[Chwilowe zacięcie wypełnione bezcelowym otwieraniem tych samych stron, sprawdzaniem planu lekcji na następny dzień, podpijaniem od czasu do czasu dawno wystygłej herbaty. Bo znów dochodzę do wniosku, że pewnych rzeczy nigdy nie ujmę w słowa tak jak tego chcę i potrzebuję.]
Czytam wciąż Miłość W Czasach Zarazy nie znajdując czasu na prawdziwe w niej zasmakowanie, mimo że Sto Lat Samotności było lepsze, książka ta to niekończąca się, kojąca historia ślepego dziadka siedzącego na ganku. Zastanawiam się co właściwie robiłam przez całe wakacje, znajdując czas na przeczytanie zaledwie paru książek, zaczęciu jakichś trzech, a oddając się raczej celebracji robienia Niczego, co zresztą wspominam jako czas niemal idylliczny. Nie żebym teraz robiła cokolwiek więcej, z tą jednak różnicą, że cała przyjemność zdeptana została przez udrękę zwaną wyrzutami sumienia, których nieposiadanie jest jedynie pobożnym życzeniem a nie ma w sobie nic z tak zwanej prawdy. Ale Nietzsche mówi że prawda nie istnieje, a ja zgadzam się Nietzschem w wielu aspektach, nawet tym [o zgrozo] dotyczącym teorii nadczłowieczeństwa.
Zresztą, braciaszkowie, nie mam czym się ekscytować, ani niczym podniecać bo ja i tak jestem niczym innym ale fikcją, i wcale nie jestem genialna, ani ukulturalniona, albo jestem ale czy ma to jakiś sens, jeśli każdego to i tak gówno obchodzi.
Nie spełniam się w szkole, prawdę mówiąc raczej się w niej spalam obsesyjnie myśląc o udowodnieniu komukolwiek czegoś na kształt „jestem trochę ponad, zainteresujcie się mną!”. Wciąż jednak, równana z przeciętną, sfrustrowana daję upust złości, braku motywacji i bezsilności w bierności i ignorancji, co wcale nie zawiedzie mnie dalej niż dotychczas. Jak zresztą zawieźć ma gdziekolwiek, kiedy na polskim od miesiąca piszemy dyktanda i pisma użytkowe, a na indywidualność nie ma czasu ani miejsca. Całe te bezcelowe testy pod koniec szkoły nastawione są wreszcie na chłopskie rozumowanie i dla ludzi o gorzej niż przeciętnym intelekcie, bo wymagają zwrócenia uwagi na rzeczy oczywiste, które ktoś czytający, i o wyższych aspiracjach, zwyczajnie pomija zagłębiając się w aspekty nie wymagające interpretacji, szukając głębszego dna, większego sensu.
I tutaj jedynym jedynym rozsądnym wyjściem wydaje się być błogosławiona ignorancja, jakaś cholerna ucieczka w muzykę i książki, i pisanie i Sztukę jako taką, bo to są rzeczy które prawdziwie mnie koją, boję się całkowitego oderwania od szarej rzeczywistości bo pewnego dnia zostaną mi tylko one. Będę niczym Harry Haller targana namiętnościami i przekleństwami tego świata, rozdarta pomiędzy setkami natur, pragnień i pożądań, znajdując jednak upodobanie w bierności i melancholijnej stagnacji. I chcę być rozbudzona jak on na balu maskowym, Tu i Teraz, ożywiona i natchniona życiem, tchnijcie we mnie życie, odtańczę swój szalony, makabryczny taniec na tym balu arlekinów a potem dajcie mi umrzeć śmiercią młodą i szybką, śmiercią incognito bo i tak nie zasługuję na więcej. Albo niech spadnie jakiś deszcz, i chcę by zawiał wiatr, przypomniało mi się jak deszcz padał, przykryta byłam kocem i spałam na plaży. I nawet wtedy byłam smutna chociaż wiedziałam, że to będzie jedno z lepszych wspomnień. Rozklejam się. Nie wolno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz