Ale wszystko to, nie tak, niezupełnie tak, i mieszam się, przestępuję z nogi na nogę, łżę bez miary – a im dłużej poruszam się i szperam w wodzie, gdzie na piaszczystym dnie szukam blasku, który mignął mi przed oczami, tym mętniejsza woda, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że znajdę, pochwycę. Nie, niczego jeszcze nie powiedziałem, a raczej powiedziałem same rzeczy książkowe... i koniec końców należałoby to rzucić i rzuciłbym, gdybym się trudził dla kogokolwiek spośród żyjących teraz, skoro nie ma na tym świecie ani jednego człowieka umiejącego mówić moim językiem; albo krócej: ani jednego człowieka umiejącego mówić; albo jeszcze krócej: ani jednego człowieka – to przychodzi mi troszczyć się tylko o siebie, o tę siłę, która każe mi się wypowiedzieć.*
Mój hedonizm objawia się często w przyjemnościach graniczących z delikatnym masochizmem, już sam fakt, iż szczęście uważam za coś nieosiągalnego, ale ekstatycznie bolesnego, świadczy o powyższym. Dochodzę do wniosku, że wszystko jest za mało intensywne by doznać przy tym wyższych emocji, trzeba najpierw sprowadzić te doznania do bólu cielesnego, wprowadzić je we wszystkie żywe tkanki, by boleśnie naprężone same dostroiły się do melodii tej ekstazy, żeby wszczepiła się ona we wszystkie komórki niepokojąc je, niszcząc, podrażniając.
I dlatego tak lubuję się w bólu głowy i uczuciu głodu, po znieczulające lekarstwa sięgając tylko w ostateczności zamraczającej mi umysł a wraz z nim zdolność myślenia.
Mówię o bólu pragnąc go w wynaturzony sposób, tymczasem niezdolna do osiągnięcia nawet jego nędznej namiastki. Jedyne co doświadczam to spowszedniałe, mętne składniki rzeczywistości, zbyt mdłe i wyblakłe by doznać je głębiej i naprawdę. Wszystkie doznania musiałabym chyba skondensować w obrębie jednego dnia lub nawet krócej, w obrębie jednej minuty, by zwiększyć intensywność doznań, by przeniknąć przez nie, by stały się mi dotkliwe i wystarczająco nasycone. Ból więc pozostaje jedynym naturalnym rozwiązaniem.
Dzisiaj to nie ja stoję na podłodze ale podłoga stoi pode mną. Znalazłam w swoim ciele wtyczkę do prądu.
Doczekałam czasów, kiedy wierzyć zaczęłam we wszystkie moje kłamstwa, tak bardzo obiecująco zwykłam o nich mówić. Teraz należą do rzeczywistości która i tak powstała i obróci się w złudzenie, dlaczego więc nie nagiąć jej jeszcze bardziej.
* Zaproszenie na Egzekucję, Nabokov. Wstępem tym powinnam chyba opatrzeć każdy wpis albo wyryć w pamiętnikowej okładce, bo to jedyny w swym rodzaju wyraz zagubienia [ech.], wyobcowania, niemocy bycia zrozumianym, wszystko brzmi tak pretensjonalnie, ale to też najlepsze wytłumaczenie, dlaczego piszę wciąż i wciąż.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz