czwartek, 5 lutego 2009

ladies and gentelmen, hats off to bertolucci!

Ktoś kiedyś powiedział, a ja uwielbiam ten cytat jako najlepszą wymówkę na brak umiejętności w pisaniu o filmach, że film jest to sztuka sama w sobie, niewymagająca komentarza bo jej przesłanie jest zbyt oczywiste, oczywiste do tego stopnia, że trafia prosto w naszą podświadomość, trudne jest więc wyjście poza i spojrzenie z dystansu gdyż oglądany obraz wymaga współuczestnictwa w tym skrawku wieczności. Kto potrafi zdefiniować zatracenie.

To już właściwie moje własne słowa, niezbrudzone żadnym cytatem, lepiej jest jednak powołać się na kogoś zdrowego.


Obejrzałam więc The Dreamers, obejrzałam Besieged, oba obrazy Bertolucciego. Wpadłam w ciepły trans, z którego nie potrafię i nie chcę się wydostać, stałam się w pewnym sensie częścią tamtych światów balansujących na granicy nierealności; niebanalność i kult piękna w jego najbardziej wysublimowanej formie.

Najpierw Besieged i Rzym, z jego zastygłą mitologią umiejscowioną pomiędzy postaciami i przedmiotami. Jako obecny a niemy świadek rozgrywających się wydarzeń, miłości beznadziejnej gdzie nieosiągalna konsumpcja przestaje już mieć znaczenie, a świadomość tej nieosiągalności inspiruje chorego z miłości pianistę-dziwaka do poddania się obiektowi swojego kultu. Jego afekt tchnie w muzykę poruszając najczulsze struny Afrykanki, zaczyna się taniec wyrzeczeń bez nadziei na odpowiedź, chowanych uczuć i dezorientacji w obliczu niewytłumaczalnie wielkiej wartości poświęceń, a muzyka wiruje razem z nimi, muzyka tchnie w kamerę czułą na każdy jej dźwięk; wciąż powtarzający się motyw schodów jako krętej drogi pewnej zwrotów i powrotów, pnięcia się ku górze i ukryciu w dole. Namiętne kolory nadają obrazowi zmysłowości i orientalności, niemoc jest intensywna, wszystko wiruje i nie ma słów by to wyjaśnić, są tylko obrazy a potem wdzięczność, może pomylona z miłością, niedopowiedziane.

Potem Marzyciele, trójka młodych rewolucjonistów rozpiętych pomiędzy swoimi neurotycznymi obsesjami i psychologicznymi problemami, próbujących znaleźć ukojenie w rewolucji przeciwko konwenansom i narzuconym blokadom, pokonywanie ich w formie sugestywnych rytuałów, przy jednoczesnej alienacji od świata i pogrążeniu się w filmach oraz eksperymentach ze swoimi własnymi barierami. Bunt przeciwko upadłemu systemowi, niedojrzałość i obraz tego, że rewolucja zaczyna się w nas samych i to my stanowimy zmiany.

Erotyka postaci, ich cielesne eksperymenty nie są raczej przedmiotem kontrowersyjnym a niepokoić mogą tylko w świetle ucieczki do wyobrażenia o wolności, paradoksalnie bardziej związującej ręce.

No i wreszcie część wizualna zakrawająca na obłęd; abstrahując od boskich bohaterów - filmowych erudytów z papierosem w znudzonych światem ustach, samo mieszkanie jest dziełem artysty-szaleńca, stwarzającego mieszkanie-azyl, mieszkanie-fobię, mieszkanie-psychodeliczny labirynt, w którym po omacku przesuwają się ludzie, błądząc i będąc zbłąkanymi przez napierające zewsząd ściany. Przez ujęcia sączy się muzyka-psychodelia z lat sześćdziesiątych, czyli czasów, kiedy była jeszcze całkiem autentyczna, wślizguje się do filmu i słyszą ją wszyscy.

Trylogia filmów Bertolucciego, które udało mi się obejrzeć, zakrawa pewnie na arcydzieło, cytując samą siebie to pierwszy znany mi reżyser, którego kunszt dostąpił miana ilustracji poezji. A założę się, że ni słowa ni poezja nie przemówiłyby do mnie tak sugestywnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz