niedziela, 30 listopada 2008

spać, kurwa mać

noc z wtorku na środę – pomiędzy 5 a 6 godzinami snu

kawa (słaba, za słaba)

wuef (męczący, zbyt męczący)

brak koncentracji (doskwierający)

noc ze środy na czwartek – 6 godzin snu

zgodnie z normą trwania snu, 4 godziny w plecy

zgodnie z moją potrzebą, w plecy całe wieki

dziwny szum przechadza się od ucha do ucha, wewnątrz głowy,

jakby była wypełniona czymś gęstym i lepkim.

I nie jest to żaden wiersz do własnej bezsenności, ale przemawiająca do wyobraźni, kilku zdaniowa substancja treściwie oddająca mój stan dzisiejszego poranka.

W oczach piasek

rzut oka na resztki wychłodzonej z niedawnego ciepła pościeli

boli straszliwie

chcę już popołudnie


godz. 19:12


Po tej litościwie żałosnej inwokacji porannej nie pozostaje mi raczej nic innego prócz jej konstruktywnej kontynuacji, nadal beznadziejnie tkwię w tym bolesnym dysonansie a następne bezsenne godziny czynią go tylko bardziej mętnym i nieprzystępnym.

Popołudniowe godziny przespane pod kocem, o których tak gorączkowo marzyłam w szkole czując gęstą, lepką treść przelewającą się boleśnie i ciężko przez moją ołowianą głowę (i czyniąc mnie nieprzyzwoicie otępiałą), te właśnie godziny, choć zaaranżowane z pedantyczną dbałością, nie znalazły swojego finału w lekkim dryfowaniu wśród słodkich, odciążających snów. Przeciwnie; siłę grawitacji odczuwam nieznośniej niż zazwyczaj.

Nawet mój umysł nie opiera się urokowi siły ciążenia i schyla się niemu z pewną konsekwentną beznadziejnością. Ułożenie konstruktywnego zdania spełniającego minimum mojego poczucia językowej estetyki zajmuje mi dziś znacznie dłużej niż zająć powinno.

godz. 23:28

Aleksandro, ty skończona debilko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz