Dni wydają się nie mieć wyraźnych granic początku ani końca dających choć prowizoryczną ulgę przejścia na wyższy poziom codzienności (albo następny, każdy wie, że kręcimy się w kółko), rozmyte kontury nieprzespanych nocy wcale nie pomagają w ustaleniu mojego miejsca w całym tym chaosie chronologii i płaszczyzn zwanych czasem.
Zbitą i gęstą masę dni nużąco rozciągliwych nieudolnie dzielę na płyty. Ranek rozpoczął się więc gdzieś z pierwszym kawałkiem jakiegoś rock'n'rolla (podskok, omlet, obrót, zdjęcie z patelni) a skończył gdzieś pomiędzy Dave Holland Quartet a Nickiem Lowe (rytuał malowania rzęs i koniec końców, codzienna szczoteczka w jednym z oczu).
Popołudnie oscyluje wokół free jazzu na dokładkę z The Chameleons, nie poręczę zresztą, tracę rachubę gdzieś w okolicach południa a potem już słucham wszystkiego z tą samą nieobecnością. Pozostaje jeszcze gęsta materia godzin poza domem, kiedy pozbawiona tego sprytnego systemu ujarzmiania zdradliwych pór dnia pozostawiona jestem w obliczu jedynej możliwości,, jaką wydaje się być beznamiętne pochłanianie kolejnych książek będąc rozłożona na twardej ławce (zmieniam pozycję co pięć minut, rzut okiem na klasę – co 3, co minutę przewracam stronę, podkurczam i rozciągam nogi na całą długość średnio co parę sekund i uskuteczniam tą rutynę do końca, którego wydaje się nie być).
Rytuały, rutyny, a w domu znów to samo, tylko do głosu znów dochodzi muzyka i to nędzne pisanie gdy nie zostaje mi nic innego, teraz jeszcze z każdym zdaniem czuję na sobie Czyjeś spojrzenie. Chciałam uskutecznić tu jakiś chaos, a wyszło jak zwykle zakotwiczenie w zbitej masie kleistych dni, tango moich czasów, w moich miłościach i małych estetykach, w moich małych, prywatnych nieważnościach, i to by było na tyle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz