Odwiedził nas wędrowny teatr majowych deszczy. Niewinne kurtyny rozpościerają się okazjonalnie nad tymi, którzy stanowią widownię o liczebności wartej przedstawienia.Deszcz to nie sztuka dla sztuki. Dostojny mistrz ceremonii; nie pada tam, gdzie nikt go nie ogląda.Chowa przed światem nabrzmiałe, śmierdzące, zachwiane na granicy fermentacji masy powietrza, po czym wypuszcza je z przestrachem, rozdrażnione i podjudzone wilgocią.
Noc przygląda się w ciepłych kałużach, rozwarstwia się i drga niespokojnie. Wpuszczam noc do pokoju, a ta sączy się i po omacku wodzi po moim ciele. Jej subtelne całusy łaskoczą mnie między nogami. Och, nocy. Jesteś trochę jak, przypominasz mi o.
Namiętna ingerencja w zniszczone i podeptane czasem życie, w butach do snu, w ubraniu do łóżka. Noc wchodzi do pokoju i przytrzymuje okno ulicy, ulica ciągnie hałasy za rękę. Głosy, dźwięki, dysonanse. Para w mieszkaniu obok kocha się namiętnie a potem cichnie, ale cisza, pokorne zjawisko, ustępuje zaraz sunącym samochodom. Leżę odrętwiała i mitologizuję nocne ulice.
A namiętność, takie słowo... Namiętność bywa niebezpiecznym katalizatorem działań; wszechświat zaczyna wirować wokół nas, przybiera prędkość, z którą okoliczności stają się niewyraźne i spajają się w gęstą, wibrującą masę; otula nas szczelnie i przepuszcza tylko skrawki dźwięków, odległe cienie rzeczywistości. Rzeczywistość, najwulgarniejszy skrót myślowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz