środa, 3 grudnia 2008

lo-li-ta

Pod jakimś zupełnie błahym pretekstem (gdyż była to nasza ostatnia szansa i właściwie nie liczyliśmy się już z niczym) wymknęliśmy się z tej kawiarni na wybrzeże, znaleźliśmy odludne miejsce na piaskach i tam we fioletowym cieniu kilku czerwonych głazów, tworzących coś na kształt jaskini, spędziliśmy trochę czasu na łapczywych pieszczotach, za świadka mając tylko parę zgubionych przez kogoś okularów słonecznych. Klęczałem i już byłem gotów posiąść moje kochanie, kiedy dwaj brodaci kąpielowicze, staruch morski i jego brat, wynurzyli się z morza, wydając obleśnie zachęcające okrzyki, a w cztery miesiące później ona zmarła na tyfus na wyspie Korfu.*

Dlaczego Lolita jest tak czarująca. Dlaczego kusi mnie tak bardzo jak biednego Humberta, dlaczego nęka mnie swoim rozkosznym jestestwem, swoim słodkim, ciepłym i zepsutym bytem. Dlaczego tak gorączkowo tęsknię do zmarłej Annabell, którą wyżsi krewni zabrali i zamknęli w głuchym grobowcu.

Lolita. Lo-li-ta. Ja jestem Lolitą. Ja chcę nią być. Cierpię na syndrom Lolity.

Pachnę i dryfuję, na płaszczyźnie wyższej od gruntu rzeczywistości odkrywam fantazje o słabości, poddaniu, słodkiej niewiedzy. Teraz chcę jasno białych sukienek, niedociągniętych pończoch, czekolady wokół ust. By pozwolić sobie na tej rozbrajający, dziewczęcy cynizm, słodką ignorancję i błogą ufność. Pachnieć dzieckiem i znaleźć własnego Humberta umierającego od fizycznych podniet, jakie stwarzam mu nieświadoma swojego bezpretensjonalnego uroku. Mieć w nim udręczonego wyznawcę, czciciela, doktrynera. Ubóstwiana, rozkoszna, kapryśna; jedyna i słuszna Doktryna.

Ale ja chyba znalazłam Humberta. Oto dlaczego tak lgnę, lgnę bezrosądnie i ślepo.

(To coś na kształt parafrazy, tylko tutaj nie Humbert pragnie Lolity.)



*
Nabokov “Lolita” rozdział I

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz