środa, 22 lipca 2009

gadające głowy

Ranki przeciągają się do godzin popołudniowych, popołudnia do wieczorów, wieczory zahaczają o następne dni. Lato czerwieni się i rdzawi od fal gorąca, uderzających periodycznie o brudne ściany budynków. Świat dąży do względnej harmonii, poskramiając gorąc wieczornymi burzami. Czasem ucieka się tylko do dalekich grzmotów, przelewających się przez zaspane miasto, i tak przypomina o swojej nieobliczalnej bytności.

Śpię, jem i kocham. Budzę się wcześnie i chwytam zaspane ranki, smakuję je i powtarzam, stają się nie do odróżnienia w swojej słodkości. Tylko w południa chciałabym zniknąć, względnie rozpłynąć się, przeczekać te dziurawe godziny w innym stanie skupienia, płynnie ściekając przez palce i uwalniając się z tego zawieszenia w czasie, z nieznośnego odrętwienia między rankiem a popołudniem. Gdzieś wieczorem w głośniki włazi muzyka, wolna, oleista, oderwana. Taka prawdopodobnie ma teraz być.

Leniwie słucham i czytam, z postępującym kultem dla innych ja tymczasem staję się coraz bardziej przezroczysta. Neguję wyrazistość własnego jestestwa, skłaniam się do uznania go tylko połowicznie, i to raczej tej drgającej połowy, definiującej mnie od strony czysto fizycznej. Pozbawiona konturów, wybielona z własnych myśli, chęci, doznań i opinii, słucham innych i rosnę w ich kształty i wypukłości, przywdziewam ich sfabrykowane odbicia, stając się niekonkretnym i dość przypadkowym zlepkiem osobowości. W swojej transparentności kolekcjonuję gadające głowy.

wtorek, 21 lipca 2009

pisanie, takie słowo

Lubię, a inaczej nawet nie potrafię, rozciągać pisanie w czasie, pozwolić temu zajęciu, skoncentrowanemu do ściśle określonych czynności rozpiętych między mną, klawiaturą a pokornie migającym kursorem, urastać do leniwego, tłustego rytuału, odprawianego z czcią wcale mu nienależną. To stadium, święte zawieszenie w wyciętym fragmencie czasu i przestrzeni, stan rozpisany na okoliczności. Okoliczności aranżują pisanie, opiewają je i skłonne są wykraczać poza, nierzadko będąc więc celem samym w sobie.

Muzyka wibruje lekko i nieśmiało, ścisza się ją niedbale, po omacku, w strachu o myśli, ich cienką, lichą konstrukcję gotową rozprysnąć się w czasie gdy mrugnę okiem, spojrzę w lewo, zanucę, westchnę. Ostatecznie muzyka przeszywa myśli, porusza nimi i potrząsa niezręcznie; trzeba ją wyłączyć. Herbata, lepiej kawa, gorąca, potem przestygła po długim czuwaniu, bezpieczna przystań między wyrzuconymi słowami. Gra W Klasy otworzona na przypadkowej stronie i nieprzypadkowym fragmencie, znów parę słów, ciepłych, drgających jeszcze chwilę na ekranie, zanim pozamieniam im miejsca i pedantycznie popoprawiam. Poczuwam nieznoszące zwłoki nieistotności, kłębiące się między myślami i zakłócające ich lichy ciąg, którym oddać muszę moment lub dwa. I tak kłaniam się do lustrzanego odbicia, muzykę włączam i wyłączam, uprawiam samotność w sieci, sprawdzam porządek między ścianami, patrzę i obejmuję bezładne hasła, enigmatyczne i niedostępne ogółowi skróty myślowe, nabazgrane na odwrocie kinowego biletu, wykreślane w miarę spinania ich w estetykę zdań i porządek akapitów.

Uskuteczniam serię odejść i leniwych powrotów, minuty rozciągają się do mijających cichaczem godzin. Nieraz czas ewoluuje w zdania. Ale bywa, że odkłada się na bok, zwijając się w nienapoczęte warstwy, i że rażąca biel skłania raczej do kapitulacji niż kolejnego powrotu. Bywa, że kończę pisanie, z niepokojącym wrażeniem wypaczenia tego słowa.