poniedziałek, 20 października 2008

dajcie mi jointa.

Pomyślałam to siedząc dekadencko na fortepianie z rozmazanym tuszem do rzęs [założę się, że był rozmazany], śmierdząca papierosami i tanim winem, na przeciwko chłopaka który bał się odezwać, udawałam, że tak naprawdę wcale mnie tam nie ma, patrząc na tłum idiotów tłoczących się pod sceną, na scenie jakiś podstarzały punkowiec wykrzykiwał do ludzi niespełnione utopie i zrozumiałam tylko refren „dajcie mi jointa”, i pomyślałam wtedy: właśnie, kurwa, dajcie mi jointa.

Trzeba było się znieczulić, żeby wytrzymać tam dłużej, ale chyba nikt nie dostrzegł mojej palącej potrzeby płynnego przejścia na jakiś wyższy stan świadomości by nie zwariować, wzięłam Kaśkę obserwującą swoją miłość obmacującą się z każdą napotkaną dziewczyną, zapytałam gdzie jej godność i uderzyła mnie zimna fala powietrza z zewnątrz; wyszłam.

Teraz wiem chociaż, że razem z Singiem i kasiną godnością, zespół Pawła również ssie. Żadnej satysfakcji.

O wiele większą miałam raczej pisząc niewinną autocharakterystykę na polski w ramach odrabiania lekcji z cyklu „miejmy już to za sobą”, w pierwotnej wersji ziejącą nudą, ale w przypływie ironicznego natchnienia i buntu wobec form ukryłam tam parę zgrabnych aluzji w związku z czym zamieniłam tekst w cyniczny traktat subtelnie wymierzony w czytającą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz