czwartek, 7 lutego 2008

idę młody, genialny, trzymam ręce w kieszeniach

Idę młody, genialny, trzymam ręcde w kieszeniach.

Nagle wszystko nabiera intensywniejszych kolorów, jest bardziej doświadczalne i już nie tak ulotne; o siedemnastej zaczęło się ściemniać a pierwsze piwo wypiło się na Imperium, drugie gdzieś na końcu świata siedząc na połówce deskorolki. Potem biegło się ostrożnie do Fortu, tylko tam ludzka naiwność jest tak wielka a nasze szczęście proporcjonalnie duże, że ubikacje stoją otworem naprzeciwko wejścia.

I to było tak jakbyśmy znali się już bardzo długo, mówiłam zapewne straszne głupoty ale czasem miło się nimi powymieniać.

Noc była gładka i ciepła, mój nos czerwony tak czy inaczej, zupełnie jak usta, których czerwień kontrolowałam jednak w szybach opuszczonych samochodów. Szłam przez zgasłe ulice z rękami w kieszeniach, pierwszy raz poczułam że to ja stawiam kroki, zresztą nie miejsce tu na wywody-sentymenty. Mój głos dziwnie zniżał do zmysłowych tonów, jakby podświadomie adaptując nową sytuację; gdzieś tam na moście kiedy piwo wylało się do cepowej marynarki, wtedy kiedy wstał z deski a ja upadłam siedząc wcześniej na drugim jej końcu, albo potem jak nad rzeką rozprawialiśmy o kryzysie biednego świata, ogarnęła mnie jakaś dziwna czułość, której sama trochę się wstydziłam.

Potem pokrążyliśmy czarnymi ulicami i z pełnym pęcherzem po raz ęty w ten dzień, zostawił mnie gdzieś koło pustej budki sklepowej; nikt nam nie powiedział jak to miał wyglądać, więc uścisk był uroczo niezgrabnym wybrnięciem. Błotniste uliczki zmylały mi drogę, ostatecznie zawitałam do Patrycji z Katarzyną, gdzie spożytkowałyśmy kolejne piwo nie czując nic prócz błogiego spokoju w cichej kuchni, gdzie całą noc uśmiechałam się pod nosem i ustawiałam playlistę puszczając tylko fajne kawałki.

Dzisiaj leczę niedospanie Kings Of Convenience, wdycham słonecznie złudne placebo wiosny i chyba czuję jak krew pluska mi w żyłach.