Czy można być kiedykolwiek bardziej zdezorientowanym i skoncentrowanym w bolesnym cierpieniu stania okrakiem pomiędzy dwoma nierównoległymi rzeczywistościami, niż budząc się o godzinie siódmej wieczorem. Specjalnie bez znaku zapytania, bo to pytanie retoryczne. Jestem z cierpkim posmakiem niedokończonego snu w ustach. Zagubiony fortepian potyka się gdzieś o swoje klawisze. Ołowiana głowa ciąży z każdej strony, na zmianę z lewa to z prawa ulega prawu grawitacji. Wszystko takie ciężkie, nieuchronne. Skondensowane w jedną, rozciągliwą masę. Zimno.
Pooglądałam Krew Poety Cocteau, żeby podtrzymać przy życiu moje ukulturalnienie, tymczasem chyba jeszcze bardziej je zdusiłam, bo prawdopodobnie za głupia jestem na tak głębokie alegorie. Ale zgodnie z zasadą, że rzeczy niezrozumiałe są piękne i trzeba je wielbić, film był doprawdy zjawiskowy.
Zaraz zwariuję od niczego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz