czwartek, 30 października 2008

my name is comfortably numb

i can't explain, you would not understand
this is not how I am
i have become comfortably numb.

Więc albo ja stałam się wygodnie sparaliżowana, albo przeszkadzać przestała mi chwilowo ta nieznośna lekkość bytu, moje kroki przestały potrzebować punktu zaczepienia w postaci chodnika, o wiele lepiej radzę sobie bez, z nim jakoś nieporadniej aspirując i naraz tkwiąc uparcie w czymś wyższym, nieokreślonym, zmętniałym a z pewnością nie bardziej materialnym niż narkotyczny głos Banharta.

Byłoby znacznie łatwiej gdybym potrafiła zrozumieć własny bełkot, dotąd rzadko kiedy mogłam dostąpić tego zacnego luksusu futer ze świadomości i złotych zębów panowania nad sytuacją.

Wciąż ocieram się o tandetę próbując nie popaść w suchy realizm, do którego od zawsze miałam pewne niezdrowe skłonności, albo po prostu wydaję się sobie bardziej skomplikowana niż jestem. Zdaję się sobie cofnięta-odcięta. Zepchnięta. Tak do rymu.

Dryfuję w słodkiej dezorientacji przestrzeni i całych zastępów faktów składających się na tą prowizoryczną teraźniejszość, jak okiem sięgnąć na biurku brudne łyżeczki, brudne łyżeczki obnoszą się swoją lepkością i panoszą między książkami. Zbyt bezbarwne to wszystko, zbyt mętne i dlatego takie trudne do zdefiniowania. Jestem aktorką w tragikomedii rozpisanej na dwie role, bez audiencji, bez oklasków. Trochę to śmieszne, groteskowe i dziwne, ale lekkie i ciche, a kiedy na scenie zgasną już światła...

Zbyt nieważne.

Do przemilczenia.

[ja nie lubię stawiania pod murem, to burzy cały misternie utkany plan, by wycofać się rakiem ze wszystkie obietnic, w które zdążyłam już zabrnąć, a z których tak uwielbiam rakiem się cofać, och jak ja się w tym lubuję, dlaczego obietnice i wiązanie słowami tak bardzo mnie przeraża? ]

wtorek, 28 października 2008

speak to me.

Po mokrych i zimnych dniach nastała pora tych cieplejszych, o niebie koloru tandetnego błękitu, do których trudno wpasować się mi i muzyce którą ostatnio zwykłam puszczać, bo przecież tak dobrze było mi na tle przygnębiającej szarości, wilgotne ulice odbijały światła tak poetycko, a wiatr niósł moje nieszczęście gdzieś nad; i Matt Elliott stanowił zacną wisienkę na tym torcie smutku i jesiennych murów.

Szukając jakiejś chwilowej alternatywy dla łzawej muzyki, w której ostatnio smakuję się aż nad to, a która stanowi nieznośny kontrast dla pretensjonalnego słońca, odkryłam Misophone, płytę o długim i pięknym, a przede wszystkim ezoterycznym tytule, bo na próżno doszukiwać się tu ech z czasów naszych... ale o to tytuł: „Where Has It Gone, All the Beautiful Music of Our Grandparents? It Died With Them, That’s Where It Went...” i chociaż muzyka tagowana jest zacnie jako neo-folk, elementów tegoż doszukiwać się raczej trudno, to raczej kontrolowany chaos muzyki niedorozwiniętych dzieci, jest tu coś chorego i zwyrodniałego, coś niepokojącego w tej na pozór uroczej bezpretensjonalnej płycie zachwycającej prostotą nieskomplikowanych melodii przywołujących jakieś bezimienne piosenki z niezidentyfikowanych czasów, kiedy wszyscy byliśmy jeszcze tacy beztroscy i szczęśliwi. Bo Misophone to melodie grane radośnie i bez przerwy na paryskiej karuzeli, są dzieci i tandetne koniki z posrebrzaną grzywą, są nieproporcjonalne słonie z wyrzeźbionym siedzeniem, z niewinności prześwituje złowrogość intensywnych kolorów, małe zło czai się w słodkim bezpieczeństwie roześmianych clownów. I na czysty zachwyt pada cień ich rozżarzonych do białości zębów, mamo, ja chcę już zsiąść.

Nie wiem dlaczego pałam ostatnio jakąś niewytłumaczalną radością, dobrocią, miłością, i generalnie jestem całkowicie pogodzona ze światem. Szczęście zawsze balansował dla mnie na granicy braku świadomości i głupoty, tymczasem osiągnęłam wreszcie jakiś bliżej niezidentyfikowany spokój i harmonię pomiędzy wszystkimi strachami, zmorami, fobiami, niespełnionymi namiętnościami, na chwilę odnalazłam się w Tutaj, za niczym nie tęsknię, niczego nie oczekuję. Stan dalece za dziwny żeby ostał się u mnie dłużej aniżeli wszystkie przelotne humory jakie zwykłam miewać, po wielu nihilistycznych wywodach wciąż wstyd mi cytować ostatnie linijki z Million Dollar Hotel, chociaż, cholera, zaczynam wierzyć w nie coraz bardziej..

Cała ta sytuacja jest tak bardzo groteskowa, że posilona Nabokovem i Schulzem, wciąż nie potrafię ubrać jej w słowa. Na usta cisną się pytania czy tu mogę mówić o bliskości, dlaczego jestem taka sceptyczna zamiast rzucić się w wir tej namiętnej zabawy zwanej przyjaźń. Ale kiedy on pokazał mi się na Skypie, sama nie mogąc nic powiedzieć patrzyłam urzeczona jak rusza się i mówi do mnie swoim boskim głosem, głaszcze kota i czeka aż odpiszę, czy mam z nim jakąkolwiek łączność, a ja tylko gapiłam się nie mogąc w to uwierzyć. I napisałam chwiejne zdanie, że wciąż go widzę a potem coś o jego kocie, a on na moich oczach to przeczytał i jeszcze zareagował. To jakiś jawny absurd, groteska i żart, ale dopiero teraz uwierzyłam, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że on jest namacalny a ja taka niema w chęci nadania sobie konturów i większej ilości wymiarów. I w czasie łapczywego rejestrowania całej jego niezręczności i zmieszania, ja wiem i rozumiem, przecież gapiłam się na niego bez znaku życia, w całym tym chaosie nieporozumień i szalonej, intensywnej ciszy, nawet nie zauważyłam, że rozumiem doskonale co do mnie mówi.

poniedziałek, 27 października 2008

the mess we made

Ja naprawdę miałam najszczersze chęci, by zjawić się na drugiej lekcji wuefu, ale pragnienie było zbyt silne by mu nie ulec, a drzwi zbyt zamknięte by próbować je wyważyć. Poza tym moja dobra wola to i tak wystarczający pretekst by jeszcze bardziej nie utrudniać mi życia. Summa summarum znalazłam się w domu 10 minut wcześniej, co nie zaszkodziło a nawet pomogło.

Chwilę czytałam Alicję W Krainie Czarów słuchając Bardo Pond [przestaję pamiętać te nazwy zespołów], co znów uniosło mnie dwa centymetry nad ziemię, ostatnio odnalazłam przyjemność w chodzeniu między tymi szarymi ulicami co wiatr je gna i rusza jak w czarno-białych filmach, i tutaj kolory stają się jakby mnie rozpoznawalne a moje rzęsy jakby bardziej czarne, wszystko znów sprowadza się do iluzji, ale czy nie miło jest czasem podjąć tą grę absurdów.

wtorek, 21 października 2008

i'm just waiting for my man

I'm waiting for my man
Twenty-six dollars in my hand
Up to Lexington, 125
Feel sick and dirty, more dead than alive
I'm waiting for my man.

Kiedy błąkałam się między ulicami z jak zwykle wypaczonym poczuciem czasu i przestrzeni, tym razem z naciskiem na czas i temu podobne, słuchałam wilgotnego albumu o nazwie boskiej jak sama muzyka, a brzmiał on jak „this is the son of nihilism”. Tysiące mnie patrzyło z szyb sklepowych, odbijał mnie nawet asfalt, i będąc w płaszczyku w kratkę nie miałam nic przeciwko. Rozmawiałam z dziewczyną o długich rzęsach. Ja nie mam.

Za mostem zaskoczył mnie Mroczny Rycerz, spotkamy się w kinie, idę.

Młoda, ładna, inteligentna, cyniczna. Groteskowa ale who cares, who knows me at all. Nie ja mijałam ulice ale one mijały mnie, jestem w stanie jakiegoś wynaturzonego zadowolenia, zadowolenie zawsze ocierało się o głupotę, niech więc. Let it be. I'm just waiting for my man.

poniedziałek, 20 października 2008

dajcie mi jointa.

Pomyślałam to siedząc dekadencko na fortepianie z rozmazanym tuszem do rzęs [założę się, że był rozmazany], śmierdząca papierosami i tanim winem, na przeciwko chłopaka który bał się odezwać, udawałam, że tak naprawdę wcale mnie tam nie ma, patrząc na tłum idiotów tłoczących się pod sceną, na scenie jakiś podstarzały punkowiec wykrzykiwał do ludzi niespełnione utopie i zrozumiałam tylko refren „dajcie mi jointa”, i pomyślałam wtedy: właśnie, kurwa, dajcie mi jointa.

Trzeba było się znieczulić, żeby wytrzymać tam dłużej, ale chyba nikt nie dostrzegł mojej palącej potrzeby płynnego przejścia na jakiś wyższy stan świadomości by nie zwariować, wzięłam Kaśkę obserwującą swoją miłość obmacującą się z każdą napotkaną dziewczyną, zapytałam gdzie jej godność i uderzyła mnie zimna fala powietrza z zewnątrz; wyszłam.

Teraz wiem chociaż, że razem z Singiem i kasiną godnością, zespół Pawła również ssie. Żadnej satysfakcji.

O wiele większą miałam raczej pisząc niewinną autocharakterystykę na polski w ramach odrabiania lekcji z cyklu „miejmy już to za sobą”, w pierwotnej wersji ziejącą nudą, ale w przypływie ironicznego natchnienia i buntu wobec form ukryłam tam parę zgrabnych aluzji w związku z czym zamieniłam tekst w cyniczny traktat subtelnie wymierzony w czytającą.

wtorek, 7 października 2008

aleksandra waży słowa

[Chwilowe zacięcie wypełnione bezcelowym otwieraniem tych samych stron, sprawdzaniem planu lekcji na następny dzień, podpijaniem od czasu do czasu dawno wystygłej herbaty. Bo znów dochodzę do wniosku, że pewnych rzeczy nigdy nie ujmę w słowa tak jak tego chcę i potrzebuję.]

Czytam wciąż Miłość W Czasach Zarazy nie znajdując czasu na prawdziwe w niej zasmakowanie, mimo że Sto Lat Samotności było lepsze, książka ta to niekończąca się, kojąca historia ślepego dziadka siedzącego na ganku. Zastanawiam się co właściwie robiłam przez całe wakacje, znajdując czas na przeczytanie zaledwie paru książek, zaczęciu jakichś trzech, a oddając się raczej celebracji robienia Niczego, co zresztą wspominam jako czas niemal idylliczny. Nie żebym teraz robiła cokolwiek więcej, z tą jednak różnicą, że cała przyjemność zdeptana została przez udrękę zwaną wyrzutami sumienia, których nieposiadanie jest jedynie pobożnym życzeniem a nie ma w sobie nic z tak zwanej prawdy. Ale Nietzsche mówi że prawda nie istnieje, a ja zgadzam się Nietzschem w wielu aspektach, nawet tym [o zgrozo] dotyczącym teorii nadczłowieczeństwa.

Zresztą, braciaszkowie, nie mam czym się ekscytować, ani niczym podniecać bo ja i tak jestem niczym innym ale fikcją, i wcale nie jestem genialna, ani ukulturalniona, albo jestem ale czy ma to jakiś sens, jeśli każdego to i tak gówno obchodzi.

Nie spełniam się w szkole, prawdę mówiąc raczej się w niej spalam obsesyjnie myśląc o udowodnieniu komukolwiek czegoś na kształt „jestem trochę ponad, zainteresujcie się mną!”. Wciąż jednak, równana z przeciętną, sfrustrowana daję upust złości, braku motywacji i bezsilności w bierności i ignorancji, co wcale nie zawiedzie mnie dalej niż dotychczas. Jak zresztą zawieźć ma gdziekolwiek, kiedy na polskim od miesiąca piszemy dyktanda i pisma użytkowe, a na indywidualność nie ma czasu ani miejsca. Całe te bezcelowe testy pod koniec szkoły nastawione są wreszcie na chłopskie rozumowanie i dla ludzi o gorzej niż przeciętnym intelekcie, bo wymagają zwrócenia uwagi na rzeczy oczywiste, które ktoś czytający, i o wyższych aspiracjach, zwyczajnie pomija zagłębiając się w aspekty nie wymagające interpretacji, szukając głębszego dna, większego sensu.

I tutaj jedynym jedynym rozsądnym wyjściem wydaje się być błogosławiona ignorancja, jakaś cholerna ucieczka w muzykę i książki, i pisanie i Sztukę jako taką, bo to są rzeczy które prawdziwie mnie koją, boję się całkowitego oderwania od szarej rzeczywistości bo pewnego dnia zostaną mi tylko one. Będę niczym Harry Haller targana namiętnościami i przekleństwami tego świata, rozdarta pomiędzy setkami natur, pragnień i pożądań, znajdując jednak upodobanie w bierności i melancholijnej stagnacji. I chcę być rozbudzona jak on na balu maskowym, Tu i Teraz, ożywiona i natchniona życiem, tchnijcie we mnie życie, odtańczę swój szalony, makabryczny taniec na tym balu arlekinów a potem dajcie mi umrzeć śmiercią młodą i szybką, śmiercią incognito bo i tak nie zasługuję na więcej. Albo niech spadnie jakiś deszcz, i chcę by zawiał wiatr, przypomniało mi się jak deszcz padał, przykryta byłam kocem i spałam na plaży. I nawet wtedy byłam smutna chociaż wiedziałam, że to będzie jedno z lepszych wspomnień. Rozklejam się. Nie wolno.

poniedziałek, 6 października 2008

ta zabawa nie jest dla dziewczynek

Po godzinnym zastanowieniu nie mam za wiele do powiedzenia, tylko coś na temat utknięcia między ciepłem właściwym a klimatem południowej Afryki, na temat bólu głowy i niechybnego przeziębienia. Dzisiejszy dzień prowadzi do daleko idących wniosków, że głupi ma zawsze szczęście a frajerem jak zwykle okazuje się być ten, co za bardzo się starał.

Oglądałam dwuminutowy filmik J. o współczesnym Jezusie masturbującym się przed figurką Matki Boskiej a w tle panuje egzaltowany hałas, kontrolowany chaos, tam słychać jakieś echa surrealizmu, trochę obrazoburcze, trochę zadziorne, wszystko dystansem. Scena kiedy grał w karty w kapeluszu, jak z Jarmuscha. Nawet nie wiedziałam, że on jest so fuckin' talented. A jest, bo wielbię go za ten filmik.

Kwestii moralnych nawet nie podjęłam, bo właśnie ich brak najbardziej mnie ujął.

Śniło mi się, że przez chwilę w tłumie byłam kompletnie naga i zauważyli to wszyscy oprócz mnie. Traumatyczne przeżycie powtarzające się cyklicznie w różnym kontekście. Oto owoce chrześcijańskiego wychowania. Niewytłumaczalny wstyd i niezdolność do akceptacji samej siebie, nieudolne przełamywanie powstałych już barier, głęboko osiadłych w mojej psychice. Bóg to egoista, nie wypada żyć pełnią życia u jego boku. Życie to raczej niewytłumaczalna stagnacja w pozycji klęczącej.

Nie boję się i nie wierzę na-wszelki-wypadek. Mimo to stare lęki przed karalnością każdej przyjemności czy nawet zgodą z własną naturą wciąż tkwią we mnie z dawną mocą, chociaż przeszyte z lekka nabytymi przez ostatnie lata sceptycyzmem i cynizmem, może Freud miał rację i o wiele więcej tkwi w samej podświadomości. To trochę tak jak u Huxleya, gdzie dzieciom w czasie snu włączano taśmy z ogólnie przyjętymi dogmatami, bo czy wszystkie te msze kiedy balansowało się na granicy nieinteresującej jawy i marzeń sennych nie były idealnym stanem do ingerowania w naszą podświadomość i zaszczepienie wszystkich tych wyniszczających ideologii?

Idę kurwa spać.

[Wszystko o czym myślę w bezsenne noce i na lekcjach matematyki oscyluje wokół jednego tematu, trochę to gorszące; może nie bardzo, bardziej niepokojące; też nie zbyt. Nawet ja tkwię nadal w społecznych zahamowaniach i prywatnych wstydliwościach, bo wszystko o czym piszę nadal owite jest w zbyt grubą bawełnę.

A Janerka przestrzegał przecież, że ta zabawa nie jest dla dziewczynek.]

piątek, 3 października 2008

małe perwersje poczęte z nudy

Tegoż to dzisiejszego poranka otrzymałam należytą porcję dowartościowania, której de facto potrzeba mi na co dzień żeby nie umrzeć z żalu i prywatnych frustracji. I to jest powód dla którego umieram i naradzam się codziennie a w ten błogosławiony wtorek ostałam się przy życiu.

I wcale nie najgorsze jest to, że ta szkoła od czasu do czasu zmusza mnie do otwarcia książki innej niż „Miłość W Czasach Zarazy”. Nie. I wcale nie najbardziej razi mnie fakt, że traktowana jestem na równi z idiotami. Nie. Najgorsze jest to, że ja tam się zwyczajnie nudzę, a nuda ta przybiera rozmiary monstrualne i niepokojące, karzące mi sięgać wzrokiem, już wcale nie ukradkiem, a za to bezczelnie bo w drugiej ławce, do otwartych Sklepów Cynamonowych, gorzej, czytać je zachłannie i namiętnie, w przerwach rozmyślając,a myśli moje krążą wokół bardzo zawężonej tematyki, której szczegółów nie będę na razie przedstawiać jako że wydają się być zbyt oczywiste. A poza tym nie widzę żadnego sensu w gorszeniu was wbrew zasadom moralności, etyki, i wszystkiego z czego i tak chce mi się śmiać.

czwartek, 2 października 2008

mikrofony drżą

There's no black or white
No change in the light
No night, no golden sun.

There's sacrifice
There's hard feeling
There's pointless waste

I want wind to blow.

Wszystko drży. Muzyka drży. Mikrofony drżą, głośniki drżą, bas drży. Świat drży niespokojnie, pulsuje niepokojem.

Światło po siódmej załamuje się i mięknie. Głosy dźwięcznieją i boleśnieją. Bolesne, dźwięczne głosy. Na mojej ulicy rozkłada się martwy ptak [niech zginą wszystkie], fale radiowe tańczą i czają się, nie ma wiatru. I want wind to blow. Głosy Mikrofonów drgają od ciepła, spajają się wirując i wznoszą, do nieba, ale nie ma nieba, niebo nie nęka niebiańską niebieskością, nie ma, spadają. Ale ziemi też nie ma. Ani filmu Vivre Sa Vie nie ma, nie ma mnie, nie ma brudnego podkoszulka, zakurzonych książek, nie ma nawet telewizji. Nic nie ma.

Muzyka jest, rozedrgana i ciepła. Papieros jest i jego enigmatyczny dym, którego nie ma ale udaję że istnieje, nirwana jest. Nirwana to stan świadomości że jest nicość, a więc ma rację bytu. Najsłuszniejszą ze słusznych, braciaszkowie.

Przerósł mnie świat co nie istnieje, fikcja zdeptała żmiję, zmiażdżyła ją swoją fluorescencyjną stopą, przeklętą, śmieszną, jedyną i słuszną. Jestem ja ale mnie nie ma; zostając wiernym matematyce wszystko równa się zerze. Nawet nienawiść i ignorancja pogubiły w biegu wszystkie swoje znaczenia. Gonię je i podnoszę w pośpiechu, nie chcą, spadają, fikcja. Fikcja. Ohydne przekleństwo. Prąd. Ohydniejsze.

Muzyka szumi i brzęczy, świszczy i szepta boleśnie, nie wiedziałam że szept koi bolesnością, a koi. Bębny tych, co przetrwali ciałem, odstukują pusty i makabryczny rytm. Rytm przechodzi w chaos, szalony i obłąkany nieporządek nieistnienia, obrządek ku czci nicości, wiatru co nie wieje, słońca co nie świeci. Delirium zakłóca ostrość widzenia. Celebracja nocy. Nothing seems right, except for the music at night, prąd elektryzuje nasze cofnięte umysły, kreuje grymas na naszych zniekształconych twarzach. Skłońmy się czerwonej, napoczętej ziemi. Skłońmy się samym sobie na tym boskim balu cieni.

Nasze pokolenie unicestwi się samo.