niedziela, 19 kwietnia 2009

jest jak najlepiej na tym najlepszym ze światów

Na szczęście wszystko jest jak najlepiej na tym najlepszym ze światów.”*

Musiałam osłabnąć nieco w literackich zapędach, jeśli wszystko podpieram najpierw starannie dobranym cytatem z jedynej ze Słusznych Książek Mojego Życia (przez ułamek sekundy rozważyłam w przypisie podanie nawet wersetu, stwórzmy sobie sacrum na miarę Biblii) a zabieg pisania (zabieg jest tu najwłaściwszym słowem, tak staranny, tak czysto lekarski i utrzymany w estetyce doprowadzonego do stanu aseptyczności stołu operacyjnego) rozciąga się na potrójność czasu spędzonego na rzeczywistym stukaniu w klawisze (nie ukrywajmy, na tym właśnie polega cała ta zabawa). Ile tu nawiasów, a ile niepotrzebności poza nimi.

I jeszcze ten niepokój, że zyskując jedno nie obejdzie się bez utraty drugiego, i czy to możliwe, żeby gasła we mnie cała ta słynna potrzeba pisania, która podtrzymywała mnie przy życiu i czymś na kształt poczucia własnej wartości? Zapewne, brała się z braku bliżej nieokreślonego Czegoś, co ostatnio skondensowało się do całkiem konkretnej Rzeczy. Więc był (był? jest?!) to może wyraz jakiegoś braku, łaskoczącego przeciągu w niezatkanej dziurze, drażniącej pustki wymagającej przynajmniej substytutu nadzienia lub fałszywego poczucia spełnienia i sensu. Naciąganie rzeczywistości do czwartego wymiaru dało efekt całkiem słusznego placebo, w które wierzyć zdarzało mi się od czasu do czasu, powoływać – zazwyczaj, zabawiać – zawsze.

Zostaje jeszcze stary strach tej natury, że zabawa ta, bez względu na to, jak bardzo wierzyłam w jej przyszłą rolę w zbawianiu świata, miała od zawsze charakter czystej sztuki (?) dla sztuki, pospolite choć dumne ars gratia artis, nic więcej, nic ponad, czyta forma bez treści. A ja nie mam światu nic do powiedzenia. Im więcej czytam, tym większego przekonania nabieram, że wszystko co chciałam przekazać zostało już napisane. I czy jest to Cortazar, czy Stasiuk, Schulz, Kafka, Faulkner czy Hesse, wszyscy oni wpadli na to wcześniej, ich pieprzony geniusz, ich zezowate szczęście.

Mam za to ostatnio skłonność do relacji. Odczuwam najwyraźniej nieznoszącą zwłoki potrzebę szczegółowych sprawozdań, a wciąż opisy te wydają mi się mało szczegółowe, wybrakowane w tysiące ważnych spojrzeń, ubogie we wszystkie ważne subtelności, wciąż niepełne i pokraczne, tworzące raczej pewien mglisty zarys konkretnych czynności, żadną jednak atmosferę. I piszę tak, jakby to co przeżywam było nadal nieznośnie efemeryczne i zbyt ulotne, albo inaczej; to raczej sprawa być albo nie być, kwestia nadania zdarzeniom ciężaru i pozbawienia dręczącej przypadkowości, bo jeśli ona, to też tysiące straszliwych możliwości, a wtedy już odwieczne pytanie „co by było gdyby” nawiedza mnie z osobliwą zgrozą. Nic nie może znowuż być odgórnie ustalone, bo byłby to żart ze wszystkich gestów i starań, byłoby to odciążenie ich z naszej odpowiedzialności i przykucie zdarzeń do nieustępliwej drogi przeznaczenia (co za słowo), a my, a z nas powstałyby tylko marionetki, śmieszne lalki wypchane sianem. A może wszystkie te relacje sprowadzają się do prozaicznej potrzeby, by mieć jakiś namacalny dowód (a jednak znowu to nadawanie ciężaru) na to, że to działo się, d z i e j e się, tu i teraz, ma miejsce naprawdę (a więc spełnia wszystkie wymagania tak zwanej rzeczywistości) i że nikt nie jest w stanie temu zaprzeczyć.

Mam okres, a w pakiecie również pełne prawo do bycia rozdrażnioną, niezdecydowaną, obolałą i narzekającą (z czego czasem zdarza mi się korzystać). Mówi się o wyborze zawodu, a ja rozważam istnienie gdzieś kierunku w stylu cortazarologia, chyba tylko na tym polu mogłabym się spełnić, poświeciłabym się z najwyższą czcią i pasją. Analizowałabym jego prozę, nauczyłabym się hiszpańskiego (czytanie w oryginale, co za ekstatyczne doznanie) badała i rozkładała na czynniki pierwsze każde słowo do momentu, kiedy nauczę się tych słów na pamięć, będę mówiła jego językiem, ba, Cortazar przemówi przeze mnie, stanę się jego lepszym wcieleniem, bardziej kobiecym i melancholijnym. Chociaż nie, analiza bez rozkładu na czynniki pierwsze, żeby nie zgubić po drodze tego czwartego wymiaru, nie przejeść się i nie zatoczyć.

Została jeszcze kwestia mojej dalszej edukacji, tymczasem ja rozkładam ręce w hedonistycznym uwielbieniu dla robienia Niczego. Ale jak wiadomo, rezygnacja z działania jest oczywistym protestem, a nie jego maską. Protestem (fakt jeszcze oczywistszy) wobec tego, że każda czynność jest stwierdzeniem jakiegoś niedopełnienia, wybrakowania rzeczywistości, ulotności chwili, a mi tu wcale nieźle.

Jestem okrutnie senna i bodźce dochodzą do mnie ze spowolnioną prędkością, kpiąc sobie najwyraźniej z reguł percepcji. Mam problem z wybraniem muzyki i jak zwykle ułatwiam sobie Kurtem Vile na przemian z Simone White (pomyśleć, że zaczęłam jej słuchać tylko ze względu na zajebistą okładkę), bo będąc senną mam skłonność do zagęszczania atmosfery do stanu, kiedy będę mogła położyć na niej głowę a oczy, z ciepłej wilgoci, w końcu zamkną się same. Jaki byłby ze mnie krytyk, keidy wciąż słucham tych samych płyt, odkrywając w nich najpierw drugie dno, potem trzecie, czwarte, piąte, aż dokopuję się wreszcie do jakiegoś epicentrum, jakiegoś absolutu, z którego nie za bardzo uśmiecha mi się wychylać nosa. Kurt Vile lubi pytać is it real? a ja wtóruję mu i szepczę „is it real?", bo póki co i tak jest za dobrze, ja za młoda a szczęście nieprawdopodobnie proste.



*Cortazar, "Gra W Klasy", rozdz. 28 (wiem, wiem, to było ironicznie)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz