Rano leżę jeszcze chwilę w łóżku, walcząc z niezidentyfikowaną siłą zamykającą mi na powrót oczy. Nawiedzają mnie wtedy przemyślenia natury czysto egzystencjalnej, robię krótki przegląd nieszczęść ostatnich dni i obliczam prawdopodobieństwo następnych, wnioski więc oscylują wokół konkluzji, że jednak dobrze byłoby się zabić. Ewentualnie zasnąć i nigdy nie wstać, taki tam powrót do pra-życia.
Dochodzę do wniosku, że pisanie wczesnym rankiem nie wychodzi mi najlepiej, bo chcąc ogarnąć jakoś chaos po-senny, gubię po drodze składnię i brzmienie zdań (na co sama jestem beznadziejnie uczulona, a z czego większość polskojęzycznych ignorantów zwyczajnie sobie kpi.) Sama nie wiem. Szumi mi w głowie i jestem dziwnie sama. Oba stany nieznośnie przewlekłe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz