poniedziałek, 15 czerwca 2009

chwilowa próżnia

Sobotnia noc. Ból przewierca się jak gwóźdź do samego wnętrza ucha, pulsuje chorobliwie i obezwładnia do stopnia, kiedy w środku głuchej nocy siada się na łóżku, studiuje zarysy uśpionej materii i bezwładnie poddaje się trawiącej gorączce, biernie rysując w wyobraźni głośny proces rozłamu ociężałej, opuchłej głowy, i dając się porwać absurdom rozhulanej fantazji, co we frenetycznym tańcu na krawędzi delirium łączy za ręce myśli z różnych kontynentów. Wstaję z łóżka i chodzę błędnie po domu z zamiarem rozniesienia bólu po wszystkich pokojach, rozprzestrzenienia małych, kłujących cząsteczek, gdziekolwiek, byle strzepnąć je pośpiesznie ze sztywnego od gorąca ciała.

Świadomość odkleja się lekko w momencie, kiedy próbuję zredukować powierzchnię ciała do pozycji i objętości embrionu, przezroczystego minimum pozwalającego na trwanie, albo słabe miganie. Możliwie niezauważenie. Zasypiam słodko odrętwiała, a rankiem, otępiała nocnymi walkami, ze zdziwieniem patrzę na moje nogi. Idą przez kolejne szpitalne korytarze, odseparowane od odrętwiałej reszty, porywają mnie bierną i całkiem obojętną.

I wszystko na tak, dobrze, masz rację, tylko ciszej. Czekam na krześle a śmierdzący dziadyga zagląda mi przez ramię na książkę. Drzwi do białych sterylnych pomieszczeń stoją otworem i wyłażą z nich dźwięki rozmów, telefonów i chrząkań. Pełzną po podłodze a ja słyszę je wszystkie podwójne, tak, jakby lewe ucho z poczuciem winy próbowało nieudolnie nadrobić zeszłonocne zaległości. Podwojone przez uszy, potrojone echem zimnych ścian, odgłosy pełzają po podłodze i nawarstwione przejeżdżają mi przez głowę z gracją przyrdzewiałego pociągu.

Uraczona szpitalną psychodelią dobiłam do swojego pokoju, gdzie popadając na przemian w bierność i stany egzaltacji nad własnym tragizmem obrastam w nudę i ogólną niechęć od dni paru. Piszę z oporem i wyciskam niechętne słowa, ociężałe i niepewne swojej wartości, bez przekonania posłuszne uderzeniom w klawiaturę. Poprawiam je i dopieszczam z maniacką pedanterią. Czas zwyczajnie sobie ze mnie kpi. Rozdmuchuje się do absurdalnych rozmiarów a kolejne porcje wlewają swe cielska przez okno. Redukuję go śpiąc, ale gdy zasypiam, wskazówki stają w miejscu i ruszają złośliwie tuż przed obudzeniem. Wtedy udaję, że go nie ma i czytam. Czytam Olgę Tokarczuk i mam mieszane uczucia. Obok mądrych, prostych obserwacji zjawisk, które wcześniej wydawać się mogły tak oczywiste i na stałe wbite w życie, że wzdycham sobie z zachwytem nad ich błyskotliwym wytknięciem, trąci też miejscami nieco naiwnym sentymentalizmem, który, opowiadaniom zwłaszcza („Prawiek” był bowiem nieskazitelny w swej formie i treści) nadaje niepotrzebnej banalności. Ale i tak jest bardzo dobra.

W zniechęceniu codziennością napatoczy mi się co rusz jakaś płyta. Odtwarzam ją bez przekonania, za to rzucam w kąt z całą tego pewnością. Permanentne rozczarowanie. Awansowałam może na jakiś nowy, niechciany poziom wrażliwości i wyłączam po chwili każdą muzykę, jaka potknie się nieszczęśliwie o mój odtwarzacz. Przybijam podniszczonym od ciągłego użytkowania stemplem napis „to już było” i porzucam w ciemni folderów. Ze wszystkich pewnych rzeczy wiem tylko, czego nie szukam.

Sprawdzam prognozy pogody, porównuję i ustalam. Jedyne jawne, społecznie akceptowane proroctwa. Patrzę na dni tygodnia i sama uzupełniam delikatne podpowiedzi. Subtelna sugestia tła na jutro. I pojutrze. A pojutrze znów będę oddychać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz