środa, 17 grudnia 2008

jestem zgubiona

Stwarzam pozory metafizyki tych nędznych chwil oscylujących wokół mojego permanentnego malkontenctwa. Poddać się prądowi czy ironizować, that is the question. Przestaję pojmować własną pisaninę, o ile kiedykolwiek opanowałam to w stopniu zadowalającym. Powiedziałabym, że to smutne, ale żeby nie być zbyt lakoniczną... Smutne jest to, że gdzieś po drodze zgubiła mi się umiejętność ekspresji. Albo chaos w mojej głowie zmętniał jeszcze bardziej, teraz często sklejam z niego i tworzę wygodne podsumowanie, rozkoszną afirmację rozbrajającej bierności; jestem z g u b i o n a.

I tak sypią się ołowiane dni, niezgrabnie i ospale, i płodzą następne szeregi łgarstw i wyrzutów sumienia, tyjemy pod urokiem tych próżniaczych dni, wypluwają nas oślinionych w fałszywe pozory idylli, na śliską od śnieżnej papki ulicę, na bruk.

Jeszcze nigdy moje idiotyczne metafory nie były tak bardzo pretensjonalne, nie będąc jeszcze na skraju załamania drżę o szczyty moich możliwości. Nie pozostając niewzruszoną na napierającą z zewsząd świąteczną tandetę, oddałam hołd bożonarodzeniowemu konsumpcjonizmowi w najmniej wyrafinowany sposób; pooglądałam komedię romantyczną. Siedem różnych historii o miłości, siedem tak samo słodkich happy endów. Takiej dawki szczęścia moja zbolała i zgniła od nihilizmu dusza (uh.) nie potrafiła przyjąć bez widocznych oznak niestrawności. By zrównoważyć jakoś poczucie dobrego smaku, potraktuję się już jutro czystą poezją spod znaku Ukrytego Pragnienia, a potem Sanatorium Pod Klepsydrą.

(bez puenty.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz