poniedziałek, 28 września 2009

trochę tak, trochę inaczej

Jest trochę tak jak w tej piosence Ferrata, a trochę inaczej.

L'été quand la ville s'ensommeille
Chez nous y a du soleil
Qui s'attarde
Je pose ma tête sur ses reins
Je prends tout doucement sa main
Et je la garde

On se dit toutes les choses qui nous viennent
C'est beau comme du Verlaine
On dirait
On regarde tomber le jour
Et puis on fait l'amour
En secret

sobota, 12 września 2009

wiatr

Wiatr przepędza władczo zakrzepły gorąc lata, to arbitralne diabelsko przeciągów i zaciągów, co otwiera i zamyka nam okna i usta. Rozpanoszyło się swoją śmieszną, immanentną władzą to panisko trzaskających drzwi (trzaskających słów), rządzi się w swoim bezładnym pląsie, wydyma sukienki, przykleja babie lato do toreb przechodniów, częściej kłuje w oczy i zakrzywia widzenie. Tak, nastały dni wiatrów i gęstych warstw mgieł, gniotących nas rano do mostu.

Przypomina mi się tamta jesień, której nikt nie pamięta. Siadywaliśmy u babci na przeciągach, a wietrzne dni układały się w monotonną bajkę. Wieczorem niebo było całkiem czerwone, pewnie z wysiłku, by następnego dnia dmuchnąć w nas mocniej. Ogrodowe krzesła najpierw przywiązywało się do kolumn i rynien, ale wiatr robił z nimi co chciał, szarpiąc złowrogo rzecz nietrwałą w swoim wypaczonym poczuciu piękna, więc później wszystko stało już w domu, na przejściu, rozwichrzone i falujące jeszcze od tego tańca dzikiego. Przestrzeń powoli ustępowała, oddając ogołocone ciało w ręce tego napaleńca. On zabawiał się z nią jak chciał, a strzępki tych zabaw świszczały przez szpary w tych oknach, których nie udało się domknąć. W nocy groził tym świstem, cały dom naelektryzowany był świszczącym niepokojem i bardzo się bałam. Wiatr w końcu się znużył, jego zmęczone strzępki opadły i schowały się w lesie.

Może głupie wietrzysko, ułuda niezdobytej wolności, wywiało z głów Pozostałych wszystkie wspomnienia, albo to ta pora trwała jeden dzień, a tylko w mojej pamięci nadmuchana została do długich, świszczących tygodni. Zdeformowana bajka o wiatrach. Może pamiętam jesień, której nigdy nie było.

Każdy pisarzyna chce być taki literacki. Uważnie wybieram tylko schulzowskie sceny, miętoszę je potem w palcach jak plastelinę, aż staną się ciepłe i miękkie, podatne na deformację. Kupiłam kwiecistą chustę i zieloną spódnicę. Zaczynają się dobre, słodkie jabłka. Chcę znów wejść w ten pożyczony ogród ziemskich rozkoszy. Zniknąć za jego zarośniętą granicą i nie być na parę godzin. Jak bardzo to niemożliwe, wciąż jednak wariuję z miłości.