Szczęście tuż u swego schyłku jest rozkosznie słodkie. Zawisło na krawędzi i kurczowo zagarnia wszystko, co je definiowało. Więc jeśli otworzyć okna, to na oścież, jeśli przyjemność, to do bólu, jeśli miłość, to do zejścia.
Powietrze jest gęste i ciężkie, w pocie czoła podtrzymuje nas w pionie, kondensuje rzeczy do stanu namacalności, spowalnia ruchy i spłyca oddechy. Wyciąga z kanałów nitki smrodu i rozwiesza je wzdłuż ulic jak karnawałowe dekoracje. Będąc pod napierającą siłą falującej z gorąca przestrzeni, redukujemy się do lepkich i głodnych siebie, między ścianą a łóżkiem, uwięzieni w sufit i podłogę, w brak drzwi i głosy zza umownych ścian. Gdzieś na granicy tchu chęć krzyku przerzedza się i ginie, stłumiona przez gęste warstwy powietrza, jeszcze przed końcem i zanim będzie początek. A koniec, koniec przypiera nas do ziemi i każe ją poczuć.
Potem zostaje jeszcze zmęczenie, my, stygnący, rozcieńczeni w atomy dryfujące od ściany do ściany, jeszcze leniwa bliskość, i milczące przejście w poprzek nocy, i sen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz