„O czwartej nad ranem noc powoli unosi czarny tyłek, jakby obżarta wstawała od stołu i szła spać. Powietrze jest jak zimny atrament, spływa asfaltowymi drogami, rozlewa się i krzepnie w czarne jeziora. (...) Ta martwa pora, gdy świat powoli wydaje się widzialny, ale jeszcze bezludny. (...) Gęste niebo odrywa się od horyzontu. Ci, co umierali, myśleli, że idą właśnie tam.”*
Są rzeczy wielkie, które dzieją się całkiem ukradkiem, wślizgują i pochłaniają swoim cielskiem dudniącą od nadmiaru przestrzeni pustkę. Są jednak jak ledwo wyczuwalny puls, zwodzący fałszywym światłem co błędniej podróżujących eksploratorów piękna, w rozkosznych i groźnych obietnicach mitycznych arkadii. Tymczasem ciągną nas i tarmoszą w zaułki rzeczywistości, nęcą zapachem z zaświatów, kuszą do skoku w przepaść zwaną absolutem.
W tej muzyce światło jest ciężkie i zbędne, wszystko dzieje się poza, nad i ponad.
Z każdym dźwiękiem tonie się coraz beznadziejniej i z tym większą egzaltacją; kontrolowany chaos zatacza coraz szybsze i szaleńcze okręgi, zbierając straszne żniwa swojej bytności.
Choroba rośnie, odtwarzana muzyka zdaje się zastana być we wstydliwym procesie powolnego rozkładu, powietrze jest gęste i chłodne, bezłady fiński śpiew rysuje bezsensowne obrazy; fale lodowatej wody, nakręcana katarynka i szereg starych, przyciemnionych i zniekształcających luster. Takie lustra stały kiedyś u mnie w domu, były dokładnie jak ta muzyka; gnijące i enigmatyczne, odbijały tylko to, co uważały za słuszne w swym wypaczonym poczuciu piękna.
Ta płyta wyślizguje się wszelkim gatunkom; syntezator, folk, elektronika, psychodelia - każda próba klasyfikacji kończy się bardzo żałosnym efektem, do niektórych rzeczy lepiej zamknąć oczy i usta a otworzyć umysł, wejść w przedsionek zaświatów, doświadczyć jego wytwornego substytutu, dobrowolnie spaść w przepaść a rano nie pamiętać już nic.
*Andrzej Stasiuk – Dukla (fragmenty)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz