(NIE) KSIĄŻKA
wypaczony opis w pięciu aktach
Śmiesznym paradoksem jest pisać o moim egzemplarzu „Gry W Klasy” w chwili analizowania jej poszczególnych elementów, którym, metaforycznie rzecz biorąc, zwrócona została pierwotna wolność. Oderwane rozdziały i odklejona okładka prezentują się nadzwyczaj groteskowo, usilnie wepchnięte w zbyt ciasną ramkę definicji „książka”. Taśma klejąca, za pomocą której jeszcze we wczesnych, naiwnych próbach złączenia mnożącej się nieskończoności została powierzona piecza nad wolnymi kartkami, spełniała swą powinność nadzwyczaj żałośnie, plącząc się przy tym i gubiąc w pozorach zbyt chaotycznych, by wywołać mogły cokolwiek więcej niż cyniczny uśmiech przyglądającego się obserwatora, który – kimkolwiek jest - boi się jej dotyku jako ostatecznego nań ciosu, a makabrycznie zwisający kawałek zakurzonej taśmy zdaje się stanowić pełne zgrozy, niechybne memento-mori, zawieszone w milczącym oczekiwaniu nad niewzruszoną książką.
Zieleń jej okładki jest faktem powszechnie nieznanym zważywszy na jej wiecznie otwartą pozycję, dla której kawałek zmiętego a dumnego dawniej papieru pełniącego rolę okładki stanowi teraz bezpieczną przystań skupiającą razem wszystkie rozdziały ułożone w kolejności niemalże zgodnej z ich numerami, a więc po czterdziestym czwartym jest piąty, ósmy i dwunasty, a potem już kolejno sześćdziesiąty i setny, kolejność reszty można się więc domyślić, jej pedantyczna dokładność i tak nie ma tu większego znaczenia.
Chaotyczna treść książki stawia opór definicji z tak samą nonszalancją, z jaką opiera się jej forma. Bełkotliwe monologi argentyńskiego intelektualisty stanowią labirynt znaczeń razem ze wszystkimi podkreśleniami, wykrzyknikami, szlaczkami i odnośnikami jakie poczyniłam niechcący zajęta czytaniem; linie ołówka prowadzonego zmęczoną ręką w środku nocy wymykają się z ustalonych miejsc wędrując gdzieś przez litery i kolejne akapity by urwać się w momencie kiedy zbyt śpiące oczy zabłądzą gdzieś ponad rzeczywistość. Niechlujne komentarze poczynione pospiesznie obok tekstu zapełniają całość niezadrukowanej przestrzeni, czyniąc książkę jeszcze bardziej moją i mojszą, nieme dowody wszystkich nocy kiedy wyminęłam się ze snem.
Chociaż zawsze zaczynam czytanie w innym miejscu, dając upust czytelniczemu konwenansowi między kartkami milczy też łyżeczka znana także jako zakładka, ślady zaschniętej kawy zdradzają jej niedorzeczne zastosowanie sprzed lat; teraz tkwi tam dumna i bezużyteczna, w łagodnym wygięciu ku niebu sięga absolutu, znosi wyniośle zamknięcie w swej formie.
Byłoby w tych kartkach coś obrzydliwego, jak niedojedzony banan w powrocie do formy pierwotnej, ale jest moja; każde krzywe pokreślenie moje, każda plama po kawie moja, tragiczne sklejenie i wyrwane rozdziały są moje moje mojsze, groteskowa forma i ukochana treść to fragment prywatnej rzeczywistości skondensowanej do bolesnej namacalności, zbyt mój by nazywał się książka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz