Po kilkudniowych huśtawkach nastroju, wpędzających mnie od niewytłumaczalnej euforii (rzadziej) do skrajnej depresji i cichego chlipania w pozycji embrionalnej (znacznie częściej), w pocie czoła szukając źródeł owych wahań nieznośnych, wystawiłam sobie fachową diagnozę.
Cierpię na:
- depresję końca lata,
- syndrom bohaterki tragicznej,
- przewlekły malkontentyzm i muzyczny snobizm,
- awersję do godzin stricte południowych,
- platoniczne uwielbienie dla paru pisarzy (tak, Cortazarze, ty stary łajdaku)
- stały pociąg do enigmatycznie niesprecyzowanego Czegoś, będącego zawsze bardziej Tam niż Tu;
- przerost ambicji nad warunkowanymi przez poważnie postępujące lenistwo możliwościami,
- trwałą wadę formułowania myśli w słowa,
- chroniczną miłość,
- syndrom Stasiuka (zwany inaczej chęcią znajdywania metafizyki w pozbawionej niej rzeczywistości),
- nierozsądną namiętność do kawy,
- okresowy paraliż w obliczu podjęcia decyzji,
- lekką skłonność w kierunku autodestrukcji,
- męskich rozmiarów dumę,
- zespół nieznośnej lekkości bytu,
- chęć utraty tchu,
- lęki przed rajem utraconym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz