wtorek, 24 lutego 2009

lady sings the blues

Dni wydają się nie mieć wyraźnych granic początku ani końca dających choć prowizoryczną ulgę przejścia na wyższy poziom codzienności (albo następny, każdy wie, że kręcimy się w kółko), rozmyte kontury nieprzespanych nocy wcale nie pomagają w ustaleniu mojego miejsca w całym tym chaosie chronologii i płaszczyzn zwanych czasem.

Zbitą i gęstą masę dni nużąco rozciągliwych nieudolnie dzielę na płyty. Ranek rozpoczął się więc gdzieś z pierwszym kawałkiem jakiegoś rock'n'rolla (podskok, omlet, obrót, zdjęcie z patelni) a skończył gdzieś pomiędzy Dave Holland Quartet a Nickiem Lowe (rytuał malowania rzęs i koniec końców, codzienna szczoteczka w jednym z oczu).

Popołudnie oscyluje wokół free jazzu na dokładkę z The Chameleons, nie poręczę zresztą, tracę rachubę gdzieś w okolicach południa a potem już słucham wszystkiego z tą samą nieobecnością. Pozostaje jeszcze gęsta materia godzin poza domem, kiedy pozbawiona tego sprytnego systemu ujarzmiania zdradliwych pór dnia pozostawiona jestem w obliczu jedynej możliwości,, jaką wydaje się być beznamiętne pochłanianie kolejnych książek będąc rozłożona na twardej ławce (zmieniam pozycję co pięć minut, rzut okiem na klasę – co 3, co minutę przewracam stronę, podkurczam i rozciągam nogi na całą długość średnio co parę sekund i uskuteczniam tą rutynę do końca, którego wydaje się nie być).

Rytuały, rutyny, a w domu znów to samo, tylko do głosu znów dochodzi muzyka i to nędzne pisanie gdy nie zostaje mi nic innego, teraz jeszcze z każdym zdaniem czuję na sobie Czyjeś spojrzenie. Chciałam uskutecznić tu jakiś chaos, a wyszło jak zwykle zakotwiczenie w zbitej masie kleistych dni, tango moich czasów, w moich miłościach i małych estetykach, w moich małych, prywatnych nieważnościach, i to by było na tyle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz