Jeden dzień w szkole, zaraz po kilkudniowych wakacjach strawionych radośnie na chorobę której mogłoby nie być, jedyne parę godzin wegetacji w smrodliwej atmosferze znudzonych sobą nauczycieli, brudnych ławek i dziwnej ciszy unoszącej się nad drewnianą podłogą (połowa szkoły poszła za moim przykładem, wydłużając sobie nadchodzące ferie o parę cennych dni) wywarło na mnie ostatecznie zbyt niekorzystne wrażenie by znieść je dłużej niż pół dnia (prawdę mówiąc presji nie wytrzymałam już przed wuefem i ulżyć musiałam sobie małym powrotem do domu.) Od patrzenia na szarą, niekompetentną masę, w skład której wchodzi smutna większość szanownego grona pedagogicznego na czele z najjaśniejszą jego gwiazdą (której inteligencja nie pozwala nawet na s p r z ą t a n i e tej szkoły) bolą mnie kości z bezsilnej złości, bo jedyny sposób żeby dać jej upust byłaby czysta ignorancja, która i tak odbija się głuchym echem po pustych i źle pomalowanych ścianach, a którą mimo całej bezcelowości uprawiam od czasu do czasu, kojąc jakoś poszargane nerwy.
Potem puściłam sobie C'est la vie i zamuliłam się ostatecznie, topiąc ukryte żale i urazy w szklance źle podgrzanego kompotu, zmieściło się nawet Rozczarowanie, które trawi mnie od wczorajszego dnia, kiedy z radosną euforią znalazłam wreszcie nowy album Marissy Nadler (de facto ukazać sie ma 3 marca, niech ktoś przeklnie ten zły dzień), ściągnęłam i zanurzyłam się w pierwszej piosence by po dwóch minutach wynurzyć się z haustem, dusząc się i łapczywie wdychając powietrze. Co za zgroza, że utonąć mogłam w tej Pomyłce. Zacisnęłam jednak zęby i przesłuchałam płytę dwa razy, co ostatecznie utwierdziło mnie tylko w lądowej pozycji, bo czy zostało tam cokolwiek z nieco nierealistycznej, gotyckiej Marissy, czy to raczej jakieś smutne echa dawnej świetności, nieporadnie zakryte nową ścieżką instrumentalną? Hipnotyczna gitara nie dochodzi niemal do głosu, a jej własny schował się gdzieś pomiędzy kolejne i niepotrzebne warstwy dźwięków, które z każdym utworem zdają się tylko coraz bardziej tłumić esencję jej muzyki, która niegdyś wypełniała całą płytę tym urokliwym ascetyzmem dźwięków, tworząc jednak atmosferę niepowtarzalną (właśnie, niepowtarzalną; mówią, że do trzech razy sztuka, za czwartym razem nie mogło chyba wyjść). Teksty też nie potrafią przemówić własnym głosem, mało w nich tej sugestywności. Wszystko straciło konkretną konsystencję, zmieniając się w bezbarwną, folkową papkę. Do strawienia, i owszem, bez większych odczuć estetycznych, bez głębszych emocji.
Smutno jest powiedzieć, że boska i zjawiskowa Marissa ostatecznie się spaliła, ale damn it, wydała trzy małe dzieła, i boguniechbędądzięki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz