czwartek, 15 stycznia 2009

shame on you, marissa.

Jeden dzień w szkole, zaraz po kilkudniowych wakacjach strawionych radośnie na chorobę której mogłoby nie być, jedyne parę godzin wegetacji w smrodliwej atmosferze znudzonych sobą nauczycieli, brudnych ławek i dziwnej ciszy unoszącej się nad drewnianą podłogą (połowa szkoły poszła za moim przykładem, wydłużając sobie nadchodzące ferie o parę cennych dni) wywarło na mnie ostatecznie zbyt niekorzystne wrażenie by znieść je dłużej niż pół dnia (prawdę mówiąc presji nie wytrzymałam już przed wuefem i ulżyć musiałam sobie małym powrotem do domu.) Od patrzenia na szarą, niekompetentną masę, w skład której wchodzi smutna większość szanownego grona pedagogicznego na czele z najjaśniejszą jego gwiazdą (której inteligencja nie pozwala nawet na s p r z ą t a n i e tej szkoły) bolą mnie kości z bezsilnej złości, bo jedyny sposób żeby dać jej upust byłaby czysta ignorancja, która i tak odbija się głuchym echem po pustych i źle pomalowanych ścianach, a którą mimo całej bezcelowości uprawiam od czasu do czasu, kojąc jakoś poszargane nerwy.

Potem puściłam sobie C'est la vie i zamuliłam się ostatecznie, topiąc ukryte żale i urazy w szklance źle podgrzanego kompotu, zmieściło się nawet Rozczarowanie, które trawi mnie od wczorajszego dnia, kiedy z radosną euforią znalazłam wreszcie nowy album Marissy Nadler (de facto ukazać sie ma 3 marca, niech ktoś przeklnie ten zły dzień), ściągnęłam i zanurzyłam się w pierwszej piosence by po dwóch minutach wynurzyć się z haustem, dusząc się i łapczywie wdychając powietrze. Co za zgroza, że utonąć mogłam w tej Pomyłce. Zacisnęłam jednak zęby i przesłuchałam płytę dwa razy, co ostatecznie utwierdziło mnie tylko w lądowej pozycji, bo czy zostało tam cokolwiek z nieco nierealistycznej, gotyckiej Marissy, czy to raczej jakieś smutne echa dawnej świetności, nieporadnie zakryte nową ścieżką instrumentalną? Hipnotyczna gitara nie dochodzi niemal do głosu, a jej własny schował się gdzieś pomiędzy kolejne i niepotrzebne warstwy dźwięków, które z każdym utworem zdają się tylko coraz bardziej tłumić esencję jej muzyki, która niegdyś wypełniała całą płytę tym urokliwym ascetyzmem dźwięków, tworząc jednak atmosferę niepowtarzalną (właśnie, niepowtarzalną; mówią, że do trzech razy sztuka, za czwartym razem nie mogło chyba wyjść). Teksty też nie potrafią przemówić własnym głosem, mało w nich tej sugestywności. Wszystko straciło konkretną konsystencję, zmieniając się w bezbarwną, folkową papkę. Do strawienia, i owszem, bez większych odczuć estetycznych, bez głębszych emocji.

Smutno jest powiedzieć, że boska i zjawiskowa Marissa ostatecznie się spaliła, ale damn it, wydała trzy małe dzieła, i boguniechbędądzięki.

czwartek, 8 stycznia 2009

the gurb song

We left our fingerprints all around my room
Breakfast was automatically made,
and if it would come to bed, no hands,
we did complete to see,
who has the best orgasm, the nicer vision, the biggest hangover.*

Najchętniej zacytowałabym was wszystkich, sukinsyny, i jeszcze powklejała wasze obskurne zdjęcia nie przedstawiające zupełnie nic oprócz tego, w czym nurzam się sama,

i zrobiłabym to całkowicie bezsensu, chyba tylko żeby dobić się faktem, że to wy definiujecie pojęcia i życie, ja nie umiem i bawię się tylko w marne odbitki, wchodząc w miednice z wodą bo nie potrafię się odnaleźć w ciemnościach łazienki; wszystko i tak blaknie po jakimś czasie albo umiera w świetle, co zresztą ostatecznie wychodzi na to samo.

Po co silić się na coś, czego i tak nie osiągnę gnijąc od środka w zwątpieniu, głupim strachu i jeszcze głupszym lenistwie, i jeszcze to poczucie chorej wyższości nie pozwalające mi przestać pisać, tylko po to by ostały się jeszcze jakiekolwiek podstawy takiej postawy – podstawy postawy, co za kurewsko niebrzmiąca fraza, i skąd u mnie dziś tyle wulgaryzmu, chciałeś mnie krzyczącą obscenicznie więc jestem, chyba to nie powód o który ci chodziło, ale czy robi to jakąś różnicę?

Pytanie egzystencjalne numer ęty: dlaczego Dactylographique trwa tak nieznośnie krótko, paradoksalnie nie świadczy to wcale o jego intensywności, można by rozciągnąć motyw do pięciu minut i zdążyłabym przynajmniej zdać sobie sprawę z jego niezmąconej rozkoszy zanim trzeba by się było obudzić i nacisnąć znów play, cała ceremonia trwa nieznośnie długo i powiedziałabym nawet, że nie warta jest świeczki gdybym nie wstydziła się trochę za własną hipokryzję (przez myśl przechodzą wszystkie dni kiedy otumaniałam się tym kawałkiem z częstotliwością sześćdziesięciu na godzinę. )

Miało być coś o naszych utopiach, ale jakoś zginęło w tym ślinotoku, nie wyszło.


* Migala - The Gurb Song

środa, 7 stycznia 2009

autonautka z kosmostrady

Wciąż z tak samą złudną jak i naiwną nadzieją zobaczenia informacji odnośnie dnia tygodnia najeżdżam kursorem na datę, a tam zawsze, by oddać hołd najlepszemu gramatycznemu błędowi polskiemu, tam zawsze nic nie pisze. Prócz dnia miesiąca i roku, rzecz jasna, ale to takie oczywiste. (takie oczywiste)



((nie wiem, to echo aż samo się prosiło.))



Dochodzę dziś do ostatecznych wniosków.

Pierwszy z nich (a w każdym razie najbardziej rozsądny, przez wzgląd na odwrotnie proporcjonalną wartość moich funduszy co do posuwających się dni miesiąca, co wcale nie znaczy, że nastąpią po nim jakiekolwiek konsekwentne działania) oscyluje wokół prawdy niezmąconej, iż fakt czterech księgarni ulokowanych w równych odstępach mojej drogi na cotygodniowy francuski (a biorąc pod uwagę, że zarówno tamtędy biegnę jak i wracam, śmiało pomnożyć można tą uroczą czwórkę przez dwa) wybitnie nie sprzyja ani zawartości puszki po herbacie, której przeznaczeniem jest przechowywać kasę, a częściej powietrze wypełniające jej pustkę, ani moim biednym półkom uginającym się pod przybywającym ciężarem nieprzeczytanych książek. Ten słodki ciężar to moje kochanie, od samego widoku na sercu robi się cieplej i można iść przez życie bo one zawsze tu są, moje i własne, nabyte i posiadane.


Tym razem przytargałam z francuskiego „Autonautów z Kosmostrady” Cortazara (mój bóg), do której to książki przymierzałam się od paru miesięcy, właściwie odkąd tam się znalazła, nie zdobywając się dotychczas na wystarczającą siłę charakteru by zostawić w zamian 34 złote bez grosza. Była przeceniona i zmacana, powierzchnia okładki świeci się od śladów paznokci, brudu nieumytych palców i (to zapewne) śliny mającej przewrócić kartki (ohydny zwyczaj), świadczących razem a bezsprzecznie o jej namacalności. Prawdopodobnie czekała tam dumna a zmacana specjalnie na kolejny przejaw mojej słabości, usprawiedliwiany tym razem przez złe samopoczucie i jako nagroda pocieszenia za nędzny wynik testu próbnego (oczywista, gdyby poszedł mi dobrze, byłaby to wtedy nagroda za dobry wynik.)



I tak to bywa.

piątek, 2 stycznia 2009

(nie) książka - wypaczony opis w pięciu aktach

(NIE) KSIĄŻKA

wypaczony opis w pięciu aktach

Śmiesznym paradoksem jest pisać o moim egzemplarzu „Gry W Klasy” w chwili analizowania jej poszczególnych elementów, którym, metaforycznie rzecz biorąc, zwrócona została pierwotna wolność. Oderwane rozdziały i odklejona okładka prezentują się nadzwyczaj groteskowo, usilnie wepchnięte w zbyt ciasną ramkę definicji „książka”. Taśma klejąca, za pomocą której jeszcze we wczesnych, naiwnych próbach złączenia mnożącej się nieskończoności została powierzona piecza nad wolnymi kartkami, spełniała swą powinność nadzwyczaj żałośnie, plącząc się przy tym i gubiąc w pozorach zbyt chaotycznych, by wywołać mogły cokolwiek więcej niż cyniczny uśmiech przyglądającego się obserwatora, który – kimkolwiek jest - boi się jej dotyku jako ostatecznego nań ciosu, a makabrycznie zwisający kawałek zakurzonej taśmy zdaje się stanowić pełne zgrozy, niechybne memento-mori, zawieszone w milczącym oczekiwaniu nad niewzruszoną książką.

Zieleń jej okładki jest faktem powszechnie nieznanym zważywszy na jej wiecznie otwartą pozycję, dla której kawałek zmiętego a dumnego dawniej papieru pełniącego rolę okładki stanowi teraz bezpieczną przystań skupiającą razem wszystkie rozdziały ułożone w kolejności niemalże zgodnej z ich numerami, a więc po czterdziestym czwartym jest piąty, ósmy i dwunasty, a potem już kolejno sześćdziesiąty i setny, kolejność reszty można się więc domyślić, jej pedantyczna dokładność i tak nie ma tu większego znaczenia.

Chaotyczna treść książki stawia opór definicji z tak samą nonszalancją, z jaką opiera się jej forma. Bełkotliwe monologi argentyńskiego intelektualisty stanowią labirynt znaczeń razem ze wszystkimi podkreśleniami, wykrzyknikami, szlaczkami i odnośnikami jakie poczyniłam niechcący zajęta czytaniem; linie ołówka prowadzonego zmęczoną ręką w środku nocy wymykają się z ustalonych miejsc wędrując gdzieś przez litery i kolejne akapity by urwać się w momencie kiedy zbyt śpiące oczy zabłądzą gdzieś ponad rzeczywistość. Niechlujne komentarze poczynione pospiesznie obok tekstu zapełniają całość niezadrukowanej przestrzeni, czyniąc książkę jeszcze bardziej moją i mojszą, nieme dowody wszystkich nocy kiedy wyminęłam się ze snem.

Chociaż zawsze zaczynam czytanie w innym miejscu, dając upust czytelniczemu konwenansowi między kartkami milczy też łyżeczka znana także jako zakładka, ślady zaschniętej kawy zdradzają jej niedorzeczne zastosowanie sprzed lat; teraz tkwi tam dumna i bezużyteczna, w łagodnym wygięciu ku niebu sięga absolutu, znosi wyniośle zamknięcie w swej formie.

Byłoby w tych kartkach coś obrzydliwego, jak niedojedzony banan w powrocie do formy pierwotnej, ale jest moja; każde krzywe pokreślenie moje, każda plama po kawie moja, tragiczne sklejenie i wyrwane rozdziały są moje moje mojsze, groteskowa forma i ukochana treść to fragment prywatnej rzeczywistości skondensowanej do bolesnej namacalności, zbyt mój by nazywał się książka.