czwartek, 6 listopada 2008

nieznośna lekkość kłania się w pas

Między godziną 19 a 20, będąc w drodze do zastygłego w przestrzeni miejsca zwanego domem, moim udziałem stała się chyba jakaś wysmakowana namiastka delirium będąca płodem przedziwnej kondensacji francuskiej awangardy i czarnego powietrza, w którego smrodzie mlecznej mgły i ulicznego kurzu odnaleźć mogłam napierającą zewsząd stagnację rzeczy twardych, słonych od księżycowej bieli w którą eteryczna deklamacja wpasowała się obłąkańczo idealnie. Smuga nieboskiej muzyki wypełniała wykwintnie kamienne przejścia nocną porą wstydzącą się swojego ezoterycznego wymiaru, surowość przykryła wstyd ręką twardą i chłodną, cienie zachciały bawić się w znikanie. Subtelną finezję dusiła mgła.

Smród wysublimowanych bodźców, niecierpliwy cień, kapelusz którego nie miałam; wszystko to stało się zbyt szybko bym doświadczyć zdążyła cokolwiek namacalnego. Poruszam się wciąż niejasno i chaotycznie, popadam w delirium nadinterpretacji. Matką czwartego wymiaru zdaję się być ja.

I znów ta nieznośna lekkość cynicznie kłania się w pas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz