sobota, 21 lutego 2009

nie czytać

(To była moja kolej. Trochę jak parafraza rzeczywistości; znów znaleźliśmy siebie stojących przed lustrem. Źle oświetlona łazienka; żółte i ciepłe światło sączyło się z trudnego do zidentyfikowania źródła, a może to my sami oświecaliśmy... Lub nie, stop wszelkim nadinterpretacjom; półokrągła lampka przytwierdzona do ściany nad kranem.

Pochylaliśmy się nad umywalką jak marzyciele nad światem, z pobłażliwością i znikomą korzyścią, uznając tylko jej oczywiste jestestwo.

Rozprowadzał wodę otwartą ręką wzdłuż mojego tułowia; brzucha, pleców i ramion. Nie wiem lub raczej nie pamiętam, dlaczego, wtedy na pewno musiałam znać powód, chociaż to jedyna okazja kiedy nie musiałam go mieć. Ani on. Czas był rozciągnięty i wysublimowany, on mruczał coś o moich sukienkach, moje usta były gdzieś w zapachach jego szyi. Wyszliśmy na zewnątrz a tam padał deszcz.)

Życie jest cyniczne i absurdalne. A ja tu usycham z niemocy i czegoś jeszcze.

Po dziesięciu minutach od dogrzebania się do płyty Joy Division, upuszczenia jej, prowizorycznego naprawienia okładki i ostatecznego odpalenia odkrywam, że to chyba nie to, na co mogę mieć ochotę dwudziestego lutego po godzinnym wpatrywaniu się w sufit, z przerwami na Stasiuka. Oprócz swej oczywistej genialności, Joy Division umie wsysać i wypluć człowieka już nieprzystosowanego społecznie i tkwiącego w tym stanie dobrowolnej alienacji jeszcze przez następne parę godzin; wszystko zależy zresztą, jak dużą dawką melancholii potraktował się nieszczęśnik.

Chociaż zaczynam zastanawiać się, czy nie jest to czasem kompletnie obojętne. Po porannym obrzędzie w stylu „the doors-rozgrzebana pościel-czerwone usta w lustrze” zirytowano mnie okrutnie i bez żadnych szans na szybkie ozdrowienie.

Wciąż bez zmian egzaltuję się Stasiukiem i czczę jego, wydawałoby się niemożliwą, zdolność do subtelnego łączenia metafizyki z życiem boleśnie przyziemnym. Tylko że teraz czytam „Jak zostałem pisarzem. Próba intelektualnej autobiografii” i tu zamiast wcześniejszej metafizyki jest raczej coś na kształt bełkotliwej i bezstronnej spowiedzi, najprostsze uwagi o życiu kolą w oczy rażącą oczywistością, i paradoksalnie to u mnie, nie u niego, pojawia się coś w rodzaju nieobjętego sentymentu za czymś, czego nigdy nie doświadczyłam. Za czymś, co było przede mną, chociaż tak trudno to pojąć, biorą swoje istnienie jako początek i koniec, alfa i omega. I moja największa ambicja, żeby doświadczyć życia, wzbiera się jeszcze silniej i uderza z tym wiecznym uczuciem niemożności, które trzyma mnie stale piszącą na tym krześle.

Żeby pisać, trzeba chyba doświadczyć najpierw życia, bawić się nim i eksperymentować, a przede wszystkim nie bać ogromu możliwości i wachlarza zakończeń.I tu tkwi największa różnica między mną i Stasiukiem – ja aranżują wydarzenia i deformuję na kształt literacki, wędzę je i magazynuję jak jakąś pożywkę, kiedy on tymczasem spisuje życie.

Szukam słów by przedstawić to jaśniej.

Może raczej tak: on spisuje życie z rozkosznym mu subiektywizmem, przede wszystkim ż y j e, a pisanie wychodzi mu z rękawa, wypada całkiem przypadkowo; ja aranżuję życie nastawiona na pisanie, jeśli w ogóle kiedykolwiek zdarza mi się żyć naprawdę, bo częściej żywię się raczej resztkami codzienności podniesionymi do potęgi amatorskiej metafizyki, zadowalam się surogatami, namiastkami wszystkiego, zbyt znudzona i przestraszona by sięgnąć po coś prawdziwszego.

I to znów nie do końca rzecz, o którą mi chodziło; marne przybliżenie. Tak czy inaczej wielbię Stasiuka z należnym mu kultem, jaki zdarza mi się dla każdego, kto najpierw żyje a potem pisze (a przy tym robi to tak dobrze). A ponieważ niewyłączona do tej pory płyta Joy Division zdążyła już zrobić mnie społecznie nieprzydatną na najbliższy wieczór, zamulę się dziś przy czytaniu, wsiąknę zupełnie i wypluje mnie gdzieś z rana.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz