Kończą się nijakie dni zwiędnięte od tęsknoty. Kończy się ostatnią sceną i zamiera tuż przed napisami czarno-biały film o hotelu na końcu świata, dumnym brzydactwie tego miasta, samozwańczym królu podupadłej dzielnicy.
To nie tam, gdzie miałam zajść, mityczne Tam nie istniało zresztą gdziekolwiek indziej tylko w moich mitologiach, tylko w chwilach pustej błąkaniny w nadziei znalezienia, a nawet wtedy majaczyło jako fantasmagoria falującego od gorąca powietrza, istniejąc na tyle tylko, żeby mieć siłę się przyśnić.
Zatrzymują się windy w połowie swych kursów, zastygają stare okna, w szalonej próbie zerwania z tańcem po kręgu własnej osi. Biała, pachnąca balsamem kołdra traci swą ważkość i formę, przerzedza się nieznacznie i dryfuje nad opuszczonym łóżkiem. Dźwięki węgierskich reklam zawisły w połowie szeleszczących zdań.
Mosty puściły brzegi rzeki, z ulgą rozprostowując zdrętwiałe grzbiety. Wypaliły się światła budapesztańskiej nocy i słońce, wstrzymywane krótko przez zwykłą przyzwoitość, przeżarło poddające się mury; rozszczepione od Dunaju przesiąknęło kamienice i blokowiska, chylące się od ludzkiego ciężaru.
Przesypiałyśmy bezsens tych dni, w zgodnym milczeniu rozklejałyśmy się z gorąca. A teraz nie ma już mnie i miasto wraca do umierania. Białe światło wypala dziury w biednym skrawku świata, którego nie bawi już pozorowanie istnienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz