Don't you love her ways, tell me what you say
Don't you love her madly, wanna be her daddy
Don't you love her face
Don't you love her as shes walkin' out the door
Like she did one thousand times before.
Więc jestem w mieście jak ze Sklepów Cynamonowych, o godzinie szóstej krąży tu jeszcze bez celu zadziwiająco dużo ludzi, ulice i budynki oddają nagromadzony za dnia zapach substytutu wiosny. Zatrzymuję się na ulicznych światłach całkiem pokornie, wierząc, że dobrze wiedzą co robią zatrzymując mnie na przejściu lub puszczając wolno, czym moszczą sobie miejsce w skomplikowanej sieci tworzącej jedyne słuszne bóstwo jakim bywa przypadek.
Staję na Rynku i patrzę w górę, czekam na znak od nikogo, zupełnie przypadkiem kończąc na horyzoncie Imperium, które strojąc żarty pokazuje mi głowy, jedną, dwie, jedną ostatecznie, co rozbudza moją biedną wyobraźnię do stopnia zmuszającego dotarcie na górę. Szereg taksówkarzy ukrytych w czeluściach swoich samochodów taksuje mnie znudzonym a czujnym wzrokiem. Dochodzę do bram kina i zastaję je zamknięte, tajemnicze głowy przerzedzają się w powietrzu. Wypatruję ich jeszcze przez kraty bram, potem czuję, że wszystko pachnie niezrealizowanym natręctwem i schodzę na dół myśląc, że źle jest w mieście gdzie na nikogo nie można patrzeć zbyt długo. Zawsze odwracam głowę beznadziejnie późno.
Słucham Kings Of Convenience i ich banalne prawdy uderzają mnie w twarz. Być może że chcę błądzić i znajdywać się jak w Grze W Klasy, ale spotkać się jak Maga z Horaciem to chcieć tego i nie chcieć naraz, obojętność jednej ze stron nie jest wskazana a mnie, piszącą T9 (jeszcze jednym niechcianym cudem cywilizacji), zaraz kocie łby na spółkę z krawężnikiem zrównają z ziemią jak tego biednego pijaczka po lewej, próbującego ustalić na nowo prawa grawitacji. Kiedy staję koło Mickiewicza a biały kot asystuje mi w dokumentacji zdarzeń, widzę głowę raz jeszcze, Imperium bywa więc przekorne i zdradliwe dla tych, którzy nie zdążyli go pojąć.
Jako puenta dla wszystkich przypadkowych długości uliczek, którymi wałęsałam się rozważając materię Księżyca, wypadkowa losowych dróg, czasu i spojrzeń; On wyłonił się znikąd w czasie kiedy go mijałam, kiedy jeszcze prawie go tam nie było. Nabierając znajomych rysów zapytał co tu robię a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć; odprowadził mnie prawie do domu a ja śmiałam się, milczałam i mruczałam chaotyczne i zaprzeczające się bzdury. Potem poszłam już sama, skoczyłam ze schodów kiedy Morrison zaśmiał się ze mnie śpiewając „Love Her Madly”; przez krótką chwilę zawstydziłam się wszystkiego, co tu napisałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz