poniedziałek, 24 listopada 2008

chyba jestem niepotrzebna, jest mnie coraz mniej

Jestem ZMĘCZONA, braciaszkowie. Utrudzona długim weekendem, pięcioma lekcjami i nocą skąpą w sen. Ludźmi, sobą, Internetem, muzyką, książkami, pisaniem, ZMĘCZONA.

I w sumie napisać miałam tak wiele, a nie napiszę nic, zła kawa krąży mi w żyłach, kawa słaba i przewrotna, więc chylę się na przemian ku opadnięciu z sił i znowu ku nagłemu przypływowi podniecenia. Dziś wzlatuję i upadam jak na przewijanym filmie wideo, i chyba już wiem nawet, jak czują się wtedy ich bohaterzy.

Ale ja przynajmniej nie biegnę wspak.

godz. 19:30

W skrajnych przypadkach o jakich świadczy mój obecny stan, bieganie wspak nie jest najgłupszą rzeczą jaką mogłabym tutaj uskutecznić. A nie jest, bo plasuje się daleko w tyle na długiej liście makabr, których obecnie mam ochotę się dopuścić. Łącznie z roztrzaskaniem kogoś o tą zieloną ścianę, czemu nie, jak tak, mogłabym nawet powalić trochę własną głową. Czemu nie, jak tak. Czyli jak?

Czuję, że jestem bardzo żałosna. Ale może to przez to, że bardzo zmarzłam, a wiatr na moście wywiał mnie, owiał mnie i przewiał na wskroś; mam więc pełne prawo do okazywania symptomów otępienia. I tu objawia się czysta genialność mojego organizmu, który okazywać je zaczął na długo przed racjonalną przyczyną.

Kurwa mać. Ja jeszcze żyję?

[ I w takim stanie zaprzedaję swą duszę podręcznikowi z historii, męczarnie skończą się jak zwykle, ale będę mogła powiedzieć, że przynajmniej próbowałam.]

godz. 20:52

Maraton okazał się być niemożliwy ani do przebycia, ani do przebrnięcia, ani nawet do przeczołgania na kolanach z prośbą o łaskę. Czytam pięć razy to samo zdanie, za szóstym stwierdzam, że jest bez sensu, przy bitwie nad (pod?) Sommą wpadam w trans, przy Gorlicach urywa mi się film. Tak, że wiem mniej niż przedtem. Mój nihilizm sięga szczytu (a raczej dna) więc obiektem moich marzeń jest na przemian łóżko i kula w łeb, czasem jedno i drugie. I na usta ciśnie się jeden z cytatów z Korova Milky Bar, a najlepiej zacytować by wszystkie naraz bo wszystkie są równie słuszne i adekwatne do mojego zajebistego samopoczucia, w końcu czuję się jak ktoś przegrany, w tłumie ludzi niewidzialny, chyba jestem niepotrzebna, jest mnie coraz mniej.

Siedzę nad historią rozumiejąc ją mniej niż kiedykolwiek przedtem , mój słuch obija się tępo o Tuxedomoon i nowe Paavoharju (rozczarowanie), zastanawiam się dokąd odeszły te czasy, kiedy byłam jeszcze piękna, młoda i pełna ideałów. Z akcentem na cechę pierwszą. Wysłałam Jemu zdjęcia antagonistycznie nastawiona, że przecież nie ma sensu podtrzymywanie wokół siebie tej świetlistej otoczki, zwłaszcza żem uosobienie brzydoty i tu nie okłamuję jego ale przede wszystkim samą siebie (a ja mam złą skłonność do dawania wiary własnym kłamstwom, z nadmiaru Niczego wszystko co radośnie wymyślę otrzymuje od razu przepustkę do karuzeli z szyldem Racja Bytu). Ale teraz żałuję, bo przecież czemu by nie, na tą chwilę już i tak usunięcie ich wypadłoby nadzwyczaj żałośnie (żyję więc i oddycham z bolesną świadomością, że święty obraz mnie toczy się i roztrzaskuje głucho a cały jego crush kurczy się do nieistotnych rozmiarów zwanych sentymentem). I pęka delikatna i lekka bańka mydlana, w której cicho dryfowaliśmy ponad całym światem.

Żeby cały stek złych metafor, którymi nafaszerowałam tej pretensjonalny tekst, nieco umniejszyć w tej swojej pretensjonalności, dodam na swoje usprawiedliwienie, że tą ostatnią wymyślił On.

godz. 22:42

Nawet nadając na tych samych falach, co jeszcze parę godzin temu, nie jestem w stanie skoordynować biegu myśli do czytania własnoręcznie wystukanego tekstu. Czyli musi być naprawdę źle.

Ale ja mam Lolitę, mam pomarańczową pościel, i w tej chwili cały świat może zapaść się pod ziemię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz