam. Czytam Olgę Tokarczuk i mam mieszane uczucia. Obok mądrych, prostych obserwacji zjawisk, które wcześniej wydawać się mogły tak oczywiste i na stałe wbite w życie, że wzdycham sobie z zachwytem nad ich błyskotliwym wytknięciem, trąci też miejscami nieco naiwnym sentymentalizmem, który, opowiadaniom zwłaszcza („Prawiek” był bowiem nieskazitelny w swej formie i treści) nadaje niepotrzebnej banalności. Ale i tak jest bardzo dobra.

W zniechęceniu codziennością napatoczy mi się co rusz jakaś płyta. Odtwarzam ją bez przekonania, za to rzucam w kąt z całą tego pewnością. Permanentne rozczarowanie. Awansowałam może na jakiś nowy, niechciany poziom wrażliwości i wyłączam po chwili każdą muzykę, jaka potknie się nieszczęśliwie o mój odtwarzacz. Przybijam podniszczonym od ciągłego użytkowania stemplem napis „to już było” i porzucam w ciemni folderów. Ze wszystkich pewnych rzeczy wiem tylko, czego nie szukam.

Sprawdzam prognozy pogody, porównuję i ustalam. Jedyne jawne, społecznie akceptowane proroctwa. Patrzę na dni tygodnia i sama uzupełniam delikatne podpowiedzi. Subtelna sugestia tła na jutro. I pojutrze. A pojutrze znów będę oddychać.