Laughing like children, living like lovers,
Rolling like thunder under the covers.
And I guess that's why they call it the blues.
Kwietniowe lato zawisło w powietrzu, doprowadzając nas w cieple do słodkiej fermentacji. Zapachy stają się widzialne i tym bardziej intensywne, dopełniając kolory i wiatr. To wynaturzone lato przesłoniło nam świat, całując nas słońcem po ramionach, strojąc groźne miny gdy grzmi sobie dziecinnie, a na odchodnym usypiając nas z czułą obietnicą idyllicznego maju, maju jak sen o pomarańczach. Maju nocy połykającej nas jednym haustem, bezwładnych i szczęśliwych w tym stanie całkowitej uległości dla wszechświata, w zaufaniu dla jego chaotycznej głupoty, w uległości na jego wielkie zachcianki.
Słucham czasem Kurta Vile i daję się mu ponieść, zawierzając niepewnej strukturze muzyki, wodząc palcami po gęstej i nierównej powierzchni na wpół zakrzepłej substancji, odkrywając ze sceptycyzmem jej tanią chropowatość. Sklecony naprędce, naiwny i prosty szum okazuje się przewrotny jak sam tytuł płyty. Ryzykując brud pod paznokciami, odkrywa się jego wielowarstwowość. Zapuszczając się w otchłań na własną odpowiedzialność, wymacuje się w końcu cienką granicę, za którą rozciąga się odrealniona, hermetyczna przestrzeń prywatnych marzeń i fobii, pragnień i absurdalnych lęków.
Przelęknione pociągnięcia za struny tworzą subtelny miraż starych nostalgii, cichych ciągot za opuszczonymi peronami, groźną rzeką i nocnym wiatrem. Każde przesłuchanie to pełna poczucia winy inicjacja w intymną, całkiem obcą mitologię strachów i niepokojów przyczajonych na własne cienie. Chwieje się równowaga i środki tracą swoje proporcje, paradoksalnie wydaje się być to całkiem przemyślane. Dziecinne zabawy syntezatorem nieudolnie naśladują echa i szepty z rodzaju tych, które tylko nam się zdają.
A wszystko nieprawda i zachwianie nad krawędzią.
Kurt Vile przypomina mi w jakiś pokrętny sposób o Pawle Huelle. Czytuję teraz „Opowiadania na czas przeprowadzki”. Miesiąc temu przeczytałam Dawidka Weisera; powieść wydała mi się obłędem dopiero po oddaniu do biblioteki. Dopiero wtedy uderzyła mnie nierealna atmosfera tej książki, czar historii snutej z nad wpół przymkniętych powiek, kiedy to postacie stają się zagadką samym sobie, drgającym i zniekształconym wspomnieniem, które ostatnią, rozpaczliwą próbą przyciągane jest do ziemi, przywiązywane do przedmiotów, twarzy i zdarzeń próbujących je strzepnąć jak natrętną muchę. Narrator, jak miał na imię – Piotr? Paweł?, czuje coś na kształt niepisanego obowiązku zatrzymania wirujących obrazów, nadania im starej chronologii i logiki przyczynowo-skutkowej, te tymczasem wyrywają się z rąk, bawią w chowanego i zamieniają miejscami. Porażką kończą się próby przywrócenia im oryginalnej namacalności. Nieuchwytne w pierwotnej formie sceny, zmitologizowane przez żrący czas, tworzą niedokończoną układankę.
Swąd nierozstrzygniętej za dziecka tajemnicy drażni obietnicą rozwiązania nadrealnego, a jednocześnie niemożliwego do otrzymania. Wodzi za nos i niepokoi, każąc wciąż wracać do nieodtajnionych zdarzeń, zapuszczać i krążyć na przedmieściach utraconego na zawsze raju. Kim był Dawidek Weiser? Czy zginął i czego chciał, wtajemniczając chłopców w małą część swoich eksperymentów? I wreszcie, jaki był szerszy kontekst zdarzeń, których zasmakowała garstka dzieci?
Jedno gdańskie lato i jeden mały chłopiec, przedsmak tajemnicy, niedopowiedziana i na pozór zapomniana historia, niepokojąca metafizyka niewinnych zabaw zawiązują się w cienką nić, po której wyrosły już chłopiec odprawia nieustanne retrospekcje do czasu dzieciństwa, tym bardziej mitologizując, im rozpaczliwsze stają się powroty.
Mitologizacja. Wychodzisz i ciepłe wspomnienia szybko krzepną, zaczyna się zabieg odrealniania, tym beznadziejniej, im mocniej próbuję odtworzyć te godziny. Filtracja rzeczywistości przez racjonalizm i nagle wszystko traci prawdopodobieństwo istnienia, wątpliwe nawet w zepchnięciu między minione. Zdarzenia odrywają się od powierzchni ich miejsca, czasu i realności, dryfują luźno w niczym nieograniczonej przestrzeni i kłaniają mi się w zniekształconych pozach, w kapeluszach z ironii.
Może więc było tak, a może całkiem inaczej. Zostaje tylko ból głowy, to odurzenie nie pozwala na dalszą prozaiczność, skłania ku łóżku lub tańca z kapeluszami. Tak właśnie bywa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz