Wiosna przetoczyła się gdzieś obok, zatoczyła wstydliwie koło i zrobiła pośpiesznie miejsce niepewnemu latu. A lato nieśmiało zatacza coraz większe kręgi, periodycznie sobie folguje i pozwala na krótkie szaleństwa, by potem oczyszczać sumienie deszczem jak ze Stu Lat Samotności. Wszystko póki co jest umowne i lekko zakreślone, to jakby poruszać się po szkicu w niecierpliwości na coś prawdziwszego, intensywnego według wyrosłej na wielokrotności doznań definicji, akcentowanego dosadniej to tu, to tam; może boleśniejszego, albo upalniejszego, jakkolwiek wciąż zawierającego coś na kształt „bardziej”, ewentualnie mocniej, do przodu bądź w górę. Szukam podziału, chcę kontur i granic, zdaje się - naiwnie, w obliczu płynności rzeczy. Zresztą chęć to irracjonalna i raczej przewrotna; dzieląc czas na epizodyczne wyspy nogi bym zgubiła w szalonych próbach przeskoczenia. Może tylko patrząc wstecz, świat dalej stałby na pierwotnym miejscu, składny i niezatarty.
Jest więc deszcz, czereśnie wśród wyplutych na oślep pestek, jest pierwszy dzień mojego lata. Ranek przeciąga się leniwie i dzieje nieśpiesznie, południe po cichu wpycha się i panoszy na jego miejscu. Z głośników leje się letni Volllenweider, tak rozkoszny w Stelli, taki piękny w Morning Poem (płakać się chce). Zacieram chronologię rzeczy, nieustannie burzę ich kolejność. Wrażenie nie wynika wprost z wydarzeń, rodzi się skulone i suche dopiero po ich kilkukrotnej projekcji w pamięci. I powstaje jako hiperbola rzeczywistych doświadczeń. Sztuczne, z konserwantami, tylko do oglądania. Chwile tymczasem toczą się ze smutną konsekwencją w dół, jak kolorowe kulki po powierzchni pochyłej. Oglądam je biernie spadające z krawędzi. Ich efemeryczność nadaje im jakiegoś złudnego połysku; odrywam zaraz oczy, by nie podzielić ich losu. Przewijam się przez czynności, przetaczam po wyboistościach z zamkniętymi oczami, mijam z nieczystym sumieniem. Bawię się w jakiś zły taniec z Niedokończonym, nadając czasownikom pozory formy dokonanej. Tylko ja znam jej bylejakość.
Ale zdarza mi się wpadać w załamania w czasie (nadżarte upałem ciała parują i stygną w cieniu żaluzji, zewsząd napiera gęste od rozwścieczonego słońca powietrze, po podłodze walają się rozciągnięte i zużyte sekundy wolności, kiedy opada się w dół i dryfuje w słonej próżni). Wciąż nie jest to latem, a raczej obiecującym przedsmakiem czegoś, czego możliwie nie będzie, a za czym wyciągamy ręce w niezasłużonych żądaniach. Chęć i niejasne wyobrażenia nabierają sił gdzieś na granicy snu. I kiedy pobłaża im się najbardziej, wtedy rozrastają się w oszałamiających zapachach do ruchomych obrazów z pociągami podnoszącymi czerwone spódnice.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz