Śnieg spadł nagle i afiszuje się swoją fałszywą niewinnością, chociaż biel to był zawsze ból, bezkres, bezczas. Zima zastała mnie beznamiętną i bardziej zobojętniałą. Wciąż gra jakaś muzyka, ale co za różnica, jaka. Zastanawiam się, dokąd odeszły czasu, kiedy bez tchu zapisywałam całą kartkę, zmniejszając czcionkę i marginesy by zmieścić mój bełkot do obrębu jednej kartki. Kiedy to było, i dlaczego. I czy wtedy działo się więcej, czy to raczej ja umieram mentalnie i twórczo.
Dlaczego mam tak wynaturzony obraz pojęć i wartości. Jak okrężne drogi obrałam, że nie potrafię znaleźć tej głównej. Albo inaczej – jak długo szłam pod prąd, że straciłam możliwość zawrotu.
(Kto napisał, że zawrót głowy to mimowolny pociąg ciała do ukłonu w stronę szaleństwa? Czy to był Kundera i czy ma to teraz jakiekolwiek znaczenie?)
Innymi słowami, do czego pochylam się ja, nurzając się i tańcząc na tej paradzie tworów chorego umysłu. Ukłon w stronę śmierci i powolnego rozkładu, a ja wciąż żywię skłonności do dawno pogrzebanej dekadencji. Więc miłość jako akt wzajemnej destrukcji, bolesnej i przeciągniętej w czasie przyjemności aż do białego żaru i wypalenia, raczej fizyczna niż mentalna, jak z Old Love Haunts Me In The Morning – spaczona i przewrotna, przeszyta strachem i zatruta niepokojem o czerwonej poświacie, oboje przestraszeni i podnieceni do bólu, bardziej fizyczni i przygnębieni, poznali swój koniec, zniszczyli się nawzajem i tylko resztki ich niezaspokojonych jestestw dryfują przeraźliwie między smrodem śmierci i napiętego niepokoju.
Potem Bóg jako esencja nicości i utracony raj, którego pierwiastek tkwi w naszych metafizycznych tęsknotach, odszedł w marność, niebyt, nieistnienie.
Życie jako najwyższa z marności, wielki absurd bez początku i końca, rzeczywistość jako drgająca i niefizyczna materia, tysiące płynnych płaszczyzn nie podlegających definicji a nieznośnie ulotnych; zbyt lekkich by je doświadczyć. Muzyka największym bóstwem, zaraz potem szereg pisarzy doprowadzających mnie do ekstazy, lub chociaż namiastki, tej której szukam tak usilnie. Ludzie i dnie jak wielka maskarada, nudna i niezabawna bo rozciągnięta w zbyt długim okresie czasu, poza tym tylko ja wiem, że pod maskami czai się wielkie Nic. Moja maska to ignorancja i wszechobecne mamcięwdupie, tylko boję się, że ostało się coś jeszcze.
Noce jako jedyna słuszna pora, dziewicza, naga, rozebrana z ludzi i wszystkich ich konsekwencji.
Jestem złym człowiekiem, przeżartym nudą i wiecznym malkontenctwem, o spaczonych ideałach. Jedyne czego chcę to jakiejś apokalipsy, jakiejś schizofrenii jako literackiej pożywki, good news are bad news, umrzeć na dekadentyzm, w artystycznej euforii, ewentualnie z miłości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz