niedziela, 26 kwietnia 2009

god, if i have to die, you will have to die

Dając upust swoim budzącym się periodycznie intelektualnym ciągotom, wypięłam się na świat wielbiąc raz jeszcze Woody'ego Allena, bo jakąkolwiek postać przybrałby tym razem, ja uwielbiam go już przed napisami. Nastawiam się entuzjastycznie jeszcze w czasie reklam. Subiektywizm, moje drugie imię; cynizm i autoironia, nazwiska Allena. I chociaż nic nie smakuje tak jak Annie Hall, nawet po raz setny, słuchając dialogów czy wyprzedzając je śmiechem (łamać chronologię, łamać zdzirę!), to „Celebrity” było takie, jakie być powinno; czyli dobre, spostrzegawcze, (auto) ironiczne, szczędzące taniego moralizatorstwa, w wysublimowany sposób demaskujące ludzkie ciągoty do fikcji w świecie, gdzie realizm przestał zadowalać. Chciałam jeszcze na deser zjeść „Zbrodnie i wykroczenia”, ale widać to było za dużo, zachłysnęłam się Allenem i chyba przeraziłam grożącego mi sobotniego przeintelektualizowania, bo nawet moje spragnione filmów Ja czknęło niepokojąco.

Eksplorując nieznane mi wcześniej tereny awansowałam na wyższy poziom zblazowania i postawy mamwaswdupie, siedzę wysoko nad światem i wygrażam mu palcem. Albo wracam do starej dekadencji i krzyczę z Modest Mouse: God, if I have to die, you will have to dieee! żeby zagłuszyć jakoś ten gęsty sentymentalizm, wlewający się nieuchronnie drzwiami i oknami. Co się stało z wieczną dekadentką, z beznamiętną prawdą że God is dead, gdzie upchałam książki o kulcie chaosu i nicości, czy jest gdzieś jeszcze ta muzyka, którą zapijałam bezsens. Szczęście jest tak banalne, choć będąc w samym epicentrum wydaje się to raczej poezją niźli prozą, rozciągać czas i wykiwać okoliczności, rozebrać szczęście na atomy i przyglądać się pod światło każdemu z osobna. Jak się mienią , jakie ładne! Życie wydaje się być czymś innym, czymś, czym jeszcze nigdy nie było; dawne priorytety straciły datę ważności, przeterminowane walają się żałośnie po podłodze. I wiesz, jedyna ambicja, to żeby złapać którąś z nocy i uczynić ją wieczną. Mitologia niedorzeczna. Noc jest wieczna.


(I mogę uskuteczniać ten zawiły bełkot, jako że o rzeczach prostych pisze się trudno, mogę mówić z sensem i bez sensu, mogę posilać się wierszami, mogę z uwielbieniem milczeć na pytania, mogę zamierać na dźwięk czyichś kroków lub zapomnieć, że istnieją, mogę słuchać w nieskończoność, mogę wreszcie czuć, że jestem, że znalazłam uzupełnienie, mogę być; ale spuszczam wzrok, bo od niebieskiego wiruje mi w głowie.)

niedziela, 19 kwietnia 2009

jest jak najlepiej na tym najlepszym ze światów

Na szczęście wszystko jest jak najlepiej na tym najlepszym ze światów.”*

Musiałam osłabnąć nieco w literackich zapędach, jeśli wszystko podpieram najpierw starannie dobranym cytatem z jedynej ze Słusznych Książek Mojego Życia (przez ułamek sekundy rozważyłam w przypisie podanie nawet wersetu, stwórzmy sobie sacrum na miarę Biblii) a zabieg pisania (zabieg jest tu najwłaściwszym słowem, tak staranny, tak czysto lekarski i utrzymany w estetyce doprowadzonego do stanu aseptyczności stołu operacyjnego) rozciąga się na potrójność czasu spędzonego na rzeczywistym stukaniu w klawisze (nie ukrywajmy, na tym właśnie polega cała ta zabawa). Ile tu nawiasów, a ile niepotrzebności poza nimi.

I jeszcze ten niepokój, że zyskując jedno nie obejdzie się bez utraty drugiego, i czy to możliwe, żeby gasła we mnie cała ta słynna potrzeba pisania, która podtrzymywała mnie przy życiu i czymś na kształt poczucia własnej wartości? Zapewne, brała się z braku bliżej nieokreślonego Czegoś, co ostatnio skondensowało się do całkiem konkretnej Rzeczy. Więc był (był? jest?!) to może wyraz jakiegoś braku, łaskoczącego przeciągu w niezatkanej dziurze, drażniącej pustki wymagającej przynajmniej substytutu nadzienia lub fałszywego poczucia spełnienia i sensu. Naciąganie rzeczywistości do czwartego wymiaru dało efekt całkiem słusznego placebo, w które wierzyć zdarzało mi się od czasu do czasu, powoływać – zazwyczaj, zabawiać – zawsze.

Zostaje jeszcze stary strach tej natury, że zabawa ta, bez względu na to, jak bardzo wierzyłam w jej przyszłą rolę w zbawianiu świata, miała od zawsze charakter czystej sztuki (?) dla sztuki, pospolite choć dumne ars gratia artis, nic więcej, nic ponad, czyta forma bez treści. A ja nie mam światu nic do powiedzenia. Im więcej czytam, tym większego przekonania nabieram, że wszystko co chciałam przekazać zostało już napisane. I czy jest to Cortazar, czy Stasiuk, Schulz, Kafka, Faulkner czy Hesse, wszyscy oni wpadli na to wcześniej, ich pieprzony geniusz, ich zezowate szczęście.

Mam za to ostatnio skłonność do relacji. Odczuwam najwyraźniej nieznoszącą zwłoki potrzebę szczegółowych sprawozdań, a wciąż opisy te wydają mi się mało szczegółowe, wybrakowane w tysiące ważnych spojrzeń, ubogie we wszystkie ważne subtelności, wciąż niepełne i pokraczne, tworzące raczej pewien mglisty zarys konkretnych czynności, żadną jednak atmosferę. I piszę tak, jakby to co przeżywam było nadal nieznośnie efemeryczne i zbyt ulotne, albo inaczej; to raczej sprawa być albo nie być, kwestia nadania zdarzeniom ciężaru i pozbawienia dręczącej przypadkowości, bo jeśli ona, to też tysiące straszliwych możliwości, a wtedy już odwieczne pytanie „co by było gdyby” nawiedza mnie z osobliwą zgrozą. Nic nie może znowuż być odgórnie ustalone, bo byłby to żart ze wszystkich gestów i starań, byłoby to odciążenie ich z naszej odpowiedzialności i przykucie zdarzeń do nieustępliwej drogi przeznaczenia (co za słowo), a my, a z nas powstałyby tylko marionetki, śmieszne lalki wypchane sianem. A może wszystkie te relacje sprowadzają się do prozaicznej potrzeby, by mieć jakiś namacalny dowód (a jednak znowu to nadawanie ciężaru) na to, że to działo się, d z i e j e się, tu i teraz, ma miejsce naprawdę (a więc spełnia wszystkie wymagania tak zwanej rzeczywistości) i że nikt nie jest w stanie temu zaprzeczyć.

Mam okres, a w pakiecie również pełne prawo do bycia rozdrażnioną, niezdecydowaną, obolałą i narzekającą (z czego czasem zdarza mi się korzystać). Mówi się o wyborze zawodu, a ja rozważam istnienie gdzieś kierunku w stylu cortazarologia, chyba tylko na tym polu mogłabym się spełnić, poświeciłabym się z najwyższą czcią i pasją. Analizowałabym jego prozę, nauczyłabym się hiszpańskiego (czytanie w oryginale, co za ekstatyczne doznanie) badała i rozkładała na czynniki pierwsze każde słowo do momentu, kiedy nauczę się tych słów na pamięć, będę mówiła jego językiem, ba, Cortazar przemówi przeze mnie, stanę się jego lepszym wcieleniem, bardziej kobiecym i melancholijnym. Chociaż nie, analiza bez rozkładu na czynniki pierwsze, żeby nie zgubić po drodze tego czwartego wymiaru, nie przejeść się i nie zatoczyć.

Została jeszcze kwestia mojej dalszej edukacji, tymczasem ja rozkładam ręce w hedonistycznym uwielbieniu dla robienia Niczego. Ale jak wiadomo, rezygnacja z działania jest oczywistym protestem, a nie jego maską. Protestem (fakt jeszcze oczywistszy) wobec tego, że każda czynność jest stwierdzeniem jakiegoś niedopełnienia, wybrakowania rzeczywistości, ulotności chwili, a mi tu wcale nieźle.

Jestem okrutnie senna i bodźce dochodzą do mnie ze spowolnioną prędkością, kpiąc sobie najwyraźniej z reguł percepcji. Mam problem z wybraniem muzyki i jak zwykle ułatwiam sobie Kurtem Vile na przemian z Simone White (pomyśleć, że zaczęłam jej słuchać tylko ze względu na zajebistą okładkę), bo będąc senną mam skłonność do zagęszczania atmosfery do stanu, kiedy będę mogła położyć na niej głowę a oczy, z ciepłej wilgoci, w końcu zamkną się same. Jaki byłby ze mnie krytyk, keidy wciąż słucham tych samych płyt, odkrywając w nich najpierw drugie dno, potem trzecie, czwarte, piąte, aż dokopuję się wreszcie do jakiegoś epicentrum, jakiegoś absolutu, z którego nie za bardzo uśmiecha mi się wychylać nosa. Kurt Vile lubi pytać is it real? a ja wtóruję mu i szepczę „is it real?", bo póki co i tak jest za dobrze, ja za młoda a szczęście nieprawdopodobnie proste.



*Cortazar, "Gra W Klasy", rozdz. 28 (wiem, wiem, to było ironicznie)

piątek, 10 kwietnia 2009

that's why they call it the blues.

Laughing like children, living like lovers,
Rolling like thunder under the covers.
And I guess that's why they call it the blues.


Kwietniowe lato zawisło w powietrzu, doprowadzając nas w cieple do słodkiej fermentacji. Zapachy stają się widzialne i tym bardziej intensywne, dopełniając kolory i wiatr. To wynaturzone lato przesłoniło nam świat, całując nas słońcem po ramionach, strojąc groźne miny gdy grzmi sobie dziecinnie, a na odchodnym usypiając nas z czułą obietnicą idyllicznego maju, maju jak sen o pomarańczach. Maju nocy połykającej nas jednym haustem, bezwładnych i szczęśliwych w tym stanie całkowitej uległości dla wszechświata, w zaufaniu dla jego chaotycznej głupoty, w uległości na jego wielkie zachcianki.

Słucham czasem Kurta Vile i daję się mu ponieść, zawierzając niepewnej strukturze muzyki, wodząc palcami po gęstej i nierównej powierzchni na wpół zakrzepłej substancji, odkrywając ze sceptycyzmem jej tanią chropowatość. Sklecony naprędce, naiwny i prosty szum okazuje się przewrotny jak sam tytuł płyty. Ryzykując brud pod paznokciami, odkrywa się jego wielowarstwowość. Zapuszczając się w otchłań na własną odpowiedzialność, wymacuje się w końcu cienką granicę, za którą rozciąga się odrealniona, hermetyczna przestrzeń prywatnych marzeń i fobii, pragnień i absurdalnych lęków.

Przelęknione pociągnięcia za struny tworzą subtelny miraż starych nostalgii, cichych ciągot za opuszczonymi peronami, groźną rzeką i nocnym wiatrem. Każde przesłuchanie to pełna poczucia winy inicjacja w intymną, całkiem obcą mitologię strachów i niepokojów przyczajonych na własne cienie. Chwieje się równowaga i środki tracą swoje proporcje, paradoksalnie wydaje się być to całkiem przemyślane. Dziecinne zabawy syntezatorem nieudolnie naśladują echa i szepty z rodzaju tych, które tylko nam się zdają.

A wszystko nieprawda i zachwianie nad krawędzią.


Kurt Vile przypomina mi w jakiś pokrętny sposób o Pawle Huelle. Czytuję teraz „Opowiadania na czas przeprowadzki”. Miesiąc temu przeczytałam Dawidka Weisera; powieść wydała mi się obłędem dopiero po oddaniu do biblioteki. Dopiero wtedy uderzyła mnie nierealna atmosfera tej książki, czar historii snutej z nad wpół przymkniętych powiek, kiedy to postacie stają się zagadką samym sobie, drgającym i zniekształconym wspomnieniem, które ostatnią, rozpaczliwą próbą przyciągane jest do ziemi, przywiązywane do przedmiotów, twarzy i zdarzeń próbujących je strzepnąć jak natrętną muchę. Narrator, jak miał na imię – Piotr? Paweł?, czuje coś na kształt niepisanego obowiązku zatrzymania wirujących obrazów, nadania im starej chronologii i logiki przyczynowo-skutkowej, te tymczasem wyrywają się z rąk, bawią w chowanego i zamieniają miejscami. Porażką kończą się próby przywrócenia im oryginalnej namacalności. Nieuchwytne w pierwotnej formie sceny, zmitologizowane przez żrący czas, tworzą niedokończoną układankę.

Swąd nierozstrzygniętej za dziecka tajemnicy drażni obietnicą rozwiązania nadrealnego, a jednocześnie niemożliwego do otrzymania. Wodzi za nos i niepokoi, każąc wciąż wracać do nieodtajnionych zdarzeń, zapuszczać i krążyć na przedmieściach utraconego na zawsze raju. Kim był Dawidek Weiser? Czy zginął i czego chciał, wtajemniczając chłopców w małą część swoich eksperymentów? I wreszcie, jaki był szerszy kontekst zdarzeń, których zasmakowała garstka dzieci?

Jedno gdańskie lato i jeden mały chłopiec, przedsmak tajemnicy, niedopowiedziana i na pozór zapomniana historia, niepokojąca metafizyka niewinnych zabaw zawiązują się w cienką nić, po której wyrosły już chłopiec odprawia nieustanne retrospekcje do czasu dzieciństwa, tym bardziej mitologizując, im rozpaczliwsze stają się powroty.

Mitologizacja. Wychodzisz i ciepłe wspomnienia szybko krzepną, zaczyna się zabieg odrealniania, tym beznadziejniej, im mocniej próbuję odtworzyć te godziny. Filtracja rzeczywistości przez racjonalizm i nagle wszystko traci prawdopodobieństwo istnienia, wątpliwe nawet w zepchnięciu między minione. Zdarzenia odrywają się od powierzchni ich miejsca, czasu i realności, dryfują luźno w niczym nieograniczonej przestrzeni i kłaniają mi się w zniekształconych pozach, w kapeluszach z ironii.

Może więc było tak, a może całkiem inaczej. Zostaje tylko ból głowy, to odurzenie nie pozwala na dalszą prozaiczność, skłania ku łóżku lub tańca z kapeluszami. Tak właśnie bywa.