Praca, szkoła, śmierć, zaraz wpadnę w szał
Obrzydliwy dzień, nie wytrzymam tak
Czuję się, jak śmierć, jak nic, jak nikt, bez szans
Jestem jakoś tak, jak coś na prąd
Wreszcie matka noc, Korova mleczny bar
Piję koktajl z traw, ciepła chemia w drzwiach
I otwieram się na czas, na was, na świat
Kocham wszystkich was i nas i świat
To wszystko zakrawa na szaleństwo, by nie użyć po raz enty słów pokrewnych nudzie, monotonii, malkontenctwu i zblazowaniu, bo czy nie ma obłędu w tej stagnacji rzeczy martwych, złuszczonym naskórku boleśnie stałej materii, dziś po raz pierwszy zdjęłam słuchawki odtwarzacza i napierająca z każdej strony cisza dała mi w bezdźwięcznie w twarz. Milczenie przeraża mnie potencjałem Niewypowiedzianego.
A może te dzienne szaleństwa stagnacji to tylko sprytnie wykreowana maska, niedosłyszalna inwokacja dla nocnych ekscesów, które nie odbywają się moim udziałem, a stają się, kolorowe i niebezpieczne, pod fluidem nocy. I otwierają się bramy percepcji, rozwiązują supły etyki i budzą pierwotne instynkty. Ci tam, oni nadają światu bolesną wyraźność, przeskok w czarno-białe skrajności, tańczą pod matczyną opieką nocy spod znaku Korova Milky Bar.
I otwieram się na czas, na was, na świat, kocham wszystkich was i nas i świat. Wariacka intensywność staje się nie do zniesienia, zatacza koła i wiruje w obłędach zatartych granic, odblask od gałki ocznej, mózg wysycha, zataczam koło szybciej i szybciej. Degradacja i brak kontroli, tak jest najrozkoszniej, tak jest najłatwiej, tak można nawet kochać, nawet czuć, nawet żyć.
I tylko echa przeszłej realności. Bez moralnego kręgosłupa tak jakoś lżej.
(Powtórka z rozrywki – obłęd, zakręt, kapelusz z głowy. Mrugnięcie przedłużonych rzęs, obrót-gwałt, złowieszczy śmiech. Zabić dla zabawy, och i horroł szoł, popędźmy braciaszkowie moi i dźgnijmy uroczą chryczkę, dźgnijmy w plecy dla radości jej i naszej.
Białe kaloty obciskają nam jaja jak trza, i jest horror szoł, i jest Beethoven groteskowo wrzynający się w ten scenariusz bez fabuły, no obłęd no. )
godz. późniejsza
Znów popadam w niepotrzebną egzaltację, zdarza to mi się za każdym razem kiedy próbuję stworzyć coś, co podbudowałoby moje poczucie wartości jako (nędznej, bądź co bądź) pisarki, z braku lepszego słowa ilustrującego moje jedyne a słuszne zajęcie. Z tą słusznością też nie byłabym całkiem pewna, co jednak zrobić kiedy wszystko drga, nad każdą nową stroną ciąży jak ociężałe memento świadomość przesądzonej marności wszystkiego co uda mi się napisać, zresztą nie ma prawa być inaczej.
Ten sam periodyczny rytuał, zgarnięcie ze stołu wszystkich niepotrzebności, herbata, parę stron Gry W Klasy , otwieram Worda i parę innych stron, na których i tak nic się nie zmieniło. I tak czas kurczy się i wydłuża ze śmieszną sobie częstotliwością, zanim zdążę w bólach spłodzić dwa zdania satysfakcjonujące moje poczucie literackiej estetyki nagle w kubku nie ma żadnej herbaty, albo jakieś marne niedopitki, i jest już tak niewiarygodnie późno, tak że wszystkie następne słowa posypują się z pewną rozedrganą, pośpieszną frenetycznością, panoszą się i gnieżdżą w zbyt krótkim zdaniu, luzują formę i wzbogacają treść o kolejne niedorzeczności, których ja sama nie jestem w stanie pojąć.
I za każdym razem coś w tym stylu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz