środa, 10 grudnia 2008

ad we grow fat on tha charms of our idle, dreary days

and I know winter will pass by slow
without my heart
what can I do
you're in the halls
the bell gives way to a larger swell
without my heart

what can I do, oh

and we grow fat
on the charms of our idle dreary days

seen the shadows grow
see an ominous display
with no alarm
could we say we'd have expected this way
our desires have died
give incent to play
wroclai

Znów całkiem przypadkiem przegapiłam moment, kiedy zrobiło się ciemno. Popołudniowe drzemki czynią mnie jeszcze bardziej obolałą i skłonną do skrzętnie ukrywanych wynaturzeń. Ociężałe zmysły są, paradoksalnie, tym bardziej podatne na wszelkie bodźce z zewnątrz i wewnątrz. Jeden z tych dni, których mogło by nie być gdyby nie to, że są; wpadam więc w ten rozkoszny, rutynowy trans, dryfuję w zawiesinie o konsystencji błogiego próżniactwa, chociaż to raczej błogie próżniactwo o konsystencji zawiesiny, kto rozróżnia te niewidzialne subtelności.

Z braku nowych płyt, no dobrze – z braku chęci do eksplorowania nowych płyt, odgrzewam stare, niedojedzone kotlety, i tak oto odkrywam tak długo skrywane piękno nowej płyty Paavoharju, płynę na jej kojących fluidach, jest mi tak dobrze i sennie, i ciepło w tej nostalgii, złowrogości, psychodelicznym czarze i macicy stłumionych dźwięków, pierwotnych uroków i pierwszych zgnilizn.

W tym domu ciasnym dziać się zaczynają dziwne rzeczy. Pożyczyłam sweter mamy zgodnie z zasadę, że czego się nie dowie to ją nie zaboli, po czym skryłam w bezpiecznej otchłani szafy planując ułożyć go w pozycji pierwotnej i stworzyć pozory nieruszalności przy pierwszej okazji. Ale przy pierwszej okazji sweter zniknął sam, bez słowa jego ani kogokolwiek innego. Potem, a raczej przedtem, znalazłam długo poszukiwany długopis, który okazał się milcząco służyć jako zakładka do Gry W Klasy, ale z mojego szczęścia znów rozpłynął się w powietrzu. A potem chciałam wyciąć z Wyborczej artykuł o Buñuelu, ale już wieczorem Buñuel znikł pozostawiając za sobą li i jedynie tragiczny ślad w postaci groteskowo postrzępionego miejsca wyrwania.

Absurdalne lęki wyplute przez podświadomość nie dawały mi spać spokojnie, w periodycznych okresach snu biegłam przez miasto kupując absurdalne rzeczy, ale na miejscu spotkania nie było ani Niego, ani Jej ani pani O., było za to trzech druidów których spotkałam na ulicy, i och, to byli właśnie oni. A potem zbudziłam się godzinę za wcześnie gotowa by wstać, wstałam więc by paść bezwładnie na łóżko po rozszyfrowaniu czasu i boleśnie zbudzić się o właściwej porze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz