Z niestrawnego ogromu zblazowania i niezjadliwej nudy próbuję wykrzesać fragment prozy nieprzegniłej jeszcze i nie zzieleniałej do końca od konsekwentnie nabywanej obojętności, myśl że każdy upadek kończy się dnem czy podłożem, nieważne jak twardym, wydaje się być kusząco kojąca kiedy wiem, że ja tymczasem dryfuję w wcale nierozkosznej próżni, bez wytycznej końca, błagam o zatrzęsienie!
Dzień ma konsystencję ostygłego kisielu o smaku syntetycznej pomarańczy, ja - nierozrobiony proszek osiadły na krawędzi salaterki o jałowym wzroku.
Wszystko to substytut, teoretycznie mam dystans, ale problem w tym, że teoria wymija się z rzeczywistością i nawet nie powie że dzień dobry. Zbyt dużo rzeczy określam surogatem, ale cóż mam zrobić, kiedy intensywność straciła rację bytu.
Chyba, że nigdy jej nie miała, ale to i tak bez różnicy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz